Recenzja filmu Chicuarotes (2019)
Gael García Bernal

Nędznicy

Bernal konsekwentnie buduje świat pogrążony w mentalnej ruinie. Z cierpliwością i wrażliwością na detale przygląda się marności ludzkiego żywota i kruchości ludzkich marzeń. Pokazuje przemoc i ...
Filmweb sp. z o.o.
Pierwsza scena filmu. Młody chłopak w makijażu klauna na tylnym siedzeniu autobusu. Do środka wchodzi drugi młody chłopak, również wyglądający na klauna. Zaczyna się występ. Pozostali pasażerowie, w większości smutni i zmęczeni życiem, nie są rozbawieni żartami chłopaków. Czym prędzej zmywają się lub też ostentacyjnie ich ignorują. Kiedy ci "jokerzy dla ubogich" poproszą o datki, nie dostaną ani grosza. Wtedy jeden z nich wyciąga broń i występ zmienia się w rabunek. Gdy jakiś czas później podzielą się łupami, okaże się, że niewiele zgarnęli. Pasażerowie autobusu pochodzą z tej samej co rabusie okolicy i są równie niezamożni. Witajcie w świecie biedaków.

W swoim nowym reżyserskim przedsięwzięciu aktor Gael García Bernal zabiera nas do świata ludzi przegranych. Niemal każdy, kogo zobaczymy na ekranie, jest osobą złamaną. Część z nich potrafi jednak unosić się na powierzchni szlamu, jakim jest ludzki los. Rzeźnik, który w porównaniu do reszty mieszkańców, wydaje się dobrze sytuowany i nie waha się korzystać ze swojej niewielkiej władzy. Policjantki, które mogą się teraz wyżywać na tych, którzy kiedyś patrzyli na nie z pogardą ze względu na kolor skóry. Są jednak i tacy, co nie potrafią pogodzić się z tym, że ich życie potoczyło się inaczej, niż to sobie wymarzyli. Kimś takim jest chociażby ojciec Cagalery, jednego z głównych bohaterów filmu. Mężczyzna prowadzi destrukcyjną egzystencję, pijąc na umór, a w wolnym czasie wyżywając się na swojej rodzinie, głównie żonie. Cagalera jest na najlepszej drodze, by pójść w ślady znienawidzonego ojca. Ma głowę pełną marzeń o lepszej przyszłości. Ale przez to, w jakim świecie dorasta, są one mocno niekształtne. Wie tylko, że chce porzucić to miasto, że chciałby się dorobić. Nie ma jednak żadnego pomysłu na to, jak te cele osiągnąć. To, na co się zdecyduje, będzie więc mocno nieodpowiedzialne i skończy się bardzo poważnymi, nawet tragicznymi konsekwencjami.

Bernal konsekwentnie buduje świat pogrążony w mentalnej ruinie. Z cierpliwością i wrażliwością na detale przygląda się marności ludzkiego żywota i kruchości ludzkich marzeń. Pokazuje przemoc i obsesję na punkcie śmierci, bez gloryfikacji, bez estetycznego upiększania, a jednak mającą w sobie coś interesującego, przyciągającego uwagę widza. Niestety, cały ten świat zbudowany został z bardzo prostych, często używanych przez filmowców klocków. Dlatego też "Chicuarotes" nie ma większych szans na zapisanie się w pamięci szerszej widowni. Zginie wśród niekończącego się strumienia podobnych obrazów, jakie filmowcy kręcą pod każdą szerokością geograficzną.

Nie znaczy to wcale, że sam seans pozbawiony jest wartości. Bernal sztampowe elementy potrafi ozdobić ciekawymi dodatkami. Widzimy na przykład jedną z postaci z nostalgią wspominającą moment, gdy całe miasteczko trafiło do telewizji, kiedy to media postanowiły pokazać, jak linczuje się tu ludzi. Scena konfrontacji brutalnego męża i żony czy też konstrukcja sekwencji gwałtu na młodej dziewczynie to elementy, dzięki którym "Chicuarotes" nabiera wyrazistości. Niektóre z tych dodatków są dużo ciekawsze od głównych wątków fabularnych. Choć być może właśnie ich niedookreśloność sprawia, że przykuwają uwagę. Niezależnie od przyczyny efekt jest jednak taki, że kiedy film dobiega końca, wychodzi się z kina z poczuciem niespełnienia, ponieważ historie, które Bernal zignorował, wypadają lepsze od tych, na których się skupił. Zamiast fascynującego dramatu jednostki, dostaliśmy klasyczne w kroju kino społecznie zaangażowane.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię