Recenzja filmu

Ink (2026)
Danny Boyle
Guy Pearce

Social wetwork

Mamy tu opowieść o degeneracji dziennikarskiego etosu. O tym, w jaki sposób rynkowy interes ciągnie media w dół ku populizmowi. 
Social wetwork
Filmy podnoszące dziennikarzy na duchu to coś na kształt małego pod-gatunku. "Wszyscy ludzie prezydenta" albo "Czwarta władza" opowiadały o prawdziwych reporterskich triumfach, a "Stan gry" – o fikcyjnych. W obu przypadkach cel był jednak ten sam: podprowadzić scenę, w której dziennikarz zapisuje Ważne Słowa, a prasa drukarska triumfalnie rusza w imię Dobra i Prawdy. "Ink" Danny’ego Boyle’a również opowiada o swoistym dziennikarskim "sukcesie". Ale to inny rodzaj filmu. 

"Ink" przypomina miejscami tzw. heist movie albo film sportowy o underdogu próbującym prześcignąć lidera peletonu. To jednak przede wszystkim moralitet: faustowska opowieść o kuszeniu przez diabła. Mamy lata 60. w Wielkiej Brytanii. Mefistofelesem jest Rupert Murdoch (Guy Pearce), który kupuje podupadły tabloid "The Sun" i zamierza podbić świat brytyjskich mediów, nie przebierając w środkach. Kuszonym jest zaś sfrustrowany dziennikarz Larry Lamb (Jack O’Connell). Jak daleko się posunie, żeby zdobyć czytelników? Oto jest pytanie, nawet jeśli z perspektywy 2026 roku znamy odpowiedź. Boyle, zamiast stawiać pomnik dziennikarskiemu etosowi, pokazuje, w jakich okolicznościach "czwarta władza" może być korumpowana i nadużywana.


Scenariusz "Ink" napisał dramaturg James Graham w oparciu o własną sztukę – nominowaną zresztą m.in. do prestiżowej nagrody Tony. I dramaturgia faktycznie trzyma tu poziom. Konstrukcja fabuły jest wzorcowa: z czytelnym zawiązaniem akcji, pierwszą porażką na drodze do sukcesu, punktem zwrotnym w środku i eskalacją na drodze do finału. Graham zgrabnie "zasiewa" motywy, buduje strukturalne i tematyczne rymy, spina opowieść zgrabną klamrą. Aż prosi się o komentarz, że "na papierze wszystko działa". Film zaczyna się nawet od wykładu o zasadach dobrego storytellingu. Lamb tłumaczy, że najważniejsza jest w nim odpowiedź na pytanie: "dlaczego"? Zapytajmy zatem. Dlaczego bohater robi to, co robi? Dlaczego reżyser opowiada nam jego historię?

Odpowiedź na pierwsze z pytań poznajemy relatywnie szybko. Dlaczego Lamb daje się skusić Murdochowi? Rozwiązaniem zagadki jest dwulicowość brytyjskiego społeczeństwa. Oficjalna twarz Wielkiej Brytanii to bowiem spektakl: etykieta praktykowana przez kulturalnych "panów i damy" (choć głównie panów). Pod tą maską buzuje sieć systemowych nierówności i trwa zażarta walka klas. Lamb, proletariusz na salonach, od lat potulnie znosił plemienne rytuały upokorzenia. Ale ma już dość. "The Sun" jest brzytwą, której się chwyta w akcie desperacji. W Murdochu znajduje zaś wdzięcznego partnera, bo ten sam uważa się za pariasa. Murdoch czuje bowiem, że jako australijski outsider na Wyspach musi przebić się przez beton kolonialnych uprzedzeń. "Czy to biznes czy zemsta?", pyta Lamb Murdocha. A ten odpowiada: "Po pierwsze biznes. Ale po drugie – zemsta".


Drugie "dlaczego?" wypływa wprost z pierwszego. Boyle – tak jak początkowo Lamb – też przemawia w imieniu ludu. I też jest wkurwiony. Ale chodzi mu już o coś innego. "Ink" to przecież opowieść o tym, jak proletariacki gniew koniec końców zwraca się przeciwko proletariatowi. Boyle kreśli tu coś na kształt tak zwanej "teorii podkowy": pokazuje, w jaki sposób antyestablishmentowa "punkowa" energia zbliża się do establishmentowego populizmu. Buntowniczy zapał Lamba, gotowego kruszyć każdą świętość w drodze do celu, to bowiem koń trojański: w trzewiach tej kukły siedzą już konserwatywne, prawicowe impulsy. Ścieżka gazety "The Sun" prowadzi przecież od wspierania związków zawodowych do pełzania na łańcuszku Margaret Thatcher.

