Recenzja filmu Wojna o prąd (2017)
Alfonso Gomez-Rejon

Pod prąd

Wszystkie intrygujące wątki mogłyby w pełni wybrzmieć, gdyby "Wojna o prąd" była miniserialem. W filmie kinowym (i to zadziwiająco krótkim jak na tak rozbudowaną, rozgrywającą się na przestrzeni ...
Filmweb sp. z o.o.
W 2011 roku scenariusz "Wojny o prąd" znalazł się na prestiżowej Czarnej Liście - zestawieniu najlepszych nieprzeniesionych dotąd na ekran tekstów krążących po Hollywood. Kiedy po kilku latach dzieło Michaela Mitnicka doczekało się nareszcie realizacji, opowieść o technologicznym wyścigu między Thomasem Edisonem a George'em Westinghouse'em ponownie zelektryzowała środowisko filmowe. Recepcja była jednak tym razem zgoła inna: zdaniem krytyków "Wojna" okazała się jednym z bardziej rozczarowujących tytułów sezonu. Reżyser Alfonso Gomez-Rejon winą za niepowodzenie obarczył wówczas producenta Harveya Weinsteina, który rzekomo brutalnie okaleczył film w montażowni. Utwór powtórnie trafił do postprodukcji, ale tym razem pieczy nad nią nie sprawował już skompromitowany hollywoodzki magnat. Finalny efekt wciąż wydaje się jednak dyskusyjny. Choć stworzono go z wysokiej jakości składników, to  paradoksalnie nie sumują się one w wielkie kino.

photo.title

Czego tu nie ma! Elektryfikacja jako otwarcie kolejnego rozdziału w dziejach ludzkości, bezpardonowa walka o miano nowego Prometeusza, pełen gorzkich kompromisów sojusz nauki i biznesu, mankamenty życia pod jednym dachem z wizjonerem, czarny PR i fake newsy, wreszcie cienka granica między geniuszem a hochsztaplerstwem. Wszystkie te intrygujące wątki mogłyby prawdopodobnie w pełni wybrzmieć, gdyby "Wojna o prąd" była miniserialem. W filmie kinowym (i to zadziwiająco krótkim jak na tak rozbudowaną, rozgrywającą się na przestrzeni kilku dekad historię) nie ma czasu, by pochylić się m.in. nad skomplikowanym, naznaczonym tragedią życiem prywatnym Edisona albo postacią ekscentrycznego wynalazcy Nikoli Tesli (Nicholas Hoult), który odegrał kluczową rolę w tytułowym konflikcie. W efekcie dzieło Gomeza-Rejona zaczyna przypominać rozciągnięty do 100 minut zwiastun: pulsujący energią, gwarantujący ucztę dla oczu, a przy tym powierzchowny, nieco chaotyczny i pozostawiający ostatecznie uczucie niedosytu.

photo.title

Szkoda tym większa, że zrealizowane z malarskim zacięciem zdjęcia Chung-hoona Chunga zasługują na worek nagród, zaś Benedict Cumberbatch i Michael Shannon stworzyli bardzo dobre, zniuansowane kreacje. Pierwszemu przypadła rola Edisona - wybitnego naukowca, a zarazem łaknącego poklasku aroganta i egocentryka postępującego w myśl zasady "cel uświęca środki". Grany przez gwiazdę "Zakazanego imperium" Westinghouse - wpływowy biznesmen, który zbił majątek na produkcji hamulców - wydaje się osobą znacznie bardziej skłonną do konsensusu i współpracy. Kiedy jednak zajdzie potrzeba, potrafi grać  równie nieczysto co rywal. Tym, co łączy obu mężczyzn, jest szczera fascynacja nauką, a także świadomość, że pełni ona rolę lokomotywy ciągnącej za sobą cywilizację. W bodaj najlepszej scenie filmu Westinghouse prosi konkurenta, aby ten opowiedział mu o kulisach wynalezienia żarówki. Wraz z rozwojem historii na twarzy mężczyzny pojawia się zachwyt pomieszany ze zdumieniem oraz zazdrością. Przemysłowiec zdaje sobie sprawę, że połączenie jego portfela oraz zdolności Edisona mogłoby zaowocować ponadczasowymi osiągnięciami.

photo.title

"Wojna…" pokazuje, że przełomowe odkrycia rzadko kiedy stanowią dzieło jednego człowieka. Zazwyczaj stoi za nimi sztab zapaleńców i marzycieli, którzy gotowi są spędzić całe lata w urągających zasadom BHP laboratoriach oraz warsztatach. Niestety, rzadko kiedy wszyscy ojcowie sukcesu mogą liczyć na równe uznanie. Historia bywa przewrotna, a życie niesprawiedliwe. Cała nadzieja w kinie, które po latach może przywrócić pamięć o bohaterach.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię