Powrót króla

„Xenonauts” przebyło daleką drogę. Od fanowskiej reinterpretacji dawnego „UFO: Enemy Unknown” do pełnoprawnej gry, wydanej z pomocą serwisu Kickstarter. Czy warto jeszcze próbować odświeżać tę
Xenonauts” przebyło daleką drogę. Od fanowskiej reinterpretacji dawnego „UFO: Enemy Unknown” do pełnoprawnej gry, wydanej z pomocą serwisu Kickstarter. Czy warto jeszcze próbować odświeżać tę legendarną serię strategii turowych? 



Nie tak dawno temu Firaxis odświeżyło serię, wydając swoje „XCOM: Enemy Unknown”. Przemodelowane na potrzeby współczesnego gracza „XCOM” było świetną grą, ale też produkcją, na którą kręciło nosem wielu zapatrzonych w przeszłość graczy. Dla kontrastu pojawia się teraz „Xenonauts”, gra, która tylko tytułem różni się od „UFO: Enemy Unknown” z 1994 r. 



Jest rok 1979, tajemniczy najeźdźcy z kosmosu atakują Ziemię... powolutku. Początkowo przylatują na naszą planetę z niewielkimi misjami rekonesansowymi. Oczywiście tak samo było w oryginalnym „UFO”, ale – co ważne – tu dostajemy konkretne i spójne wytłumaczenie takiego rodzaju inwazji. „Xenonauts” zresztą bardzo dobrze daje sobie radę z opisywaniem wszelkich nowych technologii, które zdobywamy, strącając statki obcych albo wtedy, gdy prowadzimy badania nad tajemniczymi artefaktami pozostawionymi przez wroga. To świetna sprawa, bo w odróżnieniu od dawnego „UFO” „Xenonauts” znacznie bliżej do fantastyki naukowej niż bełkotu, który ma usprawiedliwić turowe strzelanie do ufoli.



Xenonauts” jest też grą, w której weteran serii odnajdzie się od razu. To jednocześnie zaleta i pewien zarzut. Nie ma tu tutoriala ani ekranów pomocy. Gracz, który nigdy nie miał do czynienia z takim typem gry, może poczuć się zagubiony.

A profesjonaliści? Ci będą co rusz piszczeć z zachwytu. W jakiś cudowny sposób „Xenonauts” udało się niemal idealnie przenieść skomplikowaną mechanikę dawnego „UFO” nie tyle bez strat, co wręcz z pewnymi usprawnieniami rozgrywki. Oczywiście mogą się zdarzyć marudni gracze, dla których niezwykle pasjonujące było produkowanie milionów magazynków, ale zapewne będą w mniejszości. Teraz każda broń, także te, które wynajdziemy dzięki technologii obcych, dostaje w zestawie nielimitowaną liczbę magazynków. Musimy tylko przenieść na ekran odpowiednią ilość wyposażenia naszego żołnierza i tyle. To samo dotyczy myśliwców i pojazdów lądowych – gdy wynajdziemy jakąś lepszą rakietę, wszystkie pojazdy automatycznie rozpoczną zbrojenie się w nowy oręż.



Nieznaczne zmiany dotknęły tzw. Geoscape, czyli mapy strategicznej. Twórcy „Xenonauts” wpadli na genialny wręcz pomysł ciągłego informowania nas o tym, co się dzieje na świecie. Przykład? Pierwsza, domyślna baza wybudowana zostaje w Związku Radzieckim. Radar pokrywa niemal cały kontynent azjatycki. Ale co rusz na mapie świata pojawiają się punktowe powiadomienia w stylu: „porwano ludzi”, „zniszczono miasto”, „zatopiono statek”. I rosną liczby ofiar, których uratować nie możemy, ponieważ nasze systemy wykrywania nie docierają do Europy czy Ameryki. Dopóki nie zainwestujemy w dodatkowe bazy, będziemy zmuszeni bezsilnie oglądać rzezie urządzane przez obcych po drugiej stronie kuli ziemskiej. Rozwiązanie genialne, bo dynamicznie wprowadza w klimat globalnej wojny.


