Recenzja filmu

Kobiety bez wstydu (2016)
Witold Orzechowski
Joanna Liszowska
Anna Dereszowska

Filmowcy bez wstydu

Czasem chyba dobrze się wstydzić. W idealnym świecie "Kobiety bez wstydu"byłyby lekką komedyjką w stylu – powiedzmy – późnych filmów Woody’ego Allena. Tymczasem w naszej rzeczywistości są ...
Czasem chyba dobrze się wstydzić. W idealnym świecie "Kobiety bez wstydu" byłyby lekką komedyjką w stylu – powiedzmy – późnych filmów Woody’ego Allena. Tymczasem w naszej rzeczywistości są żenującym filmopodobnym tworem; mentalną, obyczajową i realizacyjną ramotką. Taki film mógłby nakręcić jakiś wyrobnik melodramatycznej szmiry z poprzedniej epoki, gdyby tylko znalazł wehikuł czasu, który przeniósłby go z okresu międzywojnia do współczesności, razem z ówczesnym stanem umysłu – ale już bez ówczesnego prostolinijnego uroku. Co w czasach filmów o "niewolnicach zmysłów" oraz "grzesznych miłościach" jeszcze uchodziło, dziś – podane niby z przymrużeniem oka, ale zarazem bez cienia dystansu i samoświadomości – może już tylko budzić konsternację. Zgoda; twórcy niby manifestują w tytule, że wstydu nie mają. Jak pokazuje ich wyrób, ta "bezwstydność" nie jest jednak przejawem odwagi w walce z jakąś wersją dulszczyzny. To raczej znak tragicznego rozjazdu z wymogami czasów.

   

Reżyser i scenarzysta Witold Orzechowski garściami czerpie z ikonografii szmirowatych tanich sensacji dwudziestolecia: są tu "zakazane" awanse, romanse, mezalianse; jest wątek kryminalny; jest nawet kobieta-medium i egzorcyzmy. Przede wszystkim jest jednak psychoanaliza, którą – zarówno bohaterowie, jak i twórcy – rozumieją w sposób cokolwiek przedpotopowy. Wystarczy powiedzieć, że nazwisko doktora Freuda służy im za synonim całej dziedziny, jakby od czasów słynnego Austriaka i jego "mówiącego lekarstwa" nie minęło 100 lat z okładem. Może i o to chodziło. Główny bohater jest przecież dyletantem, który otwiera gabinet terapeutyczny po zaliczeniu… trzydniowego kursu psychoterapii. Pacjentki mimo to biją do niego drzwiami i oknami – w rzeczywistości jest on bowiem nie tyle terapeutą, co żigolakiem. Ale ten żart obraca się przeciwko twórcom – bo w sumie nie wiadomo, co miało tu być śmieszne. 

Grany przez Michała Lesienia niejaki Piotr Rola-Kossak potrafi "instynktownie odnaleźć punkt G" i ma w sobie jakiś "klej, który działa na kobiety". Trudno jednak powiedzieć, z kogo żartuje sobie tu Orzechowski. Czy z bohatera idioty i jego przerysowanych, żałosnych gestów etatowego lowelasa? A może z pań, które mimo wszystko – nie wiedzieć czemu – dają się złapać na jego lep? Niestety, wygląda raczej na to, że reżyser święcie wierzy w banialuki, jakie wkłada w usta Lesienia: że kobiety to "zagadka Sfinksa" i że "trzeba z nich wypędzać diabła", najlepiej poprzez łóżko. Porównanie z Allenem nie jest przypadkowe, bo twórca "Magii w blasku księżyca" też lubi wydobywać komediowy potencjał psychoanalizy, komplikować matrymonialne perypetie swoich bohaterów, wykorzystywać ironizującego narratora. Orzechowski powtarza w "Kobietach…" wszystkie te chwyty, ale w jego rękach wypada to drętwo, nieśmiesznie, półamatorsko. Allen – nawet w swoich gorszych realizacjach – odkrywa drugie dno schematu, wywraca konwencje na nice; Orzechowski widzi wszystko jeden do jeden.

   
 
Komizm rodzi się przecież z wywracania stereotypów – "Kobiety bez wstydu" są zaś bezwstydnym pochodem klisz. Akcja toczy się w Krakowie? Z każdego okna widać więc sukiennice, w tle wciąż rozbrzmiewa hejnał mariacki, a każde mieszkanie jest inteligenckim apartamentem pełnym starych mebli, obrazów, woluminów i bibelotów. Orzechowski niby wyśmiewa nowobogackie aspiracje bohaterów, ale wciąż epatuje nas wizjami ich buraczanych konsumpcjonistycznych marzeń: z ekranu lecą zatem kolejne restauracje, kawiory, baseny, wille i sportowe samochody. Kiedy popularny piosenkarz Michał Wiśniewski chciał pokazać, że dojrzał, celował w podobne rejestry, śpiewając o filiżankach i przechadzając się po wnętrzach pałaców, gdzie tańczyły baletnice. Orzechowski – chyba? – próbuje wyśmiać to imaginarium, pokazać, jak upokarza ono bohaterów. Ale jeśli "Kobiety…" miały być satyrą, to ową satyrę zabiło dyletanctwo twórców oraz ich absolutna tonalna głuchota. Montaż jest toporny, sceny urywają się w środku, aktorzy klepią drętwe dialogi jak w szkolnym teatrzyku. Dobry gag jest wtedy – według Orzechowskiego – kiedy pacjentka psychoterapeuty wpada w spazmy, trzęsąc przy okazji – obowiązkowo! – biustem. Albo kiedy nasz bohater drwi sobie z "niewymawialnych" niemieckich słów. A tymczasem udaje się tu tylko jeden żart. Jego ofiarą padną ci, którzy zapłacili za bilet.
1 10
Moja ocena:
1
Jakub Popielecki
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
89% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (156 głosów).