“Ludzie lubią ten bronks”. Pocztówka, którą wreszcie ukazano z drugiej strony
“Bałtyk” to film, który sam jest podobny do tytułowego polskiego morza. Słoneczny, rozkrzyczany, przyjemnie gwarny, lecz niedługo potem drażniący rany solą, chłodny i sztormowy. Ten Bałtyk rzadko
“Bałtyk” to film, który sam jest podobny do tytułowego polskiego morza. Słoneczny, rozkrzyczany, przyjemnie gwarny, lecz niedługo potem drażniący rany solą, chłodny i sztormowy. Ten Bałtyk rzadko jest spokojny. Nawet gdy w drugiej połowie seansu cichną fale, emocje kotłujące się pod powierzchnią każą pozostawać na brzegu. Przeżywać, podziwiać, ale raczej nie podchodzić. I tak właśnie przez lata robiła pani Miecia, nie podchodząc do własnych głębin. Aż przyszedł obraz, poprzez który poznajemy Królową Łeby, zaś ona, mam wrażenie, poznaje lepiej sama siebie. Między innymi to czyni ten dokument tak intymną, nostalgiczną pocztówką z wakacyjnego świata morskiego “bronksu”. Bo, jak z przymrużeniem oka mówił zięć głównej bohaterki, “ludzie lubią ten bronks”.
Powiedziałabym raczej, że lubią autentyczność w świecie, który staje się coraz bardziej uproszczony czy powtarzalny. A tej i u Mieci, i w samym filmie znajdziecie nawet więcej niż uwędzonych ryb.
Wjeżdżamy w “Bałtyk” meleksem, jak turyści przywiezieni na 65-minutową wycieczkę. Objeżdżamy główne atrakcje: piękne plaże, krajobrazy parku narodowego, port, dyskoteki i automaty, aż docieramy do legendarnej wędzarni “U Mieci”, która od ponad 40 lat uczy turystów, jak jeść rybę. Obecność pani Mieczysławy przez lata zdążyła się stać dla odwiedzających tak oczywista, jak automaty boxer za każdym rogiem, paragony grozy oraz obowiązkowe gofry. Oddychamy kiczem, śmiechem i przaśnością, jakby to była morska bryza.
Ale co się dzieje, gdy neony gasną, a spektakl Łeby opuszcza 80-tysięczna widownia, pozostawiając 1,5 tysiąca aktorów na pastwę ośmiu niesezonowych miesięcy? Choć film nie ukazuje nam tego okresu (czego bardzo żałuję), na myśl o nim zaczynamy jednak trochę krztusić się dymem z pieców. Jak żartuje Miecia, poza sezonem działają jako krematorium, a wędzarnia zostaje zakładem pogrzebowym “Lulajże, lulaj”. I, co by nie mówić, Łeba “lula” nader posłusznie. Ale zawsze zmartwychwstaje, a Miecia wita to pospolite ruszenie chlebem, solą i halibutem. Bez cytryny, żeby nie psuć smaku ryby. Na ławeczce VIP.
Jednocześnie cały ten kolorowy wir zabawy, śmiechu i kiczu twórcy przeplatają malowniczymi ujęciami z muzyką w tle przypominającą “Przeminęło z wiatrem”. Czy Łeba przeminęła? Patrząc na uchwycone okiem kamery zapełnienie plaż, raczej jej to nie grozi. Legendzie jej Królowej – tak samo. Problem w tym, że sama Miecia na przestrzeni filmu zaczyna się zastanawiać, czy nie przeminęła z… dymem. Padają w pewnym momencie słowa: “Cała jestem uwędzona”.
A ja, szczerze mówiąc, też poczułam się wtedy trochę uwędzona. Bo rozluźniona całym tym słońcem i ciepłem bijącym z ekranu nie doceniła wystarczająco trudności oraz osobistych dramatów postaci, za którymi przecież podążałam. Dałam się ponieść rozrywce, aż nagle wszystko pękło. W tamtym momencie wiedziałam, że “Bałtyk” ma już mnie i moje filmowe serce na tacy. Tacce. Papierowej, takiej i do wydania ryby, i – według Mieci – do notatek odnośnie potrzebnego zaopatrzenia.
Bo ciężko jest nie wpaść w to rybne szaleństwo. Żarty pojawiają się na każdym kroku, uśmiech goni uśmiech, a z ust pani Mieci ciągle wystaje nieodłączny papieros. Królowa Łeby, jak morska Matka Chrzestna, przelicza utarg i chowa go do stanika lub czajnika elektrycznego. Zamiast kota, na kolanach czasem trzyma małego pieska – Puszka. Ma władzę nad sercami ludzi oraz lokalnym rynkiem: nie tylko mówią o niej przewodnicy, ale też niejedni chcą zawiesić obok kultowej już budy swój baner. Gdyby twórcy filmu chcieli kiedyś pociągnąć tę historię w stronę fikcji, wnioskuję o mafijny kryminał. Tyle lat “otwierania” ryb i zawieszania ich na hakach przydaje się w takiej robocie.
Między “łosiem” (łososiem) a “butem” (halibutem) poznajemy nie mniej barwne postaci pracujące w wędzarni. Przysłuchujemy się życiowym lekcjom dawanym młodemu Ferdkowi, patrzymy na rysunki wnuczek pani Mieci, przeżywamy problemy uczuciowe z Pikolem, wreszcie obserwujemy, jak mozaika różnych osobowości i pseudonimów (Boczek, Maxi, wcześniej wspomniany Pikolo) tworzy “jeden łańcuszek”. Swoją drogą, Królowa byłaby bardzo skuteczną mówczynią motywacyjną. Wielkie firmy mogłyby się uczyć od (jeszcze do niedawna) obskurnego blaszaka przesiąkniętego rybną wonią technik integracji zespołu oraz wsparcia swoich pracowników. Z tej perspektywy określenie “Matka Chrzestna” zyskuje czulszy wymiar. Ale, żeby nie było zbyt ckliwie, wiele takich podnoszących na duchu scen rozgrywa się z napisami na ubraniach typu: “Jestem singlem z wyboru – ciągle ku*wa źle wybieram”.
Wydaje się, że ludzi dookoła pani Miecia dobrała dość dobrze. Zabrakło jednak wybierania siebie, co poskutkowało postępującym wypaleniem, problemami zdrowotnymi oraz, wreszcie, pierwszym urlopem od 40 lat. Zamurowało mnie na myśl, że dopiero za 16 lat będę żyć tyle, ile ona pracowała bez ustanku, sezon w sezon, przy wędzarni.
Haki są wbijane rybom przeznaczonym do uwędzenia w okolice oczu. Zestawione z tym faktem słowa Mieci o własnym uwędzeniu wybrzmiewają inaczej. Może brutalnie, ale sam film też nie ucieka od brutalności życia. Rzecz w tym, że opowiada o nich bardzo czule i subtelnie, uważając na granice przedstawianych bohaterów. Dawno nie widziałam dokumentu, który byłby tak blisko portretowanych osób, a jednocześnie wystarczająco daleko, by dać im… żyć. Bez nadmiernego “włażenia z butami”, bez dokręcania śruby dla mocnego ujęcia.
Ale mocne ujęcia i tak się pojawiają, szczególnie gdy nadchodzi moment wyjazdu do sanatorium. Doświadczona życiowo pani Miecia stwierdza w pierwszej części filmu: “Mówią, że człowiek nie jest z żelaza. Człowiek jest z żelaza”. Losy wszystkich bohaterów wydają się to udowadniać. Jednak w pewnym momencie, pod wpływem prażącego letniego słońca, to żelazo zostaje przetopione i nabiera innych kształtów. Ferdek dojrzewa, Pikolo pokornieje, Dawid odnajduje się w wędzarniczej rzeczywistości, a Miecia… Miecia powoli odkrywa, że nawet jeśli jest z żelaza, to odpoczynek, pochylenie się nad sobą oraz łzy wcale nie sprawią, że zacznie rdzewieć. “Cieszę się, że jestem królową Łeby – bo ludzie mnie doceniają” zostaje zastąpione przez “Żyję, bo jestem ludziom potrzebna. I to musi na teraz wystarczyć”. Takie słowa nie niosą wiele optymizmu, ale zyskana po latach odwaga do bycia szczerą wobec siebie już tak.
Wątek alkoholizmu ojca pani Mieci, Pikola czy Mirka, którego poznajemy poprzez list z więzienia, porusza wciąż palący problem Polaków. Powiedzenie “rybka lubi pływać” po tym filmie uderza goryczą i ironią. “Bałtyk” jednak nie ocenia, nie wydaje prostych sądów – ukazuje bohaterów w całej ich niejednoznaczności, z dobrych oraz mniej chlubnych stron. Dużo tam chęci wzajemnej pomocy czy wrażliwości, również u osób, których pozornie o nią nie podejrzewamy (np. troska Pikola o panią Miecię, szczególnie gdy przychodzi prośba od Mirka). W oczy rzuca się też nałóg papierosowy głównej bohaterki, który zdecydowanie nie pomaga jej w powrocie do zdrowia. I choć sama podkreśla, że ani ona, ani żadne z jej rodzeństwa nie piją alkoholu, widzimy papierosy palone po kryjomu w sanatorium pod groźbą wysokiej grzywny czy codzienną pracę od 3:00 do 20:00.
Każdy radzi sobie, jak może. Odkryciem, które obserwujemy w trakcie filmu jest fakt, że jednak nie zawsze musi.
Żałuję, że “Bałtyk” nie pogłębia obrazu o okres, w którym ten “jeden łańcuszek” dzieli się na ogniwa. Czułam się trochę wyrwana z głębszego kontekstu, jakbym poznawała cala ekipę podczas tygodniowego turnusu poprzez pogawędki w kolejce po rybę. Z drugiej strony myślę, że takie wrażenie jest komplementem dla twórców, którym, jak mówiła reżyserka Iga Lis podczas sesji Q&A po pokazie filmu na Festiwalu Dwa Brzegi, zależało na naturalności.
Niemniej jednak film jest wspaniały, bo całe to wędzarnicze zjawisko jest czymś więcej niż tylko sumą części. Nazwałabym je wręcz rodzajem mikrokosmosu, który jednoczy się na 4 miesiące ciężkiej pracy w oparach dymu, śmiechu, zmęczenia i wzajemnego wsparcia. Czy bohaterowie sobie później towarzyszą? Pewnie tak, jako że populacja Łeby poza sezonem jest, lekko mówiąc, oszczędna. Ale tylko razem tworzą ten Bałtyk, do którego wracają od 40 lat turyści; ten wspaniały mit “Królowej i jej Wędzarni”, jak głosi anglojęzyczna wersja tytułu filmu. Wciąż tak upragnioną nostalgię, przy pomocy której przemycono wiele cięższych treści.
Chrońmy polskie wydmy. Chrońmy wszystkie panie Miecie i własne zdrowie: psychiczne, fizyczne. A do tego, na koniec: chrońmy młodych polskich filmowców, bo ta nowa pokoleniowo fala będzie zabierać z plaż coraz więcej widzów. I, daję słowo: wielu już nie wypuści.
Ja nie mam nic przeciwko. W głowie szumi mi do teraz.
110
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.