Recenzja filmu Muzykanci (2017)
Dušan Rapoš

Szarpidruty

Twórcy "Muzykantów" niby piętnują tandetę, płyciznę i demoralizację show-biznesu. Niby wkładają w usta bohaterów złote sentencje w stylu  "życie jest za krótkie na kompromisy". Cóż z tego, skoro ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Muzykanci (2017)
Ekran tak jak papier zniesie niestety wszystko. Nawet skrzyżowanie mazurskiej nocy kabaretowej z galą piosenki biesiadnej oraz spotem reklamowym sławiącym turystyczne walory Beskidów. "Muzykantów" - bo do nich oczywiście piję - można z czystym sumieniem polecić wszystkim, którzy zrywali boki na "Wyjeździe integracyjnym", przerzucali się cytatami z "Kac Wawy" albo polecali znajomym "Na układy nie ma rady". Komedia z Czech wygląda, jakby zrobiono ją według polskiego przepisu. Bez scenariusza, bez humoru, bez sensu.


W założeniu miała to chyba być lekka acz niepozbawiona nuty zadumy historia o miłości do muzyki, a także o ideałach, których warto bronić, by zachować szacunek do siebie. Bohaterem filmu jest uzdolniony piosenkarz Robin (Patrik Děrgel), nad którego zespołem wisi widmo rozpadu. Gdy zadłużeni po uszy chłopcy są o krok od przesiadki ze studia na korporacyjny open space, pomocną dłoń wyciąga nieoczekiwanie przebrzmiały gwiazdor disco Majkel Boss. Szansonista przeczuwa, że napisane przez młodziaków przebojowe songi mogą z powrotem wywindować go do pierwszej ligi show-biznesu. Panowie wyruszają do ośrodka wypoczynkowego, którego właścicielem jest rozjechany przez życie Izzy - eks-rockman o aparycji Janusza Panasewicza. W pięknych okolicznościach beskidzkiej przyrody grupa ma przygotować się do wspólnej trasy koncertowej. Wkrótce okazuje się jednak, że  Robin i Majkel  nie znajdują porozumienia na płaszczyźnie artystycznej. Jeden chciałby grać jak, nie przymierzając, Republika, drugiemu bliżej  do Sławomira. 



Twórcy "Muzykantów" niby piętnują tandetę, płyciznę i demoralizację show-biznesu. Niby wkładają w usta bohaterów złote sentencje w stylu  "życie jest za krótkie na kompromisy". Cóż z tego, skoro sam film wydaje się uosobieniem wszystkiego, co tak bardzo rzekomo uwiera jego twórców. Nakręcony tanio i niechlujnie twór Dušana Rapoša przypomina odcinek "Disco Relax", w którym przaśne wstawki muzyczne poprzetykane są bezładnie pretekstową fabułą. Rockowe dinozaury piją, wciągają i rozpamiętują dawną chwałę, młodzi marzą o sławie i seksie, ktoś żałuje błędów przeszłości, a ktoś inny ma do przepracowania daddy issues. Trochę plebejskiej komedii, trochę telenoweli. Przynajmniej kilka razy w trakcie seansu można odnieść wrażenie, że w montażu zagubiły się istotne dla rozwoju akcji sceny. Dlaczego pod okiem Robina wyrasta niespodziewanie wielkie limo? Za jaką burdę szef wytwórni urządza awanturę zaufanemu współpracownikowi? No i o co chodzi z niemieckim spadochroniarzem, który podgląda schadzkę bohaterów? Czeski film - nikt nic nie wie.


Twórcy zachowują żelazną konsekwencję tylko w jednym aspekcie: portretowaniu kobiet jako  usłużnych nimfomanek z IQ orzecha laskowego. Rozchichotane chórzystki kursują między łóżkiem perkusisty a jacuzzi Bossa, córka szefa wytwórni strzela selfie i łypie pożądliwie na Robina, zaś grana przez Michalinę Olszańską Klára służy Izzy'emu jako złota rączka, księgowa i seks-zabawka w jednym. Od ściekającej z ekranu mizoginii smutniejsze było chyba tylko odkrycie, że w filmie Rapoša wystąpił legendarny bard Jaromír Nohavica. Ja rozumiem: kto bogatemu zabroni? Czy naprawdę nie ma jednak lepszych sposobów na przekazanie światu, że ma się na wszystko elegancko wyłożone?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły