Recenzja filmu Odnajdę cię (2018)
Beata Dzianowicz

Walka z czasem

Dziwi mnie to o tyle, że Dzianowicz jest świetną dokumentalistką, specjalistką od precyzyjnych, skondensowanych miniatur, których temat pozostaje klarowny, zaś forma nigdy nie przysłania ...
Filmweb sp. z o.o.
Na pewno znacie ten stan: wyłaniacie się z mroku kinowej sali po seansie filmu o zombie-striptizerkach lub paragwajskiego dramatu o tragicznym losie drobiu, a następnie skonsternowani pytacie: co ja właściwie obejrzałem? W przypadku pełnometrażowego debiutu Beaty Dzianowicz nie jest to pytanie ani ironiczne, ani retoryczne. Chociaż momentami mi się podobało, nie mam bladego pojęcia, co ja właściwie obejrzałem. 


Powiedzieć, że zmieściło się tutaj kilka różnych filmów to jak powiedzieć, że Messi jest dobrym piłkarzem – niby prawda, lecz nie do końca oddaje skalę zjawiska. Mamy tu kryminalną intrygę, historię porwanego dziecka i matki przechodzącej na ciemną stronę mocy. Jest opowieść o kobiecie, która idzie przez życie jak taran, przy okazji tratując najbliższych. Kino akcji bije się o czas ekranowy z psychodramą, co jakiś czas przez narracyjną tkankę przebija westernowy motyw zderzenia samotnej twardzielki z patriarchalnym układem, zaś po komisariatach i wojskowych bazach niesie się echem głos w sprawie korupcji. W najlepszym przypadku wygląda to na katalog intrygujących konceptów, z których jedynie nieliczne doczekały się rozwinięcia. W najgorszym – na pionierską formę filmową, czyli ekranizację samego treatmentu. Nie będę dociekał przyczyn. Być może jest to efekt bojów z producentem lub intelektualna gorączka, której nie dało się zbić. Jedyne co widzę, to materiał na mięsiste, trzygodzinne kino sprasowany w 84 minutach projekcji. 

Dziwi mnie to o tyle, że Dzianowicz jest świetną dokumentalistką, specjalistką od precyzyjnych, skondensowanych miniatur, których temat pozostaje klarowny, zaś forma nigdy nie przysłania bohaterów. Pomysły, które doczekały się odpowiedniej atencji, dotyczą zazwyczaj głównej bohaterki. Justa (Ewa Kaim), choć napisana nieco zbyt szkicowo, to postać, z którą polskie kino wydaje się bogatsze. Ze swoim wojskowym doświadczeniem, bagażem nerwic, ciężką ręką i miękkim sercem,  nadaje się na protagonistkę kina o podobnych wektorach – zwłaszcza że nieopatrzona Kaim naprawdę sprawia wrażenie kogoś, kto chwilę cichej introspekcji może w mgnieniu oka przerwać ciosem w grdykę. 


O otaczających ją bohaterach nie można niestety powiedzieć tyle dobrego – podążający szlakiem zemsty komandos-renegat oraz przeorany wieloletnią harówką, wyliniały szef policji to raczej chodzące klisze z kina klasy B niż pełnokrwiste postacie. Podobnie zresztą skonstruowany jest tutaj cały świat – destylat brukowej powieści, w której zaraz po śniadaniu odkrywa się spisek na krajową skalę, a tuż przed kolacją ratuje życie bliskich. I oczywiście nie byłoby w tych uproszczeniach nic złego, gdyby jakikolwiek element filmu pompował do żył adrenalinę, a intryga byłaby na tyle zgrabna, by choć raz zepchnąć widza na krawędź fotela. Niestety, większość scen wydaje się przedwcześnie urwanych, zaś te, na które położony zostaje akcent, to albo czerstwe pogadanki o powinnościach służb mundurowych, albo kuriozalne metafory miłości jako placu boju. 

Jeśli "Odnajdę cię" stanowi próbę ożywienia w Polsce klasycznego kina sensacyjnego, plan reżyserki spalił na panewce – za mało tu frajdy, za dużo mielenia językiem. Jeśli chodzi o portret kraju, w którym na instytucjonalnym poziomie ogień zwalcza się ogniem, to sorry, ale żaden z "poważnych" wątków po prostu nie rezonuje. Jeśli natomiast spojrzeć na obraz Dzianowicz jak na zestaw tropów, o których polskie kino zapomniało, albo których nie ma odwagi spleść w jeden węzeł, jest to doskonały materiał edukacyjny. Teraz wypadałoby tylko, żeby ktoś wyciągnął z niego wnioski i sięgnął po kamerę. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 63% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie