Recenzja filmu

Po polowaniu (2025)
Luca Guadagnino

Books and All

Mimo tych celowo sprzecznych sygnałów boję się, że pokolenie Roberts obejrzy ten film po prostu jako obronę swojego stanowiska, a pokolenie Edebiri – jako atak.
Books and All
źródło: materialy promocyjne
"Po polowaniu" otwiera tykanie zegara. Oglądamy migawkę scenek z życia uniwersyteckiej pani profesor: pobudki, wykłady, dyskusje ze studentami, spacery kampusowymi uliczkami. Odmierzające czas wskazówki i montażowe cięcia pulsują unisono, w jednym rytmie, kreując wrażenie porządku: oto świat sylabusów i planów lekcji, ważnych książek i szczytnych idei, praw i obowiązków. Idylla? Niekoniecznie. Porządek jednej osoby może być przecież opresją drugiej: posegregowany według linijki świat to w końcu świat rygoru, klatka zakazów i zasad. Poza tym tykanie zegara przypomina też odliczanie do eksplozji. W swoim najnowszym filmie Luca Guadagnino zabiera nas do nominalnie bezpiecznej przestrzeni uniwersyteckiego kampusu i pokazuje moment zaburzenia ładu. 

A prościej: tym razem Guadagnino nakręcił coś w pół drogi między "Tár" Todda Fielda a filmem Woody’ego Allena. Już czołówka "Po polowaniu" jest perfidnym żartem: w tle gra kojący jazzowy standard, a na czarnych planszach pojawiają się nazwiska gwiazd wypisane białą czcionką w kolejności alfabetycznej. Zupełnie, jakbyśmy oglądali nowy film twórcy "Annie Hall". I faktycznie: fabuła "Po polowaniu" bazuje na Allenowskim motywie inteligenckich mezaliansów i transgresji. Całkiem niedaleko stąd do takiego "Nieracjonalnego mężczyzny", w którym profesor filozofii niezbyt etycznie romansował ze studentką. "Po polowaniu" też rozgrywa się w środowisku akademickim i z grubsza można go nazwać "filmem Guadagnina o #metoo". W jednej ze scen podchmieleni profesorowie zabawiają się zresztą wymienianiem wielkich nazwisk, które nie zdałyby dziś egzaminu z nieskazitelności moralnej. Nietzsche, Hegel, Heidegger, Schmitt… Miejsce dla Allena też by się w tym gronie znalazło. Albo dla Lydii Tár – gdyby rzeczywiście istniała. 

Główną bohaterką "Po polowaniu" jest Alma Inhoff (Julia Roberts), szanowana pani profesor filozofii z Uniwersytetu Yale. Znacie ten typ: szykowna marynarka na plecach, Foucault na ustach, tom "Buddenbrooków" przy łóżku, Miles Davis w Spotify. W ślad za nią kroczy jej wierna uniwersytecka świta: mąż Frederik (Michael Stuhlbarg), kolega Hank (Andrew Garfield), studentka Maggie (Ayo Edebiri). Towarzystwo wzajemnej adoracji, którego członkowie mogliby w nieskończoność spijać sobie z dzióbków. Alma i Hank rywalizują jednak o stałą uniwersytecką posadę, tzw. tenure. Niestety: zanim którekolwiek z nich zdąży otrzymać akademicki immunitet, zegar przestaje tykać i wybucha bomba. Maggie, pupilka Almy, wyznaje swojej mentorce, że Hank wykorzystał ją seksualnie. Profesorka reaguje jednak podejrzanie ostrożnie, jakby sama miała coś za uszami – i w efekcie zawodzi zaufanie podopiecznej. Tymczasem oskarżony wykładowca wdaje się ze studentką w pojedynek na dwie wersje prawdy, zarzucając jej próbę odwrócenia uwagi od plagiatu. "He said, she said", klasyka.  

"He said, she said" również w tym sensie, że scenariusz autorstwa Nory Garrett aż kipi od potencjału na kino tak zwane przegadane. Główny konflikt "Po polowaniu" to przecież pojedynek na argumenty, dociążony jeszcze balastem akademickiego żargonu: jest poststrukturalizm, jest postkolonializm i wszystkie inne fajne -izmy. Stare pokolenie akademików sugeruje, że polityczna poprawność młodych zmieniła społeczeństwo w Foucaltowski panoptykon: w więzienie bez strażników, gdzie kontrolę sprawują nad sobą sami więźniowie, szafując na lewo i prawo moralizującymi wyrokami. Starzy zarzucają młodym, że ci przesadnie celebrują swój ból, skrupulatnie rozliczając każdy centymetr doświadczonej opresji. Że nie dadzą nawet człowiekowi posłuchać The Smiths bez wzmianki o ideowych grzechach Morrisseya. Młodzi z kolei kontrują, że według starych największą ofiarą społeczeństwa niezmiennie pozostaje biały heteroseksualny mężczyzna, że nie wyobrażają sobie emancypacji innej niż ich własna, że manifestują równość, ale cichaczem akceptują szereg systemowych wykluczeń. "They said, they said", klasyka.

A Guadagnino i tak potrafi zrobić z tego spektakl. Włoch wyspecjalizował się w wyliczaniu nazwisk wielkich literatów i organizowaniu seksualnych wielokątów, na dodatek jak mało kto potrafi wygrać dramatyzm tego, że Dwie Osoby Rozmawiają. Jest więc właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Jasne, można mu pewnie zarzucić, że widać, jak reżyseruje – i że to oznaka słabej reżyserii. Ale przecież twórca "Challengers" nie tylko potrafi pięknie zarazić widza entuzjazmem, podtrzymać jego uwagę, zaintrygować-poirytować kolejnymi "popisami". Te stylistyczne wymachy są zazwyczaj absolutnie "po coś": mają swoją funkcję i znaczenie.

"Po polowaniu" pokazuje, jak dwie osoby i dwa pokolenia rozjeżdżają się w swoich definicjach i priorytetach, w rezultacie nie mogąc zgodzić się, gdzie leży Prawda. Guadagnino i jego operator Malik Hassan Sayeed przystępują więc do konsekwentnego rozcieńczania i zwielokrotniania tego, co widzimy na ekranie. Kamera regularnie "przeostrza", ogniskując się raz na jednej, raz na drugiej postaci. Bohaterowie mnożą się w lustrzanych odbiciach, a montaż kawałkuje ich ciała, jakby w poszukiwaniu najwnikliwszego punktu widzenia. Jest kamera z ręki, jest ujęcie z profilu, jest full frontal. Są arytmicznie przeplatane zbliżenia na twarz i zbliżenia na dłonie. Wszystko jednak pięknie pracuje. 

Guadagnino próbuje uchwycić, jak ciało zadaje kłam słowom i vice versa – właśnie dlatego maniakalnie obserwuje swoich aktorów z każdej możliwej strony. Jakby chciał, żeby widzowie poczuli się równie niezręcznie, co bohaterowie. I to działa: jest tu między innymi jedna z najbardziej niewygodnych scen jedzenia chlebka naan w historii kina (w roli jedzącego: Andrew Garfield). Trent Reznor i Atticus Ross dokładają od siebie zbijający z pantałyku akompaniament: instrumenty dęte odzywają się znienacka niczym horrorowe jump scare’y, a akordy pianina, zamiast sobie spokojnie wybrzmiewać, nagle się upiornie urywają.
 
I jeśli coś spowalnia tu Guadagnina, to chyba faktycznie scenariusz Garrett. Struktura opowieści nie jest tak precyzyjna jak choćby w "Challengers". Może to skutek wspomnianego akademickiego rozgadania. Opowieść meandruje, kluczy – i słusznie, bo to opowieść o kluczeniu – ale też co najmniej trzy razy wydaje się, że film się już kończy, a jednak się nie kończy. Z kolei tajemnicza choroba Almy jako symbol jej wewnętrznego zepsucia wydaje się nieco zbyt toporna jak na film, który chce okupować przestrzeń niedopowiedzeń i ambiwalencji.  

Właśnie tutaj trudno nie pomyśleć o "Tár" Fielda: zwłaszcza, że u Guadagnina też mamy scenę, w której wykładowczyni bezlitośnie pacyfikuje przejaw studenckiego wokeizmu. Zastanawiam się jednak, jak bardzo recepcja filmu będzie uzależniona od metryki widza. "Tár" z premedytacją nie mówił niczego definitywnie, pozostając papierkiem lakmusowym poglądów odbiorcy. "Po polowaniu" również myli tropy i mnoży sprzeczności – już na poziomie castingu. Julia Roberts, amerykańska dziewczyna z sąsiedztwa, nietypowo jest tu wyrachowaną akademiczką, która cytuje niemieckich filozofów w oryginale. Ayo Edebiri, dziewczyna z sąsiedztwa nowej generacji, zachowuje z kolei zagadkowy dystans (hej, a może po prostu jest jeszcze młoda). Garrett i Guadagnino dodatkowo komplikują sprawy, kiedy okazuje się, że grana przez nią Maggie zupełnie nie spełnia stereotypu czarnej pariaski systemu, a rzekomy brak kapitału symbolicznego rekompensuje zwyczajnym kapitałem (czytaj: jest bogata). 

Mimo tych celowo sprzecznych sygnałów boję się, że pokolenie Roberts obejrzy ten film po prostu jako obronę swojego stanowiska, a pokolenie Edebiri – jako atak. Na bank ktoś powie też, że "Po polowaniu" to przykład dojrzałego relatywizmu, a ktoś inny, że szkodliwego symetryzmu. "He said, she said", raz jeszcze. A tymczasem jest to chyba film właśnie o tym retorycznym impasie. O języku, który wymknął się spod kontroli, oderwał od desygnatów i nakręca spiralę sofistyki. Pod skórą filmu tętni przecież wątek powracających cyklów przemocy i motyw pracy, jaką – trochę świadomie, a trochę jednak nie – wykonuje człowiek, aby tylko nie zauważyć problemu. 

Mąż Almy, psychiatra Frederik, mówi w którymś momencie, że ludzie nie chodzą do psychiatry, żeby przełamać chorobliwe schematy, tylko żeby usłyszeć, że nie potrzebują pomocy psychiatry. Sam wie to najlepiej jako mąż "ustawiony" przez żonę w roli wiernego wasala. Stuhlbarg gra tu fascynującą – znacząco drugoplanową – postać mężczyzny, który za maską ekstrawaganckiej persony skrywa dramat nieodwzajemnionej miłości. Ot, ironia: facet, który pomaga innym przełamywać schematy, sam utknął na kolejnym okrążeniu jakiegoś przemocowego cyklu. I nawet świadomość tego faktu nie wystarczy mu, by się uwolnić. Na nic wszystkie książki, dyplomy, akademie. Najlepsze, że – jak podpowiada mi znajoma – przyczyna jest w sumie głupia. Możesz sobie kogoś lubić, ale czasem trudno zgadnąć, czy ten ktoś w zamian lubi ciebie czy raczej to, że go lubisz.
1 10
Moja ocena:
7
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?