Recenzja filmu

Queer (2024)
Luca Guadagnino
Daniel Craig
Drew Starkey

Queer me by your queer

"Queer", adaptacja minipowieści Williama S. Burroughsa w reżyserii Luki Guadagnino, spotkała się z mieszanym przyjęciem. Wielu krytyków zarzuca mu przynudzanie, odejście od ducha (lub, jak kto
"Queer", adaptacja minipowieści Williama S. Burroughsa w reżyserii Luki Guadagnino, spotkała się z mieszanym przyjęciem. Wielu krytyków zarzuca mu przynudzanie, odejście od ducha (lub, jak kto woli, ciała — tekstu) oryginału, wygładzanie ostrych krawędzi, niską temperaturę emocjonalną i brak drapieżności, słowem: ze skandalizującej krótkiej książeczki zrobił się ponoć grzeczny rozwlekły film. A Guadagnino znany jest przecież ze swoich ekstrawagancji, skupieniu na zmysłowości oraz coraz bardziej (z filmu na film) odważnych i zaskakujących pomysłów aranżacyjnych. Ja, w ramach przydługiego wprowadzenia, dokonam coming outu: nie przepadam specjalnie za większością dzieł Guadagnino. Szanuję go za biegłość techniczną i bezkompromisowość w realizacji swoich szaleństw, ale zazwyczaj jego filmy odbieram jako przekoncypowane i nieangażujace. Jaki zatem jest "Queer"?

Guadagnino powraca do wyciszonej narracji znanej z "Call Me by Your Name" i zdecydowanie powściąga swoje konceptualne szaleństwa (choć pod koniec daje im upust w psychodelicznych sekwencjach w dżungli). Nie rezygnuje jednak z wizualnego wycyzelowania i estetyzuje mocno swój obraz, jego nocne Mexico City, ma coś z sennej onirycznej i nieco teatralnej scenerii płócien Hoppera, a przez większość filmu brak mocnych montażowych efektów, na rzecz spokojnej kontemplacji świateł i faktur. Nieśpieszne łażenie po barach, palenie, picie i (dość rekreacyjne ukazane) dawanie po kablach — tak to miło spędza sobie czas Lee. Kim jest, co tu robi, czego szuka? Lee jest nie tylko ćpunem i utracjuszem, ale też homoseksualistą, "odmieńcem", tytułowym queerem, jak sam o sobie mówi — "pedziem". Jest też alter ego Burroughsa, który w 1946 wyjechał z USA do Meksyku z powodu problemów z narkotykami (zresztą w Meksyku napisał także powieść "Junkie"). Szuka przygód, łatwego i szybkiego seksu. A przynajmniej próbuje w to mocno wierzyć, dopóki nie spotka młodego Amerykanina, Allertona.
"Queer" jest więc też swoistym dopełnieniem i rewersem "CMbYN" — bohater w sile wieku, ale ze świadomością nieuchronnego wkraczania w smugę cienia, spotyka młodszego mężczyznę, który wciąż go zwodzi i jest uczuciowo nieuchwytny. Zakochuje się w nim, a przynajmniej na całego zadurza, uzależnia, niczym ćpun. Narkomańska analogia pada zresztą wprost, ale wybrzmiewa dopiero w drugiej części, kiedy bohaterowie wyruszają do Ameryki Południowej na poszukiwanie świętego narkotyku Indian, yagé (znanego także jako ayahuasca, co w języku keczua oznacza „pnącze dusz”). Charakterystyczne, że jeśli dla Burroughsa narkotyki (a twierdził, że spróbował wszystkich) nie były żadną metaforą czy pomniejszym rekwizytem, tak u Guadagnino pozostają, obok picia i palenia, co najwyżej efektownym wyestetyzowanym dodatkiem do dekadenckiego emploi Lee. Brud i ból oraz inne fizjologiczne atrakcje związane z uzależnieniem w zasadzie się tu nie pojawiają, nie licząc kilku dłuższych odstawiennych trzęsawek.

Zarzuca się Luca GuadagninoGuadagnino, że ugrzecznił Burroughsa, ale — patrząc na film świeżo po lekturze — nie sądzę, iż to zarzutu uzasadniony. Nie zamierzam jednak zestawiać powieści Burroughsa z filmem Guadagnino, bo uważam, że powieściowy oryginał i jego kinowa interpretacja w gruncie rzeczy opowiadają o czymś innym. "Queer" Burroughsa (wydany u nas po raz pierwszy w 1993 jako "Pedał", w tłumaczeniu Pawła Lipszyca) to świetna proza, błyskotliwa i surowa minikronika ucieczki od konwenansu do wolności, ale też do innego, pięknego, dzikiego i brutalnego świata (charakterystyczny jest zawarty we wstępie Burroughsa opis Mexico City przeplatany gazetowymi relacjami dotyczących banalnych zbrodni, będących codziennością tego przesiąkniętego przemocą miasta), a zarazem próba pójścia dalej, nie tylko poza własne pożądanie, ale poza fizyczność.

Zaś "Queer" Guadagnino to przede wszystkim wyestetyzowana, stylowa, nieśpieszna i melancholijna opowieść o "odmieńcu", innym, który zstępuję w głąb siebie. Który, by przetrwać pośród ludzi, najpierw zbudował sobie zbroję z nałogów i nonszolanckiego podejścia do życia, by następnie zrozumieć, że pragnąc się chronić, sam zamknął się w zbudowanym przez siebie więzieniu. Jak zwierza się Allertonowi Lee:
"Nigdy nie zapomnę uczucia nieopisanego przerażenia, (...) kiedy mój mózg poraziły te fatalne słowa: jestem homoseksualistą.  Pomyślałem o umalowanych, wdzięczących się odtwórcach kobiecych ról, o facetach, których widziałem w pewnym nocnym klubie w Baltimore. Czyżby to było możliwe, żebym był jedną z tych podludzkich istot? (...) Myślałem, że szlachetniej będzie umrzeć niż żyć jako potwór seksualny."
I, by było jeszcze przewrotniej (jak to w życiu), Lee przyznaje, że dopiero po umoralniającym wykładzie udzielonym mu przez jednego z tych "podludzi", "starą ciotę" o wdzięcznej ksywie Bobo, odnalazł w sobie odwagę, by żyć dalej i żyć na własnych zasadach. Bycie "odmieńcem" to jednakże zajęcie na pełen etat i po latach, w Meksyku (który w filmie jest głównie dekadencki i malowniczy, nie ma w nim w zasadzie brutalności, a nawet brud jest estetyczny) musi wciąż konfrontować się nie tylko z samym sobą i swoim pożądaniem, ale też spadającą nagle potrzebą nie tyle samego "zakazanego" seksu, ile czegoś więcej - "zakazanej" bliskości. Zresztą Daniel Craig jest w roli Lee znakomity — balansuje zgrabnie pomiędzy maczystowską pozą, sztubackim pajacowaniem, a autentyczną, niemal dziecięcą, bezradnością, a jego poorana zmarszczkami twarz epatuje zarazem głodem i zmęczeniem.


Gdy więc Guadagninowy Lee oświadcza, że szuka mitycznego yagé (które — co istotne — w filmie odnajduje, a w książce już nie), bo interesuje go telepatia, to czuć, że chodzi mu o przede wszystkim o dotarcie do umysłu tego, który jest tuż obok, a który mimo fizycznej dostępności (bo ich seksualny układ zostaje literalnie zakontraktowany) jest wciąż poza jego mentalnym zasięgiem. W tym sensie sam homoseksualizm bohatera jest wtórny dla wymowy tej opowieści, choć oczywiście to on konstytuuje jego tożsamość i napędza wewnętrzny konflikt. Zresztą ten uniwersalizm pobrzmiewa w abstrakcyjnej otwierającej film sekwencji — coś migocze, wyłania się na powierzchni czarnej magmy rzeczywistości, chwilę w płonie i ulatuje. To swoiste symboliczne streszczenie każdego jednostkowego losu — wędrówka, ogniwo w łańcuchu bytów. Skądś dokądś. Rozbłysk w kosmicznej i zarazem zupełnie przyziemnej, boleśnie cielesnej, palącej samotności.

Guadagnino, mimo swoich ostatnich formalnych filmowych wyskoków, w "Queerze" ukazuje się jako dość tradycyjny, choć wciąż wyrafinowany stylista i pozostaje również dość tradycyjnym, choć dojrzałym i pozbawionym naiwności, romantykiem. Nie jest to dla mnie wada — po prostu filmowy "Queer" to nie wywrotowa opowieść, a nostalgiczny wyciąg z niegdyś wywrotowej powieści Burroughsa. Bo i w buncie, ukryte są nieraz proste, zupełnie niewywrotowe tęsknoty.

Kiedy oczami samotnego i odurzonego narkotykami Lee, patrzymy na geometryczną grę światła i cienia na odrapanych ścianach budynków Mexico City, to jest w tym wycyzelowanym obrazie filmowa stylizacja, ale nie ma artystycznego fałszu. Przeciwnie — to estetycznie wyrażona, ale bardzo zwyczajna i głęboko autentyczna, potrzeba piękna. I tragiczne pragnienie łączności z tym, jedynym nam znanym, nie do końca pięknym, światem.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Queer
"Everyone is gay", śpiewał Kurt Cobain w piosence "All Apologies", której coverowa wersja otwiera nowy... czytaj więcej