Recenzja filmu

Przetrwanie (2011)
Joe Carnahan
Liam Neeson
Frank Grillo

Lęk pierwotny

Współcześnie twórcy na różne sposoby starają się przestraszyć bądź zaskoczyć widzów. Prześcigają się z pomysłami, które raz okazują się nowatorskie i całkiem udane, a raz zupełnie beznadziejne i ...
Współcześnie twórcy na różne sposoby starają się przestraszyć bądź zaskoczyć widzów. Prześcigają się z pomysłami, które raz okazują się nowatorskie i całkiem udane, a raz zupełnie beznadziejne i tandetne. Zapominają jednak, że największy lęk oraz uczucie strachu wywołuje nie tylko coś, co nie można wyjaśnić, lecz ludzka bezradność wobec natury. Nie mówię o przerośniętych czy zmutowanych gadach, o których pełno produkcji w dzisiejszej kinematografii. Mam raczej na myśli dość realistyczny obraz ukazujący zmagania zaszczutego człowieka z nieobliczalnymi zwierzętami. Bezradność ludzką wobec, wydawałoby się naszego nieodzownego podopiecznego, czyli psa, znakomicie uchwycił Steven King w "Cujo", zekranizowanej przez Lewisa Teaguea. Podobnym tropem podążył Joe Carnahan w "Przetrwaniu", w którym postarał się zobrazować walkę grupki ocalałych pasażerów z nieprzewidywalną naturą. Jak początkujący twórca, przede wszystkim zabawnego kina akcji ("Drużyna A"), poradził sobie z ciężkim i przytłaczającym thrillerem? Chcecie poznać odpowiedź? W poniższym tekście spróbuję zaspokoić Waszą ciekawość.

Główną postacią "Przetrwania" jest John Ottway. Bohater pracuje jako strzelec na jednym z najmroźniejszych miejsc na ziemi, Alasce. Ochrania podczas roboty ludzi zajmujących się wydobywaniem ropy naftowej, przed natrętnymi wilkami, pojawiającymi się co jakiś czas w okolicy. Po jednym z kolejnych dni pracy, Ottway zamiast razem z kolegami udać się do miejscowego baru, wraca do swojego pokoju. Pisze list, po którym planuje popełnić samobójstwo. Jednak cytując dobrze znane mu słowa, ...live and die on this day... odkłada broń... Następnego dnia wsiada do samolotu, mającego zabrać wszystkich pracowników do domu, wraz z innymi kolegami i zasypia. Ze snu wyrywa go niespodziewana awaria maszyny, podczas której traci przytomność. Ottway budzi się sam pośród szczątków samolotu, z nadzieją na odnalezienie innych ocalałych pasażerów.

Już sam początek filmu wydał mi się bardzo oryginalny. Historia zaczyna się od przedstawia się nam głównego bohatera, którego można uznać za narratora całej opowieści. Poznajemy cząstkę jego życia, osobowości. Zostaje przestawiony w najtrudniejszym etapie życia. Twórcy ledwie zarysowują wątek Ottwaya, skutecznie zachęcając nas do dalszego oglądania i poznania jego przeszłości. Po dość przytłaczającym i wzruszającym początku, scenarzyści nie idą na łatwiznę. Historia szybko nabiera tempa, której punkt kulminacyjny przypada na katastrofę lotniczą, nie pozwalając ziewać widzom z nudów. Chociaż większość produkcji jest dość przewidywalna i schematyczna, bez najmniejszych problemów możemy przewidzieć niektóre rozwiązania twórców, to cały scenariusz wydaję się pomysłowy i oryginalny. Co z tego, że wiedziałem kiedy zginie dany bohater, jak jego śmierć i tak potrafiła mnie zaskoczyć i lekko zszokować. Wątek Ottwaya to nie jedyny na który możemy liczyć. Fabuła to wielowątkowa historia, jak na film katastroficzny i survival. Szkoda tylko, ze wątki pozostałych ocalonych, zostały tak niemiłosiernie spłycone, jednak ogólnie nie ma co narzekać.

Duże wrażenie wywarły na mnie efekty specjalne. Trzeba przyznać, że katastrofa lotnicza to jedna z najsprawniej zrealizowanych scen katastroficznych ostatnich lat. Znacznie lepiej nakręcona niż ta z "Zapowiedzi" Alexa Proyasa, gdzie skrzydło maszyny oderwało się jeszcze przed uderzeniem w ziemie. Tutaj scena wypada realistycznie i bardzo przekonująco. To samo tyczy się fragmentów z udziałem wilków. Są dobrze i sprawnie zrealizowane. Niektóre z nich reżyser ukazuje w bardzo brutalny, niemal naturalistyczny sposób, w innych posługuje się symboliką. Sceny te potrafią przestraszyć i zszokować lepiej niż niejedne zabiegi straszące zastosowane w horrorach. W połączeniu z bardzo dobrym udźwiękowieniem, ataki wilków naprawdę wywołują u widza pożądany efekt. Skowyt, wycie i warczenie zwierząt, wydobywające z ciemnej przestrzeni lasu, skutecznie budowało i potęgowało napięcie oraz grozę. W pewnym momencie mogłem poczuć to co bohaterowie produkcji, lęk przed wygłodniałymi wilkami oraz bezsilność wobec całej sytuacji. Pisząc o napięciu poruszyłem temat scenografii, które notabene jest przepiękna. Krajobrazy przedstawione w produkcji zapierają dech w piersiach. Najpierw mamy do czynienia z surowymi lodowymi pustkowiami Alaski, a później z gęstym lasem przykrytym śniegiem.

"Przetrwanie" to nie tylko survival, lecz również w dużej mierze dramat. Przeżycia głównych bohaterów są bardzo wzruszające, a sceny śmierci wywołują szczery żal za postacią. Twórcy zgrabnie rozbudowali portrety psychologicznie swoich bohaterów. Oczywiście najwięcej uwagi poświęcono Ottwayowi. Szkoda, że pozostali zostali potraktowani troszkę po macoszemu w porównaniu z głównym bohaterem. W filmie Joego nie sposób nie dostrzec przesłania. "Przetrwanie" zawiera refleksję do życia, rodziny, wiary, a nawet śmierci. Do czego człowiek jest zdolny w sytuacji ekstremalnej? Co dzieję się w takim przypadku z naszą wiarą? Czy mamy siły dalej walczyć? To tylko niektóre pytania, na które musieli sobie odpowiedzieć bohaterowie podczas ich wędrówki. Natomiast zakończenie poruszyło mnie dogłębnie. W połączeniu ze wzruszającą i przytłaczającą muzyką Marca Streitenfelda ("Dobry rok", "W sieci kłamstw") stanowiła świetne podsumowanie całości. Radzę zostać na napisach końcowych, a cierpliwych czeka mała niespodzianka.

Film niestety nie ustrzegł się paru wad, które skutecznie niektórym kinomanom mogą zasłonić inne walory produkcji. Przede wszystkim to sposób wykonanie wilków może budzić pewne wątpliwości. Są zbyt duże, a ich "zachowanie" jest trochę przekoloryzowane względem faktów. Jednak na obronę należy zaznaczyć, że film jest adaptacją opowiadania Iana Mackenzie Jeffersa pod tytułem "Ghost Walker", tak więc większość nielogiczności wynika z książki, a nie małostkowego podejścia do sprawy twórców. W obrazie znajduje się także parę nie potrzebnych dłużyzn, lecz mi to nie przeszkadzało.Powyższe niedociągnięcia można Joemu Carnahanowi bez problemu wybaczyć, ponieważ stworzył film z nietrywialnym przekazem, który zapada w pamięć i pogrąża widza na parę chwil w zadumie po seansie. A błędów, których nie dostrzegło się podczas projekcji, nie powinno się liczyć. Gorąco polecam!
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
46% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (35 głosów).
Udostępnij:
Tak przed laty śpiewał Kurt Cobain w piosence "Polly" z albumu "Nevermind" (1991) Nirvany. Co prawda ostatni film Joego Carnahana do takich refleksji raczej nie ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 46%