Mamy tu więc opowieść o degeneracji dziennikarskiego etosu. O tym, w jaki sposób rynkowy interes ciągnie media w dół ku populizmowi. I o tym, jakie są społeczne skutki takiego równania do najmniejszego wspólnego mianownika. Boyle grzmi: tak właśnie przekroczono dziennikarski Rubikon "dobrego smaku" i położono fundament pod obecne rządy clickbaitu. I choć jest to wniosek najoczywistszy z oczywistych (w końcu oglądamy historię tabloidu tabloidów), reżyser postanawia dobić swój morał łopatą. Film wieńczy sekwencja montażowa, w której migają twarze wszystkich zwyczajowych podejrzanych o podpalenie lontu pod współczesnym światem: Bezos, Zuckerberg, Musk, Trump, wiadomo. Ale zamiast świętego oburzenia generuje to raczej widzowskie wzruszenie ramion. Powiedz nam coś, czego nie wiemy, albo przynajmniej zrób to dobrze.


Znamienne, że wśród wytycznych dobrego storytellingu, które recytuje Lamb, są "co?" i "po co?", ale brakuje "jak?". A przecież reżyseria filmowa polega głównie na "jak?". Boyle to zaś reżyser, u którego "jak?" bywa wyjątkowo widoczne. W "Ink" nie inaczej. Film aż kipi od boylizmów. Twarze bohaterów wyłaniają się z kropek gazetowego druku. Rozmowa w restauracji zmienia się w matriksowy bullet time. Wyświetlane są napisy. Migają dokumentalne przebitki. Kamera zwalnia i przyspiesza. Kolor pojawia się i znika. Rockowa muzyka dudni. "Mechaniczna pomarańcza" jest cytowana. W teatralnej scenie-metaforze redaktorzy "The Sun" uczą się populizmu, siedząc wspólnie nas kanapie i oglądając telewizję. 

Atrakcji jest więc mnóstwo, a problem jest tylko jeden: za dużo atrakcji. Co gorsza, Boyle nagminnie powtarza w obrazie coś, co zostało już powiedziane w dialogach. Ktoś mówi: "związki zawodowe" i bum, tautologia: wjeżdża przebitka na przedstawicieli związków zawodowych. Efekt tych wszystkich stylistycznych fikołków jest niby "punkowy" – bo krzykliwy. Ale to raczej krzyczenie NA widza niż DO widza. Płynie albo z niewiary w odbiorcę, albo z chęci zabawienia go na zapas.

Co gorsza, cały ten zgiełk nie przykrywa słabszych punktów scenariusza. Tak, struktura trzyma się kupy – gorzej z postaciami. Grana przez Claire Foy dziennikarka Jules Davies wkracza do filmu jako "silna kobieca bohaterka". Ale w ostatecznym rozrachunku przypomina raczej kwiatek do kożucha, etatową "kobietę" tej historii. O dziwo, podobnie jest z Murdochem. Biznesmen najpierw bierze Lamba-owieczkę i robi z niego złego wilka, a potem nieoczekiwanie przeraża się tym, co stworzył. Pozostaje jednak zbyt marginalną postacią, by te sprzeczności miały szansę złożyć się w głębszy portret. Niestety: Pearce miał więcej do roboty, kiedy grał podobną figurę patrona w "The Brutalist". W rezultacie tych niedociągnięć najlepiej wypada tu O’Connell. Ale narracyjny fortel, według którego mamy kibicować stopniowo korumpującemu się underdogowi, nie do końca działa. Bo jakoś nigdy nie zaczynamy mu kibicować.


Gwóźdź do trumny filmu wbija obecność Marka Zuckerberga w finałowej montażówce. Bo mimochodem uświadamia nam, że "Ink" opowiada historię bardzo podobną do "Social Network". Oto kierowany resentymentem bohater przewalcza medialną zmianę jakościową (oczywiście, zmianę na gorsze) i w efekcie podpala świat. Fajnie, zabrakło jednak reżyserskiej kontroli Davida Finchera, by utrzymać delikatny balans między obrzydzeniem a fascynacją głównym bohaterem. Dopychanie butem oczywistych kontekstów i stylistyczne fajerwerki to nie to samo. 

Ciekawa sprawa: Boyle zbierał już resztki po Fincherze, kiedy przejął po nim scenariusz Aarona Sorkina do "Steve'a Jobsa". A już niedługo sam Sorkin, bez Finchera, spróbuje w "The Social Reckoning" dopisać nowy rozdział do "Social Network". Tymczasem "Ink", nawet bez oczywistych związków z Fincherowskim klasykiem, samodzielnie ustawia się w jego cieniu. I – niestety dla Boyle’a i spółki – tylko potwierdza jego arcydzielność. Werdykt: film o "The Sun" przegrywa z filmem o Facebooku. Social media pokonały prasę.  
1 10
Moja ocena:
5
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?