Recenzja filmu To ja, złodziej (2000)
Jacek Bromski

Pół żartem, pół serią

Kilkakrotnie już zdarzyło mi się narzekać na tych łamach, że polskie kino ostatnich lat zadowala się grą pozorów. Bierze z rzeczywistości te rekwizyty i schematy, które pasują do dziecinnej ...
Filmweb sp. z o.o.
Kilkakrotnie już zdarzyło mi się narzekać na tych łamach, że polskie kino ostatnich lat zadowala się grą pozorów. Bierze z rzeczywistości te rekwizyty i schematy, które pasują do dziecinnej zabawy w policjantów i złodziei lub innych kostiumowych przebieranek. Dla kilku marnych dowcipów nasi twórcy gotowi są poświęcić prawdę, sens, o dobrym smaku nie wspominając, bo to dzisiaj już w ogóle nic nie znaczy. Problem Bromskiego polega na tym, że choć podejmuje on tzw. ważny temat, choć stara się wykreować wiarygodnych bohaterów i wiarygodne sytuacje (w czym wydatnie pomagają mu zdjęcia z ręki Witolda Adamka), to jednocześnie nie potrafi uwolnić się od owej potwornej konwencjonalności naszego kina

Zaczyna świetnie. Otwierająca film dynamiczna, pulsująca mikrozdarzeniami sekwencja podprowadzania radia z samochodu błyskawicznie nakreśla portret dwóch złodziejaszków - chłopców, którzy nigdy nie słyszeli o siódmym przykazaniu. To zziębnięte i porzucone dzieciaki, ale ich spryt jest już bardzo dorosły. W pozbawionych uśmiechu, pustych twarzach zwracają uwagę przede wszystkim oczy, patrzące na świat z niechęcią i pretensją. Zniknął gdzieś łobuzerski wdzięk Chaplinowskich brzdąców. Stają przed nami ludzie z bezwzględnością kierujący się instynktem samozachowawczym. Ludzie ci ledwie odrośli od ziemi, a już czynią zło.

Winą za taki stan rzeczy Bromski obarcza środowisko, w którym dorastają bohaterowie. Niestety, w swoim opisie reżyser posługuje się gotowcami. I Jajo, i Pyza pochodzą z marginesu społecznego. Rodzice pierwszego z nich to skończeni alkoholicy, matka drugiego jest skończoną dziwką. Nie trzeba dodawać, że dziećmi w ogóle się nie interesują. Mimo ostrego naturalizmu sceny z udziałem lumpenproletariatu nie wykraczają poza ilustracyjność. Bo występują w nich typy, a nie żywi ludzie

Po drugiej stronie społecznej barykady Bromski lokuje zamożne, inteligenckie, choć nieco swarliwe małżeństwo, grane przez Daniela Olbrychskiego i Annę Romantowską. Oni dla odmiany mają córkę dobrą, wrażliwą i kochającą. Wyraźnie sugeruje się nawet, że to właśnie pod wpływem uczucia do tego anioła Jajo zaczyna zmieniać się na lepsze. Wszystkie jednak wątki związane z kompozytorem Sewerynem i jego familią potraktowane są w filmie nader zdawkowo. Reżyser skupia uwagę na bardziej malowniczym światku mafii, do którego za wszelką cenę chce się dostać mały złodziej. Dwaj trochę śmieszni, trochę straszni gangsterzy prowadzący gadki jak z "Pulp Fiction" to kolejne złamanie realistycznej konwencji.

Ale nie ostatnie. Pomijając już scenkę w cukierni z opowieścią o chirurgu zszywającym damskie krocze, która brzmi jak wulgarna odmiana skeczu Barei, tonację z zupełnie innej bajki, i to bajki silnie moralizatorskiej, wprowadza babcia Jajo, "nosicielka" dawno zapomnianych wartości. Na niezawodną Krystynę Feldman zawsze patrzy się z przyjemnością, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jej postać służy głównie udowodnieniu tezy o wyższości "starego" nad "nowym"

Tak naprawdę więc z dorosłych ciekawość budzi jedynie Wyskocz, dawny bokser, obecnie właściciel warsztatu samochodowego i pracodawca Jajo, prowadzący ciemne interesy z mafią. Jego tania elegancja a la sędzia na ringu, staromodny sposób mówienia z nieustannie powtarzanym zwrotem "Proszę ja ciebie" współgrają z równie dzisiaj anachronicznym niepokojem moralnym. Wyskocz, choć sam "umoczony", próbuje przestrzec Jajo przed karierą gangstera. Czyni to zresztą nie za pomocą dobrych rad, ale kilku uderzeń w łepetynę. Janusz Gajos świetnie gra tego szorstkiego w obejściu geszefciarza i nieco żałosnego playboya, ale gra w próżnię.

Szczególnie w finale mści się brak reżyserskiej konsekwencji i schematyzm innych postaci. Desperacki czyn Wyskocza w obronie Jajo nie osiąga rangi dramatu. Z tym bowiem mamy do czynienia, gdy ścierają się dwa równorzędne, ale przeciwstawne systemy wartości. Lub gdy bohater zabrnie w sytuację, z której nie ma dobrego wyjścia. Położenie trupem bandziorów budzić może jedynie aprobatę widzów. Trudno więc tu mówić o równowadze sił moralnych między skonfliktowanymi stronami. Dramatyczne być może będą konsekwencje zabójstwa dla Wyskocza, o tym jednak film już nie wspomina. Przypomina mi się w tym momencie rozgrywające się w podobnym środowisku dzieło Kena Loacha "Jestem Joe". Tam ofiara, jaką młody chłopak składa z własnego życia dla ocalenia życia przyjaciół, wywołuje ogromny wstrząs tak w bohaterach, jak i w widzach. Tymczasem Bromski na zakończenie funduje nam poczciwą scenę w kościele. I tyle.

Film "To ja, złodziej" cechuje, podobnie jak wiele innych rodzimych produkcji, brak wymiaru. Duchowego, moralnego, egzystencjalnego. Owszem, przyznaję, że reżyser starał się ten wymiaru znaleźć, nie tylko zresztą w obrazie, ale i w balladach zespołu Dżem, które wypełniają ścieżkę dźwiękową. Zatrzymał się jednak w pół drogi. To, co autentyczne, roztopił w tym, co banalne. Po raz kolejny kino nie sprostało rzeczywistości.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 34% uznało tę recenzję za pomocną (80 głosów).
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię