Szesnastowieczna dekoracja “Hamneta” ugina się pod ciężarem subtelnie sączonych ideologii, współczesnych utopii, neopogańskiej mistyki, new age'owych recept na zbawienie, post-sekularnych,
Odwieczna pełna pogańskiej magii puszcza, kipiąca zielenią i tajemnicą. W potężnych korzeniach gigantycznego drzewa śpi córka Matki Ziemi - Agnes. Wnikamy w krainę, nad którą ciągle unosi się mgiełka celtyckich mitów. Mistyczne kadry Łukasza Żala, jak z malarstwa Andrew MacCalluma i obrazów “Szkoły Norwich”, wciągają widza w mistyczny klimat symbiozy młodej kobiety i natury. Niedawno dorosły Szekspir, nauczyciel łaciny, zauroczony leśną dziewoją, przemierzającą knieję z sokołem na rękawicy, nie dbając o otaczającą ją aurę podejrzeń o czarostwo, zanurza się po uszy w romantycznej namiętności. Druidyczny rys leśnej kobiety, harmonizuje z outsiderstwem poety ciemiężonego przez represywnego ojca, za bezproduktywność i ucieczkę od realiów życia w wymyślone światy. Para emo-wrażliwców tworzy “antysystemowy” związek oparty o cielesną bliskość i korzenne związki z matką przyrodą, w opozycji do przyziemnie zorientowanego społeczeństwa, związanego zrytualizowanym w skostniałych formach obyczajem i niemniej sztywną moralnością rodzącego się purytanizmu. Poezja kontra proza. Pospolitość codziennego trudu w warsztacie ojca, versus porywy natchnienia i jedność z naturą.
Szesnastowieczna dekoracja “Hamneta” ugina się pod ciężarem subtelnie sączonych ideologii, współczesnych utopii, neopogańskiej mistyki, new age'owych recept na zbawienie, post-sekularnych, kontr-kulturowych i post-romantycznych klisz i mitów naszych czasów. Pierwsze dziecko państwa Szekspirów rodzi się w leśnych ostępach. Partnerka Szekspira Agnes, jak Indianka z plemienia Achuar, ucieka do puszczy, niesiona przez instynkt i zew sił przyrody. Wszak poród w lesie oczyszcza z uwikłań w zatrutą symbolicznymi formami zniewolenia cywilizację, a bujna puszcza to magiczne źródło witalnej energii dla matki i dziecka, gdzie sama natura ciągnie uwolnioną od więzów superego, pogrążoną w malignie Agnes (jak zdaje się sugerować duet scenarzysta -reżyser, tylko w tym stanie świadomości to uwolnienie jest możliwe). Komizm sugerowania Szekspirowi egzaltacji “powrotem do natury” i wbijania jego partnerki w kostium kapłanki gajanizmu, jest tym zabawniejszy, że to nikt inny, jak sam mistrz ze Stratfordu, obśmiewa modną w jego czasach w sferach wyższych, utopię powrotu do arkadyjskich rajów, jako lekarstwa na zepsucie cywilizacji, w jednej ze swoich najsłynniejszych komedii, o symbolicznym w kontekście scenariusza “Hamneta” tytule - “Jak wam się podoba”.
Marny trud tego, kto szuka w filmie duchowego portretu epoki. Kwestie konfesyjne, żywy i ważny w epoce Szekspira spór religijny, prawdy wiary gorąco dyskutowane na linii sporu Rzym- Kościół Anglikański, kwestia zaświatów (jeden z ważnych toposów twórczości Szekspira), nie istnieją jako źródło odwiecznych pytań teodycei, stających przed związkiem Agnes i Williama w chwili spotykającej ich rodzinnej tragedii. Próby "przepracowania traumy" sięgają do idei bliższych paranormaliom z "Nieznanego Świata", niż religijnej i filozoficznej duchowości elit artystycznych epoki elżbietańskiej. Obecność "starej religii" sprowadzona zostaje do retrospektywnie przywołanej scenki rytuału okadzania zwłok matki Agnes, przez chudego klechę w birecie, który w osieroconej dziewczynce, budzi swoją sztywną ceremonialnością furię i traumę, pozostającą z nią na resztę życia. Wyraża ją krótka sentencja wypowiedziana przez dorosłą już Agnes, podczas porodu kolejnego dziecka Szekspira. “Pójdę do waszego kościoła, ale nie wypowiem tam ani słowa”. Śmierć boga dziecięcego nieba, boga bezradnego wobec śmierci matki, nie mającego magicznej mocy przywrócenia biologicznej egzystencji, przekonanie, że modlitwa “w waszym kościele” jest bezsilna, pójdą z Agnes przez resztę życia, ciągnąc ją w stronę “wiccańskiej alternatywy”, pogańskiej religii natury. Zioła zbierane o pełni księżyca są skuteczniejsze od modlitwy do chrześcijańskiego Boga.
Jesteśmy u siebie. To nasz, dzisiejszy, postsekularny świat, w którym dla współczesnego człowieka religijna opowieść się zużyła, nie daje wymaganej pociechy tu i teraz, nie zaspokaja potrzeby “we want to live forever”, potrzeby wieczności nie “tam” tylko “tu”, jak w wierszu Leśmiana, gdzie podmiot liryczny modli się nie o nieśmiertelność duszy kochanki, ale nieśmiertelność jej ciała i zły na chrześcijańską eschatologię, tupie na opierającego się przy “niepotrzebnym cierpieniu” Boga upiornymi trupięgami. W para-wiccańskiej religii Agnes wszystko jest piękne do momentu próby. Idea wyrastania kolejnych pokoleń na nawozie z poprzednich, biologiczny kołowrót życia i śmierci, nie daje nadziei na spotkanie w innym świecie, nie niesie pociechy. Pozostaje strasząca między korzeniami starego dębu czarna jama, w którą trzeba wstąpić, godząc się z rolą odżywki dla korzeni nowego życia. Co, kiedy dojdzie do sytuacji ekstremalnej? Kiedy ginie nie stara a młoda roślina? Jak się pogodzić z tym “metafizycznym skandalem”? W sukurs przychodzi inna “religia”. Świecka, heroiczna i bardzo w duchu naszej epoki, bo oparta o ideę “zbawienia przez piękno”, piękno, które w platońskiej triadzie zajęło dziś miejsce dobra. Mąż Agnes, Szekspir pisze sztukę, w której unieśmiertelnia zmarłe dziecko, stwarzając figurę duńskiego księcia Hamleta i nazywając bohatera sztuki imieniem syna. Tu dochodzimy do psychoanalityczno-terapeutycznego katharsis na miarę naszych czasów. Agnes trafia po raz pierwszy w życiu na premierę sztuki męża, do teatru "The Globe", w którym tłum złaknionych opowieści widzów przeżywa tragedię Hamleta, umożliwiając Agnes “przepracowanie traumy”, we wspólnotowym przeżyciu. Aktor grający Hamleta / Hamneta wyciąga ręce do pogrążonej w rozpaczy matki. Agnes wyciąga dłonie do aktora.
Zaczarowana tragiczną historią publiczność idzie w jej ślady, las wyciągniętych dłoni i przemienione wzruszeniem twarze, uobecniają tu i teraz, nową ideę Świętych Obcowania. Jesteśmy w niebie zbawionych przez piękno. Zamiast mszy za duszę zmarłego, mamy spektakl teatralny, pełniący funkcję psychodramy, jak na sesjach zbiorowej terapii w “grupie wsparcia”. Świat “Imagine” Lennona staje się ciałem. Nie ma religii, nie ma piekła, nie ma nieba wszyscy żyjemy chwilą obecną, zapatrzeni w nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza, uładzeni wewnętrznie przez kapłanów-psychoterapeutów i kapłanów-artystów. Bierzemy z półki w hipermarkecie z religijnymi imaginariami, dowolne, odpowiadające nam estetycznie religijne imaginarium i jeśli nie mamy do siebie pretensji o to, że towar zakupiony przez bliźniego jest inny niż nasz mamy możliwość zjednoczyć się w estetycznym przeżyciu jednej z tysiąca opowieści osiągając stan "Brotherhood of Man". Weźmy się za ręce i zaśpiewajmy “O radości iskro bogów”. Mamy nową receptę na tragizm wpisany w egzystencję. Opowiedzmy sobie nasze nieszczęście, a zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Fantastyczne zdjęcia Łukasza Żala, idealnie wyważają proporcje pomiędzy ujęciami statycznymi, agresywnymi szwenkami z ręki w sytuacjach dramatycznych i spokojnymi travelingami podkreślającymi w ogólnych i totalnych planach magię natury. Świetne są kostiumy Małgorzaty Turzańskiej, której udało się uniknąć pokusy “historycznego egzotyzmu” i barokowego efekciarstwa. W historycznym entourage'u czasów elżbietańskich czujemy się jak we własnym. Kapitalne kreacje aktorskie ze szczególnym uwzględnieniem roli Agnes i ról dziecięcych zapierają dech w piersiach. Świetnie, niebanalnie "postawione" sceny, jak na przykład scena pierwszego flirtu między parą protagonistów. Wchodzimy w serwowaną nam najlepszymi dostępnymi narzędziami kina ideologię jak w masło. Niestety, cała ta wspaniała warsztatowo opowieść, serwuje myśl na poziomie kącików psychologicznych w life-stylowych magazynach. I nie wiadomo co w scenariuszu najsłabsze - tandetny sentymentalizm zakończenia, chrystusowy akt świadomego poświęcenia życia za bliźniego, w wykonaniu sześcioletniego dziecka, podejrzana łatwość z jaką Agnes uwalnia się od rozpaczy, czy słabo ukrywana “pedagogika”, podsuwająca w historycznym kostiumie receptę na nowe “zaczarowanie świata”, receptę ubogą, jak dziwny nagrobek małego Hamneta, pozbawiony religijnych symboli, ni to macewa, ni kamień runiczny, ni muzułmańska stela.