Recenzja filmu

Noc oczyszczenia: Anarchia (2014)
James DeMonaco
Frank Grillo
Carmen Ejogo

Wolna amerykanka

W "Anarchii" DeMonaco udało się naprawić część błędów, które popełnił w jedynce. Za sprawą trzykrotnie większego budżetu czystka wreszcie nabrała właściwych rozmiarów.
Maczety naostrzone, strzelby nabite, ukryta w każdym obywatelu bestia gotowa, by spuścić ją ze smyczy. Kolejną, znacznie lepszą niż poprzednio "Noc oczyszczenia", czas zacząć. Zasady gry nie uległy zmianie: w niedalekiej przyszłości, raz do roku, na dwanaście godzin Stany Zjednoczone zapominają o istnieniu kodeksu karnego. Obywatele mogą szlachtować się do woli bez obaw, że przywitają nowy dzień w kajdankach. Kneblem w ustach pacyfistów i etyków są statystyki: bezrobocie to pieśń przeszłości, gospodarka kwitnie, a przestępczość mieści się w granicach błędu statystycznego. Amerykański sen wreszcie się spełnił.



W trakcie pierwszej "Nocy" śledziliśmy surwiwal beneficjentów systemu, którzy zbili majątek na sprzedaży systemów przeciwwłamaniowych. Modelowa rodzinka z przedmieść na własnej skórze doświadczała, czym jest popierana przez nią czystka. W sequelu reżyser James DeMonaco zabiera nas na sam koniec łańcucha pokarmowego społeczeństwa. Latynoska kelnerka i jej córka oraz pechowe małżeństwo na skraju rozwodu muszą uciekać przez ulice broczącego krwią Los Angeles. Pomaga im (początkowo niechętnie) tajemniczy nieznajomy z torbą wypełnioną bronią i amunicją.



W "Anarchii" DeMonaco udało się naprawić część błędów, które popełnił w jedynce. Przede wszystkim za sprawą trzykrotnie większego – choć wciąż mikroskopijnego jak na standardy Hollywood – budżetu czystka wreszcie nabrała właściwych rozmiarów. Miasto aniołów tymczasowo zamieniło się w stolicę religijnych fanatyków, zamaskowanych watah, morderczych rednecków i przyczajonych na dachach snajperów. Każda ulica to autostrada do piekła, a skrzyżowanie to droga krzyżowa. Po szosach toczą się podpalone autobusy, a zamieszkane przez biedotę bloki komunalne są szwedzkim stołem dla wszelkiej maści psychopatów. Wcale bym się nie zdziwił się, gdyby reżyser, przed wejściem na plan, powtórzył sobie klasyczną "Ucieczkę z Nowego Jorku" Johna Carpentera. Oba filmy łączy grindhouse'owa z ducha wizja apokalipsy oraz zmęczony życiem antybohater. Grany przez świetnego Franka Grillo przybysz został ulepiony z tej samej gliny co Snake Plissken. To facet, który mało mówi, ale celnie strzela. Choć spojrzenie ma chmurne, a myśli nie do końca czyste, nie zostawi w potrzebie bezbronnych "cywili". Ten typ tak ma.


Satyra na zafiksowanych na punkcie zabijania Amerykanów jest grubo ciosana, scenariusz pełen dziur, a postaci w większości płaskie i słabo scharakteryzowane. Naiwnie wypada też wątek kiełkującej rebelii, która przybiera postać komanda w stylu... Czarnych Panter. Mimo to nowa "Noc oczyszczenia" broni się jako dreszczowiec i kino akcji w jednym. Ekspozycja jest długa i doskonale buduje napięcie przed rozpoczęciem krwawego maratonu. Wraz z nastaniem ciemności DeMonaco co rusz rzuca bohaterom pod nogi nowe przeszkody, nie pozwalając, by tempo filmu wyhamowało. Co ciekawe, choć trup ściele się gęsto, reżyser nie upaja się przemocą. Zadaje za to parę ciekawych pytań, które niejednemu filozofowi społecznemu zapewniłyby bezsenną noc.
1 10
Moja ocena:
6
Łukasz Muszyński
Zastępca redaktora naczelnego Filmwebu. Stały współpracownik radiowej Czwórki. O kinie opowiada regularnie także w TVN, TVN24, Polsacie i Polsacie News. Autor oraz współgospodarz cyklu "Movie się",... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
84% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (206 głosów).
Udostępnij: