Recenzja filmu Zaśnij (2019)
Daniel J. Phillips

Paraliż przysenny

Bezsenność, czyli choroba, rzekłbym, fundamentalnie przerażająca, to szczególny rodzaj filmowego tworzywa, można wokół niej zbudować autonomiczny filmowy język  – tym większa szkoda, ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
  • recenzja kinowa Zaśnij (2019)
Jeśli zdarzały Wam się bezsenne noce, albo – nie daj Boże – znacie chroniczną bezsenność z autopsji, wiecie doskonale, że i bez duchów wystukujących obcasami ponure kołysanki jest to niezły horror. Filmowcom nie wystarcza zresztą cywilizacyjna odmiana tej choroby, wolą fotogeniczne ekstremum – za sekundanta wyścigu z czasem służy tu zespół FFI, zwany też syndromem śmiertelnej bezsenności rodzinnej. To ciężkie i najczęściej śmiertelnie schorzenie mózgu, które komuś przypasowało na fabularny wytrych – zamiast fazy REM, faza RIP. Można i tak. 

photo.title

Pytanie oczywiście, co dalej? Twórcy "Zaśnij" zatrzymują się na intrygującym koncepcie, z którego pączkują gatunkowe banały. Fabuła raczej oklepana: rezolutna studentka medycyny chce pomóc cierpiącemu na FFI bratu, scenarzyści podrzucają umęczonej siłaczce eksperymentalną kurację na bezsenność, a że wszystko ma odbyć się w starym szpitalu psychiatrycznym, dalszy rozwój wypadków da się przewidzieć bez pudła. Zestaw straszaków również standardowy: po ekranie paradują somnambulicy z bielmem na oczach, taniec nowoczesny odstawiają maszkarony z powyginanymi stawami, tu coś stuknie, tam łupnie, z repozytorium kina grozy znikają kolejne teczki. Wreszcie, strategia budowania napięcia – i znów, jakby znajoma: smyczki dźgające bez ostrzeżenia i zapętlone haluny, złowróżbne niskie tony i rozchwiana kamera. 

Układa się to wszystko w koncert na klasyczne instrumenty kina grozy. Tyle że za sprawą scenariopisarskiego lenistwa z ekranu wieje nudą. Obraz rozpada się na całe serie niemrawych, akademickich dyskusji, kolejne próby markowania dramatu rodzinnego oraz interludia w postaci zainscenizowanych ze zmiennym szczęściem jump scares. Debiutujący za kamerą Daniel J. Phillips robi co może: sięga po zwietrzałą konwencję found footage, mnoży tropy horroru spirytualistycznego, umizguje się do klasyków, głównie do Williama Friedkina. A jednak czuć w jego filmie (i słychać w wywiadach) desperacką potrzebę złapania widza na marketingowy haczyk: to jedna z tych narracji o szlachetnym horrorze, w którym nie wylewa się hektolitrów keczupu, ale otwiera przed widzem nowe plany transcendencji. I zwykle, kiedy słyszę tego rodzaju buńczuczne obietnice, widzę tak stereotypowe podziały gatunku, w mojej głowie zapala się lampka ostrzegawcza: stary, w czym ci przeszkadza keczup?  

photo.title

Bezsenność, czyli choroba, rzekłbym, fundamentalnie przerażająca, to szczególny rodzaj filmowego tworzywa, można wokół niej zbudować autonomiczny filmowy język  – tym większa szkoda, że Phillips nie spróbował. Myślę też, że gdzieś pod spodem był tutaj ciekawy, nowoczesny horror – łączący różne gatunki w jednej symfonii grozy, rymujący się z opowieścią o snach jako manifestacji naszej podświadomości, odwołujący się do współczesnych lęków. Jeśli więc zaryzykujecie wycieczkę do kina, to kto wie, może Wam się przyśni.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby