Recenzja filmu Był sobie pies 2 (2019)
Gail Mancuso

Pieska komedia

W tym filmie zdania mogą być wyłącznie okrągłe ("Jesteś najgorszą matką na świecie!"), wypowiadane z kościelnym namaszczeniem przez świetnie zaprogramowane manekiny i syntezatory mowy. W ...
Filmweb sp. z o.o.
Myślę, że umarłem. Kiedy wreszcie nastał spokój, zobaczyłem siebie hasającego między łanami zbóż i zdążającego w stronę jasnego światła. Emanowało ciepłem i dobrem, było coraz bliżej, już prawie na wyciągnięcie ręki. No i wtedy wszystko się zaczęło. Jakaś zafajdana łapa chwyciła mnie wpół i zaciągnęła do psiego Matriksa, gdzie ludzie to kukły wypchane słomą i szczęściem. Idealne małżeństwa są terroryzowane przez aroganckie Cruelle de Mon, mieszkania pachną luksusem, każda rozmowa to superważna lekcja i jednocześnie prezentacja śnieżnobiałych zębów. Nad tym piekłem unosił się pies-anioł, nieśmiertelny przędzarz ludzkiego losu, który splata to, co rozplątane i tylko czasami musi wyjść na kupę. Błagam, uszczypnijcie mnie! Czy ja naprawdę tyle nagrzeszyłem? 

photo.title

Bo przecież wiem, że "Był sobie pies 2" to po prostu opowiastka dla dzieciaków. Familijna miniepopeja, spreparowana właściwie w jednym celu: oswoić małego człowieka z perspektywą śmierci ukochanego psa. Pocieszyć i zapewnić, że psia miłość jest bezwarunkowana, że nigdy się nie kończy i znosi wszelkie granice, także te metafizyczne. I tak czworonóg Bailey przechodzi kolejne etapy reinkarnacji – podobnie jak w pierwszej części serii – ale w cudowny sposób zachowuje wspomnienia swoich poprzednich żyć oraz silne pragnienie powrotu do właściciela. Sztuczność tej sytuacji byłaby jeszcze do zniesienia. Bailey odradza się raz jako pies duży, raz jako mikrus z kokardką na czubku głowy, czasami tuż za rogiem, innym razem na drugim końcu USA, ale i tak zawsze, jakimś cudownym zrządzeniem losu, trafia na tego jedynego, wybranego na początku drogi człowieka-pana. Nie do zniesienia jest natomiast sam ten człowiek, na przemian szczerzący się w groteskowym uśmiechu i zalewający sztucznymi łzami. W tym filmie zdania mogą być wyłącznie okrągłe ("Jesteś najgorszą matką na świecie!"), wypowiadane z kościelnym namaszczeniem przez świetnie zaprogramowane manekiny i syntezatory mowy. W rzeczywistości rozpisanej na dwóch stronach wyrwanych z zeszytu ludzie nie przechodzą żadnych ewolucji i nie dojrzewają – są tacy sami jako dorośli i jako dzieci (no, z wyjątkiem jednej bohaterki-alkoholiczki). 

photo.title   photo.title   photo.title

A co w takim razie z psem? Coż, pies to idealny niewolnik i fanatyczny służbista. Bailey pierwszy raz umiera na farmie Ethana, który próbuje chronić swoją wnuczkę przed nieodpowiedzialną postawą jej matki, wdowy po tragicznie zmarłym synu bohatera. Psina odchodzi więc z poczuciem misji: musi wrócić i stanąć u boku zagrożonej CJ. No i leci na tej chmurce, przez zboża i słońce, a na ziemi trwa sajgon: zaniedbania rodzicielskie, alkoholizm, przemocowy chłopak, trudne życie w Nowym Jorku, nowotwór, błyszczące kabriolety, dobre jedzenie, wygodne kanapy. Kolejne powroty to kolejne serie banalnych sytuacji i obrazków rodem z pachnących papeterii. Bailey łączy przyjaciół i całe rodziny, wpływa na ich losy, a dzięki wielu życiom rozpoznaje to, o czym ludzie zdążyli już dawno zapomnieć. Festiwal piękna i miłości trwa aż do świetlistego, słodko-gorzkiego zakończenia. 

I tylko żal w tym wszystkim czworonoga. "Był sobie pies 2" został skomponowany tak, że zwyciężająca śmierć, międzygatunkowa miłość przypomina skutek uboczny ekstremalnej psiej głupkowatości. Czytane przez Josha Gada głosy z wnętrza puchatej głowy wnoszą do filmu niewiele albo zgoła nic. Można je sprowadzić do serii reakcji, niby-komicznych przeinaczeń i pomyłek, tekstów krążących wokół ulubionych psich czynności: jedzenia, zabawy piłką, wydalania, złośliwego gryzienia mebli i butów, przytulania i drapania za uchem (próbka: "O tak, czuję zapach świeżej kupy!"). To upupienie bestii czasami rzeczywiście rozczula i pewnie rozczuli całe zastępy dzieci. Poza tym obecna w filmie dydaktyka, okropna tendencja do umoralniania przy użyciu papierowych figurek i fałszywych – bo zbyt idealnych – wzorców osobowych, zamienia zabawę w katechezę. Pies na komendę skacze, podaje łapę, walczy ze śmiercią. Jak zwykle. Czekam więc na film, w którym głos z psiej głowy powie: "Dość! Teraz ty". I człowiek poturla się usłużnie po mokrej trawie. A na plecach zostanie mu świeży ślad. Ślad psiej kupy. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 19% uznało tę recenzję za pomocną (47 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię