"Infinity chamber" opisuje historię mężczyzny, który utkwił w zautomatyzowanej, więziennej celi. Stale obserwuje go czujne oko kamery, pilnujące tego, by więzień miał wszystko czego potrzeba mu
"Infinity chamber" opisuje historię mężczyzny, który utkwił w zautomatyzowanej, więziennej celi. Stale obserwuje go czujne oko kamery, pilnujące tego, by więzień miał wszystko czego potrzeba mu do życia. Bohater z czasem nawiązuje dość osobliwą więź ze swoim nadzorcą. Niespodziewanie raz po raz zaczynają go nawiedzać coraz to dziwniejsze wspomnienia, przeplatające się z więzienną, monotonną codziennością. My odkrywamy historię bohatera, on zaś powoli odkrywa kolejne tajemnice swojego więzienia, z determinacją dążąc do odzyskania wolności. Mamy więc kino z gatunku psychologicznego/sci-fi/mystery o ciekawych założeniach. Jak wyszło z ich realizacją?
Na film przeznaczono 125 tys. dolarów. Dużo, mało? Na tyle mało, że twórcy filmu cięli dosłownie na wszystkim. Pokój będący centrum całego "Infinity chamber" został zbudowany przez reżysera, który podpierdzielił potrzebne elementy z zaplecza jakiegoś supermarketu. Część scen nakręcono "na dzikusa", prosząc pracowników i przypadkowych klientów, aby przez parę minut wstrzymali się z zakupami i pozwolili na szybką nakrętkę. Część garderoby pochodziła z prywatnej kolekcji reżysera, pochodzącej z jego wcześniejszego filmu.
Z powyższego opisu można byłoby wywnioskować, że będziemy mieli do czynienia z kompletną amatorszczyzną, z której każdy kadr krzyczy "jesteśmy niskobudżetowcem!". Tymczasem... mamy kawał minimalistycznego, ale naprawdę porządnie, profesjonalnie zrobionego kina. "Infninity chamber" tworzyli pomysłowi ludzie - z niczego wyczarowali dobrą, nietuzinkową fabułę oraz intrygujący klimat, pozbawiony naiwności czy gryzących po oczach dziurach w logice. Gdyby nie oszczędność w liczbie aktorów, niskobudżetowości w zasadzie nie dałoby się nijak odczuć.
Tempo jest powolne. Elementów dynamicznych w zasadzie nie ma, mamy raczej (wewnątrz)psychologiczną rozgrywkę z kilkoma mniej lub bardziej nieoczekiwanymi zwrotami akcji. W dość oczywisty sposób będzie trochę klaustrofobicznie, ale bez przegięcia - część filmu będzie toczyła się w bardziej otwartych sceneriach.
Ciężarowo "Infinity chamber" nie należy do tych filmów, po których dorwie Cię katharsis czy będzie Ci ciężko zasnąć. Jest angażujący, miejscami emocjonalny, ale jednak lekki. Zdecydowanie nie jest brutalny. Stanowi też zamkniętą całość - bez palących niedopowiedzeń czy cliffhangerów nastawionych na kontynuację. Czy oferuje nam jednak pełną jednoznaczność? Cóż, powiedzmy sobie, że nie do końca - jeśli będziesz chciał sobie porozmyślać czy pospekulować po seansie, jak najbardziej będziesz miał do tego dosyć szerokie pole. Rozwiązanie fabuły w mojej ocenie dość satysfakcjonujące.
Aktorsko jest po prostu OK. Nie czarujmy się, że którykolwiek z aktorów będzie kiedyś drugim Di Caprio, Reevesem czy Pacinem, ale zrobili swoje dokładnie tak jak należy. Prawdopodobnie nigdy o nich nie słyszałeś i raczej nie usłyszysz - mają dość ubogą filmografę. Ale nie ma tego złego, opowiadana w filmie historia właśnie nie potrzebowała gwiazd, a takich porządnych, solidnych aktorsko no-name'ów.
Jeśli szanujesz pomysłowe, niskobudżetowe projekty i dość odważne w swojej koncepcji sci-fi bez beczki fajerwerków - to będzie dobry wybór. Jeśli nie lubisz się z powolnymi, psychologicznymi, minimalistycznymi dziełami, oczekujesz akcji, rosnącego napięcia i niszczycielskiej puenty - prawdopodobnie się z "Infinity chamberem" nie polubisz.
To nie jest hit, to nie jest arcydzieło, ale film wart obejrzenia.