Recenzja filmu

Resident Evil: Witajcie w Raccoon City (2021)
Johannes Roberts
Kaya Scodelario
Hannah John-Kamen

Ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem

Fabuła filmu jest istną kompilacją tego, co charakterystyczne dla rozdziału otwierającego tasiemcową zombie sagę, spajając scenariusze z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. W konsekwencji ...
Ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem
Nie zażyna się zombie, które… Dobra, akurat tej średnio błyskotliwej parafrazy znanego przysłowia lepiej nie kończyć, ale fakt faktem, że jak już Hollywood raz chwyci licencję, na której zbija grube miliony, to nie wypuści, choćby się paliło. Bodajże Jacek Dukaj mówił, że skazani jesteśmy na ciągły popkulturowy recykling, że nowe jest wrogiem starego i sprawdzonego i że już nigdy nie wyzwolimy się z tej swoistej matni przetwarzania tych samych kilkudziesięciu IP. Nie jest to wykluczone, bo przecież rebooty, remaki i kolejne adaptacje wywiedzione z tego samego materiału źródłowego to sól kinowego repertuaru. I pół biedy, póki robione są zgodnie z zasadami sztuki (a i zdarzają się prawdziwe perły), lecz tu mamy akurat do czynienia z kserówką z kserówki.


Tyle że odbito nie felerną serię z Millą Jovovich (którą pewnie chętnie ciągnięto by dalej, gdyby nie fortunny układ gwiazd i, być może, czysta ludzka przyzwoitość), ale gry Capcomu będące zaczynem całego fenomenu. A to już dość, żeby dokonać swoistego resetu i restartu, bo interpretacja Paula Andersona (tego drugiego) czerpała z nich nie garściami, ale co najwyżej łyżeczką do herbaty. Lecz podejście alternatywne, czyli zapatrzenie się na gry i bezrefleksyjne powielanie tego, co zostało podpatrzone podczas sesji z padem, też nie jest zdrowe, bo zmyślną translację konsolowego na filmowe od topornego fanserwisu dzieli tylko cieniutka kreseczka.

Czyli nie ma dobrego rozwiązania? Cóż, chyba nikt jeszcze się o ten mityczny złoty środek nawet nie otarł i nieprzypadkowo filmy na podstawie gier wyglądają jak wyglądają. A i Johannes Roberts niczego szczególnego nie wyczarował, mimo najszczerszych chęci i ewidentnej znajomości pierwowzoru. Żongluje się tutaj imionami, postaciami, cytatami, nawet przeniesionymi jeden do jednego kadrami z dwóch pierwszych odsłon serii Capcomu, lecz to cyrkowe, prestidigitatorskie sztuczki, które mają odciągnąć uwagę oglądającego od tego, że film nie ma więcej do zaoferowania. Owszem, atrakcji tu niby sporo, ale wynika z nich niewiele poza chęcią odcięcia się od poprzedniej interpretacji "Resident Evil", puszczenia oka do graczy i miłego ich połechtania.

Dlatego fabuła filmu jest istną kompilacją tego, co charakterystyczne dla rozdziału otwierającego tasiemcową zombie sagę, spajając scenariusze z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. W konsekwencji zamiast adaptacji jednej części gry mamy adaptację dwóch za jednym zamachem. Tyle że po łebkach. Akcja "Resident Evil: Witajcie w Raccoon City" biegnie dwutorowo. Bohaterami pierwszej fabularnej odnogi jest oddział jednostki specjalnej STARS, wysłany do podmiejskiej posiadłości, gdzie zaginęli ich koledzy. Druga dzieje się na terenie budynku lokalnej policji oraz pobliskiego sierocińca, który kryje podziemną tajemnicę. Rodzeństwo Claire i Chris Redfield znają zresztą mroczną stronę miasta, praktycznie kontrolowanego przez nietykalną i posiadającą swoje siły paramilitarne korporację Umbrella, bo wychowywali się pod okiem niebudzącego zaufania doktora Birkina. Chris jest teraz tutejszym policjantem, Claire dopiero co przyjechała do Raccoon City po długiej nieobecności. Katalog postaci uzupełniają inni bohaterowie znani z gier, ale zarówno Jill Valentine, jak i napisany od nowa Leon Kennedy mają tutaj dość ograniczone role.


Mógłbym rozpisać się teraz o podobieństwach i różnicach między grą a filmem, o tych bardziej oczywistych easter eggach i o tych mniej oczywistych, których jest całkiem sporo, tyle że nie pełnią one funkcji dramaturgicznej, ale wyłącznie ornamentacyjną. Trochę to wszystko, za przeproszeniem, psu na budę, bo jeśli oderwać "Resident Evil: Witajcie w Raccoon City" od kontekstu gry, to zostaje nam miałka historyjka, do tego opowiedziana byle jak. Niewiele bowiem wynika z nadmuchanej do prawie godziny ekspozycji – przez co ostatni akt biegnie sprintem ku wybuchowemu finałowi, bo postacie i tak pozostają jednowymiarowe, a ich motywacje albo niejasne, albo pretekstowe. Roberts nie potrafi także wykorzystać bez mała apokaliptycznego klimatu początku końca, bo jest jasne, że Raccoon City to miejsce przeklęte i skazane na rychłą zagładę, istne miejskie sidła, z których ucieczki nie ma. A jednak ani przez moment nie czuć, że bohaterom cokolwiek grozi. Wszyscy odbijają się od gumowych zombie niczym goście karnawałowego tunelu strachu, gdzie wszystko zaprojektowano tak, aby straszyć, ale nie dotykać. Letniość tego filmu jest jego największym minusem, to rzecz wyprana z emocji, przypominająca próbę ulepienia nowej odsłony franczyzy po linii najmniejszego oporu, czyli za małe pieniądze, trzymającej się na przeciętnych efektach CGI i puszczaniu oczka do sporej rzeszy graczy gotowych pójść do kina.

Z perspektywy komercyjnej błędem jednak byłoby ograniczać się wyłącznie do tak zdefiniowanej grupy docelowej, dlatego też Roberts robi kroczki na rozbujanej linie, próbując utrzymać na niej chwieją równowagę i co jakiś czas przypomina sobie o tych, którzy mogli zabłądzić na jego film z zupełnie innego powodu. Stąd stara się dogodzić i żarliwym miłośnikom pierwowzoru, i tym, którzy oczekują przyzwoitego filmu o strzelaniu do zombie. Nie wyszło mu ani jedno, ani drugie.
1 10
Moja ocena:
4
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
52% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (42 głosy).