Gdy już na naszym radarze ujrzymy obcy statek, możemy wysłać do walki skrzydło myśliwców. Tak, to nie pomyłka. Zarówno nasze myśliwce, jak i statki obcych mogą poruszać się w grupach maksymalnie trzech pojazdów. Sprawia to, że walka powietrzna, zwłaszcza w późniejszych etapach gry, staje się mocno wymagająca. Trzeba nieco kombinować, by ustawić myśliwce w takich pozycjach, by poniosły jak najmniejsze straty. Każdy ubytek w pancerzu to kolejne godziny napraw, a nie zawsze możemy sobie pozwolić na urlop...



Gdy już strącimy wrogi statek, przychodzi czas na danie główne, czyli misje taktyczne. Gdy tylko rozegramy pierwszą misję i stracimy pierwszego człowieka w bitwie, zrozumiemy, że król powrócił. „Xenonauts” nawet na niskim poziomie trudności jest dość wymagające. Próżno tu szukać uproszczeń czy ułatwień stworzonych specjalnie dla nowego gracza. Już pierwsze misje naziemne mogą sprawić niemałe problemy, jeśli zapomnimy, że gramy w odrestaurowane, stare „UFO”. Można od razu zapomnieć o skryptowanych misjach. Choć mapy nie są zbyt różnorodne, a po rozegraniu kilkudziesięciu walk wiemy już, gdzie z reguły jest statek obcych w stosunku do strefy lądowania naszego pojazdu, ustawienie wroga na mapie jest losowe. Co więcej, nawet odpowiedniki Sectoidów z oryginału mogą tu nieźle namieszać. Celność obcych jest całkiem niezła, są mniej podatni na przygwożdżenie ich ogniem, wreszcie – posiadają znacznie lepsze uzbrojenie. Nasi wojacy zaczynają z pistoletami na kapiszony w porównaniu do tego, czym dysponują obcy. Priorytetem we wczesnej fazie gry jest ulepszenie uzbrojenia, gdyż bez tego na jednego obcego trzeba nieraz trzech naszych żołnierzy. A najeźdźcy z kosmosu nie śpią. Potrafią prowadzić skuteczny ostrzał, który sprawi, że nawet jeśli jeden z naszych podopiecznych nie padnie od razu, to straci połowę punktów akcji bądź porzuci broń i zwieje z pola walki.



Dodajmy do tego powrót jednostek czasu (Time Units) i całego zestawu ograniczników, dzięki którym lepiej zaplanujemy ruch naszych żołnierzy. Powraca tak często używana funkcja, którą można opisowo określić jako „zostaw na tyle TU, by uklęknąć i oddać strzał celowany”. Co ciekawe, wraz z rozwojem historii i tym samym wraz z nowymi typami obcych nie możemy opuścić gardy. Nie ma nic gorszego niż nonszalancki szturm na mały statek Caesan (pierwsi napotkani przez nas obcy), którego załoga zarżnie nam znienacka doświadczonego żołnierza. Coś pięknego.



Oczywiście „Xenonauts” nie jest pozbawione wad. Gra może być mocno niezrozumiała dla każdego, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z takim typem strategii bądź grał tylko w „XCOM” Firaxisu. Do tego dochodzi kwestia mikroskopijnych przycisków w menu Geoscape oraz równie małego fontu w opisach zdobywanych technologii. Oprawa graficzna to osobna kwestia. Gra wygląda mocno budżetowo, ale powiedzmy to wprost: nie o fajerwerki tutaj idzie, a o porządną strategię. 



Xenonauts” to pozycja obowiązkowa dla każdego wielbiciela serii „XCOM”. Szczególnie ucieszy wielbicieli pierwszych dwóch części („Enemy Unknown” i „Terror from the Deep”). Osoby wychowane na „XCOM” Firaxisu może odstraszyć poziomem komplikacji, niezwykle trudnymi, losowymi misjami taktycznymi i przedpotopową oprawą graficzną. Nie ma co jednak ukrywać, że to nie nowicjusze są adresatami „Xenonauts”, a ci gracze, którzy miesiącami zagrywali się w stare odsłony „X-COM”. Dla nich to pozycja obowiązkowa.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?