Recenzja filmu

Hamnet (2025)
Chloé Zhao

Prawdziwa sztuka rodzi się z bólu

Na najnowszy film w reżyserii Chloé Zhao wybrałem się do kina tak, jak lubię najbardziej. Czyli nie wiedziałem o nim prawie nic, poza tym, że gra tam Paul Mescal i jest to historia, która
Na najnowszy film w reżyserii Chloé Zhao wybrałem się do kina tak, jak lubię najbardziej. Czyli nie wiedziałem o nim prawie nic, poza tym, że gra tam Paul Mescal i jest to historia, która zainspirowała słynnego Williama Szekspira do stworzenia jednego ze swoich największych dzieł – „Hamleta” (już na wstępie dostajemy informację, że Hamnet i Hamlet to tak naprawdę to samo imię, używane zamiennie). Ta niewielka wiedza o tym, czym jest najnowsze dzieło tej uznanej reżyserki, budziła u mnie równocześnie ciekawość, ale i obawę. Nie jestem wielkim znawcą twórczości wielkiego Anglika. Owszem, jak większość, wiem, o czym jest „Romeo i Julia” i „Hamlet”, bo widziałem kilka adaptacji filmowych. Uwielbiam też uwspółcześnioną wersję „Tytusa Andronikusa” z sir Anthonym Hopkinsem, ale czy to wystarczy, żeby w pełni cieszyć się oglądaniem „Hamneta” na dużym ekranie

Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to strona techniczna tego filmu, która jest absolutnie fantastyczna. Scenografie dopracowano w najmniejszych detalach, stroje również wyglądają bardzo autentycznie, a całość dopełnia subtelna charakteryzacja. Wygląd bohaterów od razu mówi nam, że życie w tamtych czasach nie było najłatwiejsze i najbardziej… hmm… higieniczne. Wszystko to jest dodatkowo cudownie sfotografowane. Już otwierające ujęcie Jessie Buckley, leżącej w pozycji embrionalnej, zapowiada film wizualnie nieoczywisty. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie to, gdy podczas napisów końcowych dowiedziałem się, że za dwie z tych rzeczy, czyli zdjęcia i kostiumy, odpowiadają Polacy – Łukasz Żal i Małgorzata Turzańska. Tego pierwszego doceniałem już za „Strefę interesów” czy „Zimną wojnę”, a panią Małgorzatę zapisuję do sekcji „trzeba obserwować”, bo wykonała niezwykłą robotę.
 
Kolejna rzecz, o której trzeba obowiązkowo wspomnieć, to doskonałe aktorstwo. Wspomniana Jessie Buckley już wygrała Złote Globy i póki co jest chyba oscarową faworytką. Jej postać – Agnes – jest tajemnicza i dzika, ale jednocześnie jest kochającą żoną i matką, a obie te cechy aktorka łączy bardzo płynnie w jednej osobie. A kiedy film wymaga od niej bardziej „fizycznego” aktorstwa, jak na przykład przy porodzie bliźniaków, gra tak, że niejednemu widzowi włos jeży się na głowie. Paul Mescal pozostaje tu bardziej wycofany i stonowany, lecz w trzecim akcie ma również moment, w którym może w pełni zaprezentować swoje umiejętności. Z aktorów drugoplanowych muszę wspomnieć o Emily Watson, która jak zawsze jest klasą samą w sobie, a jej monolog o tym, jak bardzo nie mamy kontroli nad losem własnych dzieci, to jeden z moich ulubionych momentów w tym filmie.
 
To jednak, co sprawia, że „Hamnet” jest filmem wybitnym, to sposób, w jaki Chloé Zhao opowiada tę historię. Na ekranie śledzimy losy Willa – choć nazwisko Szekspir pada dosyć późno, szybko orientujemy się, kim jest ten młody nauczyciel łaciny i kim będzie w przyszłości – oraz Agnes: ich rodzące się wbrew sprzeciwom rodziny Willa uczucie, narodziny dzieci i konsekwencje, jakie to za sobą niesie. Reżyserka do naturalizmu w scenografiach i strojach, o którym pisałem wcześniej, dodaje szczyptę „realizmu magicznego”. Agnes zdaje się mieć szczególną więź z naturą – zaklina jastrzębia, a wolny czas najchętniej spędza w lesie. Ba, udaje się tam nawet, aby urodzić dziecko, a gdy przy następnym porodzie jest zmuszona do zostania w domu, jest przekonana, że oznacza to przyszłe nieszczęście. Dlatego ludzie w okolicy mają ją za czarownicę. Do tego dzieci w domu potrafią dostrzec postacie nadprzyrodzone, niewidzialne dla zwykłych śmiertelników. To połączenie baśniowej formy z tematami traumy, straty i toksycznych relacji rodzinnych daje efekt głęboko poruszający.
 
Hamnet” to film wymagający od widza skupienia i o niespiesznym tempie, dlatego nie trafi do każdego dzisiejszego widza. Jednak jeśli dacie się pochwycić tej historii i sposobowi, w jaki jest opowiedziana, dostaniecie na koniec nagrodę w postaci jednej z najlepszych scen o przepracowywaniu traumy w historii kina i doświadczycie filmowego katharsis. Jeśli szukacie takich doznań w filmach, to biegnijcie do kina – nawet jeśli nie znacie dzieł Szekspira na pamięć. Wielkie kino i, póki co, mój faworyt do Oscara.
1 10
Moja ocena:
9
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Hamnet
Kiedy Agnes (Jessie Buckley) po raz pierwszy pojawia się na ekranie, przyjmowana przez nią pozycja... czytaj więcej