"Orphan" – w konkursie festiwalu w Wenecji z premedytacją wyświetlony z taśmy, a nie kopii DCP – to film ostentacyjnie analogowy, pokryty warstewką patyny, kurzu. Zupełnie jakby tajemnice
Akcja "Syna Szawła" Lászla Nemesa rozgrywała się w obozie Auschwitz w czasie drugiej wojny światowej. Do końca filmu pozostawaliśmy uwięzieni w ujęciu przyklejonej do pleców bohatera kamery, która kluczyła labiryntami obozowego piekła. "Orphan", nowy film Nemesa, startuje z podobnie opresyjnego i podobnie ograniczonego punktu widzenia: to perspektywa dziecka podglądającego świat z ukrycia. Tutaj jednak wojna dobiegła już końca i jesteśmy świadkami momentu wyzwolenia: oto przebywający w sierocińcu żydowski chłopiec dowiaduje się, że jego matka ocalała z Zagłady. Ale moment zjednoczenia jest zaledwie początkiem historii: happy beginning wcale nie gwarantuje szczęśliwego ciągu dalszego. Okazuje się, że to "podejrzliwa" kamera trafnie odczytała sytuację: będzie źle. Ujęcie prawdę ci powie.
Główna akcja "Orphan" rozgrywa się w 1957 roku. Jesteśmy w Budapeszcie niedługo po stłumionym przez radziecką armię zbrojnym powstaniu przeciwko komunistycznemu reżimowi. Andor (Bojtorján Barabas), który lękliwie spoglądał na świat w pierwszym ujęciu filmu, żyje wychowywany przez matkę, Klarę (Andrea Waskovics), w kulcie nieobecnego ojca. Mężczyzna prawdopodobnie zmarł, ale chłopiec pielęgnuje marzenie o jego powrocie. Regularnie zakrada się więc do piwnicy, gdzie rozmawia z uosabiającym ojca wielkim metalowym piecem i zwierza mu się ze swoich trosk oraz nadziei. Tym samym Nemes inscenizuje w "Orphan" odwrotność "Syna Szawła": ojca zafiksowanego na osobie zmarłego syna zastąpił syn zafiksowany na osobie zmarłego ojca.
W obu filmach osoba najbliższego krewnego stanowi dla głównego bohatera fundament tożsamości, pozwala mu być podmiotem. Dla Szawła ojcostwo było ostatnim okruchem człowieczeństwa w obozowej matni. Andor z kolei używa ojca jako tarczy i drogowskazu w paranoicznych realiach komunistycznych Węgier. Wojna może się tu skończyła, ale rzeczywistość pozostała przetrącona, nijak nie chce wrócić do pionu, do idealizowanego przez Andora ładu z "dawnych lat". Dlatego tak ważne są dla niego kolejne pamiątki: bilety, które sprzedawał ojciec, czarno-biała fotografia ojca, zeszyt z odręcznym podpisem ojca.
Operator Mátyás Erdély bierze sobie do serca ten synowski fetyszyzm i filmuje świat tak, by przypominał stare pocztówki przeglądane w rytm przedpotopowej muzyki z szumiącego radia. "Orphan" – w konkursie festiwalu w Wenecji z premedytacją wyświetlony z taśmy, a nie kopii DCP – to film ostentacyjnie analogowy, pokryty warstewką patyny, kurzu. Zupełnie jakby tajemnice urwanych życiorysów i meandry historii trzeba było odkopywać z warstw nagromadzonego przez lata brudu. Zupełnie jakby przeszłość była ciemnym, lepkim, nieprzyjaznym miejscem.
W filmie Nemesa faktycznie jest. Komunistyczne Węgry przypominają tu pole minowe: jeden fałszywy ruch możesz przypłacić rewizją, aresztem, nawet śmiercią. Andor dumnie identyfikuje się z nazwiskiem ojca – Hirsch – ale żydowskie pochodzenie pozostaje piętnem. Były przyjaciel jego ojca, żydowski aktor (Marcin Czarnik), wychodzi na teatralną scenę jako mim i odgrywa skecz, w którym zostaje dla żartu brutalnie "związany" – publiczność się śmieje, ale ten obraz niewoli i niemoty ma w sobie więcej prawdy niż fikcji. Żeby daleko nie szukać: koleżanka Kláry, również Żydówka, pracuje w sklepie, który przed wojną należał do jej rodziny, ale dziś może być tylko ekspedientką i kulić się pod złowrogim okiem nowego szefa, systemowego służbisty. Atmosferę zaszczucia potęguje powszechne polowanie na niedobitki powstańców. Przyjaciółka Andora, Sári (Elíz Szabó), ma rannego brata, który ukrywa się przed władzami w pustostanie, pielęgnując swoje własne niespełnialne marzenie – o ucieczce do Ameryki.
Najgorszym z rządzących tym ponurym światem złych zastępczych "ojców" (nieufny sklepikarz, surowy policjant, radziecki żołnierz) jest Berend (Grégory Gadebois). Mężczyzna nagle pojawia się w życiu Andora i wywraca je do góry nogami. Rzeźnik, który pomógł Klárze przetrwać wojnę (choć nie zrobił tego za darmo), teraz żąda zadośćuczynienia: ogłasza się prawdziwym ojcem chłopca i chce ślubu. Zwalisty facet na warczącym motocyklu ma aparycję potwora, ale akty patriarchalnego tupania nogą raz za razem przeplata gestami nieoczekiwanej troski i czułości. Grając postać wybawcy-oprawcy, Gadebois fascynująco spienięża tu swoją fizyczność, raz osiągając efekt grozy, a raz ciepła.
Skonfundowany Andor – rozdarty między wiernością wobec ducha ojca a złością na matkę, która wpadła w oko innemu mężczyźnie – będzie musiał rozwiązać w swoim sumieniu dylemat Hamleta. I podobnie jak książę Danii, zapłaci słono za swój bunt. W tym sensie sam ma zadatki na kolejnego złego faceta. Klára czy Sári – czytaj: kobiety – próbują pragmatycznie negocjować z opresyjną rzeczywistością, usiłują jakoś umościć się w niewygodnej pozycji, w jakiej przyszło im żyć. Chłopiec zaś miota się i szamocze, po trupach, w imię ojca, jakby to był ostateczny, niezbywalny argument. Ojciec czyli superego, ego czyli ja, ja czyli syn – i tak koło się zamyka.
W tym sensie "Orphan" – czyli "Sierota" – jest opowieścią o horrorze dziedziczenia. Synostwo to przecież stan swoistej bezwolności: nie masz wpływu na to, kto jest twoim ojcem, z jakiej grupy etnicznej pochodzisz, w jakim kraju się urodziłeś. Andor jest zaś tytułowym "sierotą", bo nie ma dla niego miejsca nawet w tych narzuconych odgórnie szufladkach: ojciec chłopaka jest nieobecny, zresztą nie wiadomo nawet, czy był jego prawdziwym ojcem, ojczyzna zaś ma go za obywatela gorszej kategorii. Nic dziwnego, że pod dyktando Nemesa Andor szuka ukojenia w kinie, pielęgnując mit ojca-biletera, z namaszczeniem kolekcjonując stare karty wstępu na seanse. Nemes zresztą też dziedziczy, świadomie wpisując się w konkretną filmową tradycję.
Na pierwszy rzut oka widać zresztą, że Nemes ma kino we krwi. Nie znajdziecie tu ruchu kamery, który nie byłyby przemyślany i celowy, kadry są misternie zainscenizowane wgłąb, minimum środków pracuje precyzyjnie na maksimum efektu. Scenariusz – podobnie. Jego autorzy, Nemes i Clara Royer, konsekwentnie spiętrzają sensy i budują dramaturgię, wykorzystując schemat Bildungsroman czy zawieszając tu i ówdzie tzw. strzelby Czechowa. Ale też snują opowieść tak, by dać widzowi szansę samodzielnego łączenia kropek, np. w wątku "śledztwa", jakie prowadzi Andor na wsi. Rezultat – oprócz tego, że kinowy – jest też bardzo… węgierski. Pasuje zatem, że dziedzictwo kinematografii znad Dunaju to również dziedzictwo niezłej opresji. Twórczość węgierskich mistrzów – od Károlyego Makka przez Miklósa Jancsó po Bélę Tarra – to przecież filmowy modernizm typu hardkor: walec poważnych tematów, sążnistych ujęć i ciężkiego gnoju. No i proszę: postawiony w jednym rzędzie z nimi "Orphan" nagle przestaje być sierotą.
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu