Recenzja filmu

Tylko sprawiedliwość (2019)
Destin Daniel Cretton
Michael B. Jordan
Jamie Foxx

Zabić niewinnego

Podejmujący temat nadużyć amerykańskiego systemu prawnego i rozgrywający się na przełomie lat 80. i 90. film Destina Daniela Crettona opowiada o bezpodstawnie skazanym na karę śmierci Walterze ...
"Tylko sprawiedliwość" pojawia się na polskich ekranach w ostygłej już nieco atmosferze doniesień na temat rozruchów ulicznych, do których doszło w Ameryce po śmierci George'a Floyda. W historii kina takie momenty wyznaczały niekiedy nowy kierunek opowiadania o czarnoskórej mniejszości. Wystarczy tu wspomnieć chociażby o hood films, nurcie będącym odpowiedzią na brutalne pobicie Rodneya Kinga przez funkcjonariuszy policji w 1991 roku. Podejmujący temat nadużyć amerykańskiego systemu prawnego i rozgrywający się na przełomie lat 80. i 90. film Destina Daniela Crettona opowiada o bezpodstawnie skazanym na karę śmierci Walterze McMillianie. Co istotne, scenariusz Crettona i Andrew Lanhama bazuje na książce "Just Mercy: A Story of Justice and Redemption" Bryana Stevensona. Sprawa "Johnny’ego D." była jedną z pierwszych prowadzonych przez słynnego prawnika, aktywistę i założyciela Equal Justice Initative.


Przyjmujący perspektywę działacza obraz wskazuje na istotny element różniący adwokata i skazańców – przynależność klasową. Studia na Harvardzie mocno wywindowały Stevensona (Michael B. Jordan) w hierarchii społecznej, wciąż jednak nie na tyle wysoko, by white-boy-status Afroamerykanina zrobił na kimkolwiek wrażenie na konserwatywnym Południu, w Alabamie. Dopiero tutaj bohater na własnej skórze przekonuje się, że rasa wciąż znaczy więcej niż klasa (podobnie jak Don Shirley w niedawnym "Green Booku"). Jako obrońca niewygodnych dla prawa jednostek doświadcza, choć oczywiście w mniejszym stopniu, upokorzeń i gróźb ze strony przedstawicieli prawa, podobnie jak szykanowani – zresztą i bez względu na kolor skóry – więźniowie.

W Monroeville, ojczyźnie "Zabić drozda" Harper Lee, Stevenson (jak jego literacki odpowiednik Atticus) podejmuje nierówną walkę z systemem prawnym, próbując nie dopuścić do egzekucji kolejnych Tomów Robinsonów, pozbawionych fachowego pełnomocnictwa oskarżonych. Michael B. Jordan porzuca ring z "Creeda" i afrofuturystyczny świat Wakandy z "Czarnej pantery", aby walczyć w sądzie o sprawiedliwe wyroki. Wyważona rola i zwykle tłumione emocje sprawiają, iż portret Stevensona zostaje w dużej mierze podporządkowany moralno-zawodowym celom bohatera; analogicznie przedstawiona została też jego wspólniczka, Eva Ansley (Brie Larson). Ciekawsza, bardziej zniuansowana wydaje się postać "Johnny’ego D." o twarzy Jamiego Foxxa. Dokonujący krwawej zemsty niewolnik z "Django" (film wpisujący się zresztą w nurt przepisywania historii opresji wobec czarnoskórych) staje się tu zrezygnowanym, przygniecionym przez system obywatelem, który z czasem odzyskuje wiarę w sens walki.

   

Podobnie jak portrety postaci, tak i warstwa formalna "Tylko sprawiedliwość" zdaje się elementem drugorzędnym wobec podejmowanego tematu. Surowe zdjęcia Bretta Pawlaka przypominają niekiedy styl dokumentalny, przeplatane są zresztą wstawkami rodem z wiadomości telewizyjnych, ale i odcinka programu "60 minutes" stacji CBS, którego emisja znacząco wpłynęła na przebieg sprawy McMilliana. Film Crettona czerpie z konwencji gatunkowych filmu więziennego czy dramatu sądowego, a ostatecznie okazuje się wpisywać w schemat opowieści o pomyłce sądowej, rozgrywającej się w dodatku na głębokim Południu. Mamy więc tutaj do czynienia z dysfunkcyjnym sądownictwem, niemoralnym prawnikiem (Rafe Spall), zacietrzewionym w swych działaniach szeryfem (Michael Harding) czy "złymi" przechodzącymi moralną przemianę. "Tylko sprawiedliwość" porusza więc wciąż aktualny temat i w sposób całkiem sprawny opowiada historię, ale o ważnych społecznie kwestiach mówi za pośrednictwem szablonowych rozwiązań i podręcznikowo poprawnej konstrukcji. Obraz Crettona, choć nadal posiada pewną siłę oddziaływania, blednie w otoczeniu innych tytułów, podejmujących podobny temat.

Na ostatnie lata przypada przecież nie tylko kasowy sukces blockbusterowej "Czarnej pantery", stanowiącej także tożsamościowy budulec czarnej społeczności, czy kolejne zaangażowane dzieła Spike'a Lee z "Czarnym bractwem. BlacKkKlansman" na czele. W kinie pojawiają się też nowe nazwiska oraz odważne pod względem fabularnym i/lub formalnym wizje, by wspomnieć chociażby "Nienawiść, którą dajesz", "Zaślepionych", "Gdyby ulica Beale umiała mówić" czy serial "Jak nas widzą". Obecność czarnoskórych coraz mocniej manifestuje się w sztuce i w sferze publicznego dyskursu, a śmierć George'a Floyda i skala następujących zamieszek pokazują, jak radykalnie zmieniły się Stany Zjednoczone w ciągu ostatnich dekad. Niemal wszystkie wymienione wyżej tytuły, włącznie z mniej udanym "Tylko sprawiedliwość", wskazują jednak, iż Ameryka wciąż ma sporo problemów do rozwiązania. Najnowsze filmy Afroamerykanów, których wspólny mianownik stanowią obrazy niesprawiedliwości dotykającej czarną społeczność oraz temat nadużyć władzy, prowadzących do wyniszczenia jednostki i jej bliskich, zdają się owe punkty zapalne najmocniej podkreślać.
1 10
Moja ocena:
5
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
24% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).
Udostępnij: