Przeważnie zdystansowana kamera debiutującego w pełnym metrażu Oscara Ignacia Jiméneza, tym razem na dłużej zbliża się do postaci i w skupieniu obserwuje ich twarze. W końcu udaje się stworzyć
Nie dajcie się zwieść tytułowi – próba popełnienia podwójnego morderstwa skończy się fiaskiem już w scenie inicjalnej. Filmowi Roberta Machoiana daleko bowiem do kryminału, w którym melodramatyczna scena dokonania zemsty na niewiernej kobiecie i obcym, zakłócającym spokojne życie rodziny, idealnie wpisałaby się w ramy gatunkowe. W "Zabójstwie dwojga kochanków" strzał wydaje się natomiast pójściem na łatwiznę. Jak śpiewał Muniek Staszczyk: "nie wszystkich możesz zabić"; zwykle trzeba postawić na trudniejsze rozwiązanie, jakim jest konfrontacja z rzeczywistością, w której nie wszystko układa się po twojej myśli. Choć więc pistolet ostatecznie nie wypala, emocje doprowadzające do podjęcia tak dramatycznej próby wciąż się kotłują, a widmo tragedii nie znika z horyzontu.
Znający się od czasów szkolnych David (świetna, emocjonalna rola Clayne’a Crawforda) i Nikki (Sepideh Moafi) przechodzą kryzys małżeński. Dla ostudzenia emocji decydują się na separację: ona zostaje z czworgiem dzieci, on wprowadza się ponownie do oddalonego o kilkaset metrów domu rodzinnego, aby opiekować się starszym, chorym ojcem. Pomimo zewnętrznego odgrywania dorosłości i założenia własnej rodziny, para wciąż nie potrafi do końca dojrzeć. Kobieta próbuje nadrobić lata poświęcone wychowywaniu dzieci, angażując się w nowy związek. Mężczyzna z kolei na powrót zostaje uczniakiem, któremu ojciec robi kazania, przypominające słowo w słowo reprymendy udzielane kilkanaście lat wcześniej przez matkę. Zawirowania w związku czy osobiste niepokoje i frustracje nie byłyby być może tak groźne, gdyby nie fakt, iż bohaterowie – jak przypomina w pewnym momencie Nikki – są przede wszystkim rodzicami. Nietrudno przewidzieć, że i na dzieciach, a zwłaszcza na najstarszej Jess (Avery Pizzuto), rykoszetem odbije się ów niewypał, jakim jest obecnie relacja ich opiekunów.
Do tej pory pracujący w duecie z Rodrigiem Ojedą-Beckiem reżyser, a w przypadku "Zabójstwa…" także scenarzysta, producent i montażysta, na scenerię dla historii małżeńskiej wybrał Kanosh, małe miasto w stanie Utah, którego surowe, puste przestrzenie świetnie korespondują z rozdarciem bohaterów. Machoian rozrysowuje konflikt w małej skali, opierając się na drobnych codziennych wydarzeniach, rozmowach, błędach, niedopowiedzeniach i mylnych interpretacjach. Najpełniej obrazuje to scena wyczekiwanej przez Davida randki, która zgodnie z jego oczekiwaniami ma stać się przełomem w skomplikowanych kontaktach pary. Od początku jednak spotkanie nie przebiega zgodnie z planem, a atmosfera jest napięta i nerwowa. Przeważnie zdystansowana kamera debiutującego w pełnym metrażu Oscara Ignacia Jiméneza, tym razem na dłużej zbliża się do postaci i w skupieniu obserwuje ich twarze. W końcu udaje się stworzyć sprzyjający intymnym zwierzeniom klimat, w którym łatwiej mówi się o minionych marzeniach, razem spędzonych latach i mniej lub bardziej realnych planach na przyszłość. Znowu jednak pojawia się "ten trzeci", Derek (Chris Coy), uosabiający zagrożenie dla kontynuacji wspólnej historii Nikki i Davida.
Ciekawą rolę w jednoczeniu rodziny odgrywa furgonetka bohatera. To w niej toczą się unikające fałszywej dialogowej nuty rozmowy na temat związku skłóconych małżonków; to tam ojciec przeprowadza szczerą, dojrzałą dyskusję z będącą w rozsypce córką; to jej wnętrze obserwuje przyczepiona do bocznej szyby kamera, wyłapując zabawne i naturalne wymiany zdań między synami a tatą. Davidowi nie jest łatwo wzmocnić relacje z bliskimi i przeprowadzić swego rodzaju terapię rodzinną w małym miasteczku, w którym wszyscy go znają, a niemal każdemu zdarzeniu w jego życiu świadkują znajomi czy sąsiedzi. Po znalezieniu Jess ucina sobie dowcipną, niezobowiązującą pogawędkę z mężczyzną, której lekceważący problemy z nastolatkami charakter nijak się ma do tego, jak David w rzeczywistości walczy o polepszenie relacji z córką. Tuż po zakończeniu trudnej rozmowy z pierworodną, oskarżającą rodziców o niszczenie jej życia rozstaniem i w konsekwencji rozpadem rodziny, David uprzejmie wita się natomiast z przechodzącą obok auta kobietą. Wszędobylskie oczy może i nawet przyjaznych, ale wciąż obcych ludzi, zdecydowanie nie sprzyjają autoanalizie i wyciszeniu.
A poirytowanemu i przerażonemu wizją utraty kontaktu z bliskimi protagoniście odrobina spokoju na pewno by się przydała, zwłaszcza że cierpliwość bohatera – jak dotąd ciepłego wobec dzieci ojca oraz robiącego dobrą minę do złej gry męża – jest na wyczerpaniu. Zgrzyty, powracający odgłos uruchamianego silnika i ostre, mechaniczne brzmienie perkusji na ścieżce dźwiękowej Petera Albrechtsena współgrają z ciągłym wzburzeniem Davida. Machoian umyślnie zaszczepia też w widzu ziarno niepokoju, każąc mężczyźnie ćwiczyć strzelanie z broni czy ograniczając odbiorcy dostęp do niektórych informacji i w ten sposób subtelnie fałszując fabularne tropy. Przeczucie wiszącego w powietrzu niebezpieczeństwa, wzmagane przez targające Davidem mroczne instynkty i destrukcyjne siły, którym niekiedy się poddaje, nie znika niemal do końca seansu. Ostatecznie Machoian zdaje się jednak mówić, że słaba kondycja psychiczna odtrąconego mężczyzny wynikała jedynie z niemocy i bezradności, a przywrócenie status quo sprawi, że wszystko wróci do normy.