Recenzja filmu

Zapiski śmiertelnika (2025)
Maciej Żak
Ireneusz Czop
Magdalena Boczarska

Nuda nieskończoności

Twórców filmu cechują szlachetne zamiary. Próbują oni przedstawić los człowieka, który ma już dość, dla którego mozaika drobnych potknięć i niepowodzeń ułożyła się w ciężar nie do uniesienia.
Nuda nieskończoności
źródło: Materiały prasowe
Problemów z tak zwanym kinem metafizycznym jest co najmniej kilka. Twórcom nierzadko wydaje się, że wystarczy poruszyć temat śmierci czy przemijania, by nakręcić współczesną wersję "Siódmej pieczęci" bądź zostać nowym Krzysztofem Kieślowskim (najlepiej tym sprzed okresu francuskiego). Niech bohaterowie mamroczą coś o upływie czasu, dokonują "bilansu całego życia", sięgają w przeszłość, a wyjdzie wybitny film, prawda? Nieprawda. Przekonał się o tym właśnie Maciej Żak.

Jego "Zapiski śmiertelnika" mają tyleż intrygujący, co banalny punkt wyjścia. Do nadmorskiego kurortu – a tak naprawdę dziury zabitej dechami – przyjeżdża po sezonie F.P. (Ireneusz Czop) z zamiarem popełnienia samobójstwa. Mężczyzna musi tylko uporządkować kilka spraw: napisać list do żony, zabezpieczyć finanse, załatwić sobie miejsce na cmentarzu. Po kilku minutach opowieści wiemy już, że mężczyzna zrealizował swój zamiar, jego ciało znaleziono wyrzucone na brzeg morza. Ale lokalny policjant i prokurator zaczynają mieć wątpliwości. Może to jednak było zabójstwo?


Warstwie wizualno-technicznej filmu niewiele można zarzucić. Mamy tu szarość i swoistą beznadzieję zgrzybiałego kurortu. Mamy nadmorski chłód późnej jesieni nad polskim wybrzeżem. Mamy wreszcie aktorów, same znane twarze. Ireneusz Czop wypada przekonująco w tytułowej roli człowieka, który zmęczył się życiem i postanawia pójść w ślady swojego ojca, granego zresztą świetnie przez Mariana Dziędziela. Na drugim planie widzimy choćby Agatę Turkot, Magdalenę Popławską, Magdalenę Boczarską oraz Pawła Tomaszewskiego. Słowem: jest co i kogo oglądać na ekranie.

Problemem okazuje się scenariusz. Dramaturgia i tempo. Po kilkunastu minutach zwyczajnie przestaje nas obchodzić kwestia, czy F.P. się zabił, czy może to jego zabili. Zaczynamy się gubić w coraz bardziej przerysowanym świecie przedstawionym. Wątków i postaci jest za dużo, kilka okazuje się zwyczajnie zbędnych, kilka karygodnie nierozwiniętych (czemu protagonista tej historii zdaje się nie pamiętać, że ma dorastającą córkę)? Pojawia się nuda.



Ponadto Żak sili się na oryginalność, która oryginalnością nie jest. Reżyser miesza ze sobą przeszłość i teraźniejszość, ale przecież widzieliśmy to już w kinie nie jeden raz, oglądaliśmy choćby arcydzieła Carlosa Saury. Przy nich zabieg ten wypada w "Zapiskach śmiertelnika" nieco żenująco.

Podobnie jest z mieszaniem rzeczywistości i tego, co nierealne albo nad-realne. Bohater rozmawia ze swoim zmarłym ojcem, są to nawet fascynujące sceny. Tyle że niewiele wnoszą do samej opowieści poza charyzmą dwojga aktorów i sarkastycznymi dialogami. I znowu: jeśli pamiętamy na przykład "Niebo nad Berlinem", wiemy, że ruch w zaświatach jest odwrotny: ciekawiej się z nich wydostać, a nie do nich trafić. Tam, gdzie "Zapiski śmiertelnika" się kończą, tam… powinny się zaczynać.

Twórców filmu cechują szlachetne zamiary. Próbują oni przedstawić los człowieka, który ma już dość, dla którego mozaika drobnych potknięć i niepowodzeń ułożyła się w ciężar nie do uniesienia. Trafnie zresztą pokazują, że w sytuacjach granicznych nie ma często jednego powodu czy logicznego ciągu zdarzeń, które prowadzą do tragedii. A jednak świat wewnętrzny F.P. – coś, co powinno być siłą napędową całej historii – zostaje tu ledwo naszkicowany, pozbawiony koniecznej głębi, rys i pęknięć. Dziwaczno-literacki monolog z offu intryguje jedynie przez chwilę, później irytuje nas swoją sztampowością oraz schematyzmem.



Temat, który podejmują "Zapiski śmiertelnika", jest oczywiście ciekawy. Ba, przychodzi w życiu taki moment, w którym okazuje się najważniejszy. O co chodzi w tej szamotaninie, którą nazywamy życiem? Żyję, czy jestem żyty, jak pytał swego czasu mistrz Fellini? Co zrobić z klęskami, których z biegiem lat jest więcej niż zwycięstw? Być jak Ikar, co raz po raz lepi na strychu połamane skrzydła? A może niczym bohater Dostojewskiego lepiej "zwrócić bilet wstępu"? W imię czego warto wciąż podejmować walkę? A może już nie warto?

Mnożę teraz te pytania, bo są one kluczowe; żyjąc, nosimy je w sobie. Kino może chyba próbować pomóc nam w ich formułowaniu, a nawet w znoszeniu braku jednoznacznych odpowiedzi. Kino metafizyczne. Ale to wielkie, z prawdziwego zdarzenia, uczciwe wobec odbiorcy, szanujące jego wrażliwość i intelekt. A nie kino robione na kolanie.
1 10
Moja ocena:
4
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?