Recenzja filmu Historia małżeńska (2019)
Noah Baumbach

Sceny z życia małżeńskiego

Twórca "Frances Ha" daje tu po raz kolejny popis w łączeniu skrajnych tonacji. Humor zostaje inteligentnie wpleciony w filmową tkankę, dodaje potrzebnego tu i ówdzie oddechu i chroni historię ...
Filmweb sp. z o.o.
W otwierającej senie "Historii małżeńskiej" Noah Baumbacha mediator prosi Nicole (Scarlett Johansson) i Charliego (Adam Driver) o przygotowanie krótkich opowiadań o partnerze. Wspomnienia spędzonych wspólnie chwil mają pomóc zmagającej się z kryzysem parze przypomnieć sobie, dlaczego wiele lat temu zakochali się w sobie i postanowili dzielić wspólnie życie. W serii retrospekcji ulepionych z przebłysków ich przeszłości Baumbach zdaje się nam pokazywać wzorcowy związek – zbudowany na zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa, pełen ciepła, wsparcia i uważności na drugą osobę. Charlie i Nicole lubią w sobie te wszystkie małe i duże rzeczy, jakie zauważają tylko ludzie, którzy spędzili razem wiele lat. Ona nigdy nie dopija zaparzonej przez siebie herbaty. On płacze na filmach i nie wstydzi się prosić ją o otwarcie słoików. Charlie i Nicole tworzą zgrany duet w domu, gdzie wychowują 8-letniego Henry'ego, i w pracy – on jest reżyserem teatralnym, ona – jego muzą i oddaną współpracowniczką. Wszystko super, gdyby nie fakt, że właśnie postanowili się rozwieść. 

Dynamika miłosnej relacji jest wdzięcznym fabularnym tworzywem, ale nie daje się łatwo nagiąć do tradycyjnej narracyjnej struktury, wymyka się prostym zasadom chronologii. Często dopiero kiedy związek się kończy, potrafimy przyjrzeć się relacji i wyborom z dystansu, nadajemy poszczególnym wydarzeniom znaczenie. Baumbach podąża w "Historii małżeńskiej" tym samym tropem. Opowiada o miłości i małżeństwie niejako na opak, odtwarzając historię związku dwojga ludzi przechodzących przez bolesny i kosztowny rozwód. Obnaża przy okazji absurdy amerykańskiego systemu prawnego żerującego na poczuciu krzywdy małżonków i pielęgnujących w nich urazy. Zaprojektowanym, by dzielić niegdyś bliskich sobie ludzi, wykoślawiać i odkształcać rzeczywistość, zasłaniając się walką o podział majątku czy prawa do opieki nad dzieckiem. 

Twórca "Frances Ha" daje tu po raz kolejny popis w łączeniu skrajnych tonacji. Humor zostaje inteligentnie wpleciony w filmową tkankę, dodaje potrzebnego tu i ówdzie oddechu i chroni historię przed popadnięciem w koleiny patosu. Baumbach płynnie przechodzi od komediowych, niemal slapstickowych wstawek – jak w fenomenalnie zainscenizowanej scenie przekazania dokumentów rozwodowych – do ściskających gardło, kameralnych monologów, w których bohaterowie rozkładają na czynniki pierwsze rozpadający się związek. 

Przy całej swej bezkompromisowości jest to jednocześnie kino kameralne i delikatne, pozbawione ostentacji. Swoim bohaterom Baumbach przygląda się z czułością i wyrozumiałością, nawet kiedy wzajemny szacunek i dobre maniery wydają się w ich relacji dalekim powidokiem. Nicole i Charlie starają się, jak przekonują, "rozstać w cywilizowany sposób", ale w chwilach kryzysu ranią siebie tak, jak tylko potrafią najbliższe osoby. Reżyser sprytnie ogrywa problemy komunikacyjne swoich bohaterów nie tylko w błyskotliwie napisanym tekście, ale przede wszystkim na poziomie wizualnym. Jak chociażby w scenie, w której Charlie czyta Nicole po raz ostatni swoje notatki na temat jej występu w spektaklu. Sylwetka bohaterki wysuwa się na pierwszy plan, ale jest rozmyta – ostrość pozostaje na jej mężu. 

Nie ma "Historii małżeńskiej" bez Johansson i Drivera – to głównie na ich barkach spoczywa emocjonalny ciężar filmu. Wyrywając na moment Scarlett Johansson z blockbusterowej scenerii, Baumbach przypomina, jak niebywale wszechstronną jest aktorką. Driver w niczym jej zresztą nie ustępuje, tworząc tu swoją najciekawszą kreację co najmniej od czasu "Patersona". Dzielnie sekundują im na drugim planie Merritt Wever w roli siostry bohaterki Johansson i Laura Dern. Jako cyniczna prawniczka o aparycji łudząco podobnej do Renaty Klein z "Wielkich kłamstewek", dostarcza jeden z najbardziej smakowitych monologów w całym filmie.

Roland Barthes stan zakochania porównywał do hipnozy. Oszołomiony człowiek tworzy obraz drugiej osoby, w którym skupiają się jego wyobrażenia, potrzeby i oczekiwania w stosunku do niej. Dlatego przepływ informacji i wrażeń na temat partnera czy partnerki nigdy nie jest wolny od zakłóceń. Baumbach pokazuje, że to właśnie umiejętne przedzieranie się przez komunikacyjny szum narastający między dwojgiem ludzi na przestrzeni lat jest kluczem to zbudowania udanego związku. Reżyser, który w finale "Historii małżeńskiej" doprowadził mnie do łez, stworzył poruszającą opowieść o nieświadomych poświęceniach, jakie składamy na ołtarzu miłości i cienkiej granicy między kompromisem a rezygnacją z samego siebie. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 95% uznało tę recenzję za pomocną (116 głosów).
Małgorzata Steciak
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię