Recenzja filmu

Może pora z tym skończyć (2020)
Charlie Kaufman
Jessie Buckley
Jesse Plemons

Niemiłość

Wydaje się, że na poziomie fabuły "Może pora z tym skończyć" to "Zakochany bez pamięci" à rebours – bohaterka właściwie podjęła już decyzję o rozstaniu, ale nie chce zapominać o przeszłości (ani ...
Niemiłość
To nie będzie zaskoczenie: znany z mrocznych komedii, intelektualnych łamigłówek i narracyjnej perfekcji Charlie Kaufman po raz kolejny zrealizował dzieło, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Z pewnością nie zabraknie widzów ochoczo zagłębiających się w psychodeliczny świat przedstawiony i analizujących jego kolejne warstwy. Inni po 10 minutach projekcji będą życzyć cieszącemu się (?) statusem nierentownego geniusza filmowcowi, aby tytuł swojego nowego filmu potraktował jako sugestię dotyczącą rozwoju dalszej kariery. Niezależnie od tego, czy jesteście jego fanami, twórcy "Synekdochy. Nowego Jorku" trzeba oddać sprawiedliwość: biorąc na warsztat książkę kanadyjskiego autora, udowadnia, że należy do wąskiego grona scenarzystów, którzy z przeciętnego czytadła do pociągu potrafią stworzyć hipnotyzującą, choć niekoniecznie łatwą w odbiorze historię. 


Kaufman zachowuje szkielet opowieści Iaina Reida, odhaczając najważniejsze punkty na fabularnej osi czasu, ale nie trzyma się literackiego pierwowzoru niewolniczo. Prosta opowieść o chłopaku i dziewczynie podróżujących na prowincję, by odwiedzić rodziców jednego z nich, staje się punktem wyjścia do mrocznej, pełnej niepokojących szczegółów opowieści o współczesnych relacjach damsko-męskich. Okraszając wyjściowy pomysł dialogami, które w filmie Jima Jarmuscha mogłyby toczyć się przy kawie i papierosach, oraz surrealizmem spod znaku "Mulholland Drive", reżyser buduje dzieło bardziej intensywne i otwarte na dialog. Za sprawą licznych nawiązań do innych tekstów kultury pokazuje swoją elokwencję, a przy okazji zaprasza widza do udziału w postmodernistycznej grze skojarzeń. 

Wydaje się, że na poziomie fabuły "Może pora z tym skończyć" to "Zakochany bez pamięci" à rebours – bohaterka właściwie podjęła już decyzję o rozstaniu, ale nie chce zapominać o przeszłości (ani kasować lub ratować wspólnych wspomnień). Decyduje się na wizytę w domu rodzinnym chłopaka w nadziei, że poznając miejsce, w którym dorastał, uda się jej lepiej go zrozumieć. Oczywiście Kaufman nie przepuszcza okazji do zagłębienia się w psychikę bohaterów, uwypuklając obecny w książkowym oryginale wątek schizofrenicznej tożsamości Jake'a i jego dziewczyny. O ile jednak Iainowi Reidowi postać bezimiennej narratorki służy głównie jako medium wykorzystywane przez bohatera do komunikowania się z nami, o tyle twórca "Synekdochy. Nowego Jorku" nie tylko oddaje jej głos, ale czyni z niej postać bardziej złożoną i gotową na podjęcie walki o siebie. 

Choć zaopatrując protagonistkę nie w jedno, ale w kilka imion (grana przez Jessie Buckley Lucy nazywana jest też Lucią i Louise), Kaufman nadaje jej podmiotowość, jednocześnie składa jej postać z odłamków kilku równoprawnych, ale różniących się od siebie historii. Poznajemy więc bohaterkę m.in. jako poetkę, malarkę, studentkę fizyki kwantowej czy serwującą pyszne burgery kelnerkę. Reżyser płynnie przechodzi od jednej tożsamości do następnej, nie pozwalając widzowi poczuć się w świecie przedstawionym pewnie. Niezależnie od tego, czym Lucy akurat się zajmuje (ani jaki kolor mają jej ubrania w kolejnych aktach symbolicznie przechodzące od ciepłej czerwieni do zimnego błękitu), wydaje się nierozerwalnie związana z Jakiem (Jesse Plemons). Nawet jeśli w swoim wewnętrznym monologu wciąż powtarza, że nie widzi swojej przyszłości u boku chłopaka, na użytek jego rodziców wchodzi w rolę szczęśliwe zakochanej dziewczyny, zrzekając się tym samym prawa do samostanowienia. 


Wprowadzając do historii elementy krytyki współczesnej kultury popularnej, Kaufman daje Lucy możliwość samoobrony, a w końcu ucieczki z jake'ocentrycznego świata. Zmianę w sposobie myślenia bohaterki reżyser rozpina między piosenką z hołdującego tradycyjnemu podziałowi ról genderowych musicalowi "Oklahoma!" a wnikliwą analizą kreacji Geny Rowlands z "Kobiety pod wpływem". Zapalnikiem pozwalającym Lucy przemówić własnym głosem i opowiedzieć swoją wersję wydarzeń jest popularna piosenka wykonywana m.in. przez Michaela Bublé, która w interpretacji dziewczyny nie jest żartobliwym utworem o niewinnym flircie, lecz utrwalającym patriarchalny porządek świata o wątpliwym moralnie wydźwięku rape songiem.

"Może pora z tym skończyć" to także najbardziej mroczny film w dorobku Charliego Kaufmana. Choć początkowa sekwencja zapowiada raczej kino spod znaku niezależnych amerykańskich produkcji, podskórny niepokój szybko zaczyna dominować, by następnie eskalować w psychologiczny horror pełen surrealistycznych i dziwacznych sytuacji. Z pewnością nie jest to dzieło, do jakich przyzwyczaiła nas z platforma streamingowa z czerwonym "N" w logotypie, ale pozostanie jedną z najbardziej oryginalnych i najciekawszych tytułów dostępnych w jej bibliotece.
1 10
Moja ocena:
8
Ewelina Leszczyńska
Rocznik '89. Absolwentka filmoznawstwa i wiedzy o nowych mediach na Uniwersytecie Jagiellońskim. Napisała pracę magisterską na temat bardzo złych filmów o rekinach. Dopóki nie została laureatką VII... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
80% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (79 głosów).
Udostępnij: