Recenzja Sezonu 2

Fleabag (2016)
Tim Kirkby
Harry Bradbeer

Pchły w brzuchu

"Fleabag" jest więc serialem, który pod humorystyczną warstwą skrywa nieprzebrane pokłady mroku. Cały trik polega na tym, jak te skrajności się przeplatają. Waller-Bridge często wykorzystuję ...
Pchły w brzuchu
"To historia o miłości" wita nas Phoebe Waller-Bridge, ocierając krew z nosa. Tak zaczyna się drugi sezon "Fleabag" i już tu mamy cały serial w pigułce: opowieść o kobiecie, która robi dobrą minę do złej gry - i robi ją dla nas, do kamery, przebijając tak zwaną "czwartą ścianę". Trochę śmieszne, trochę smutne, bardzo życiowe.

Tytułowy zwrot - dosłownie "wór pcheł" - oznacza po angielsku "nieprzyjemną osobę", kogoś antypatycznego. I faktycznie: grana oraz napisana przez Waller-Bridge bohaterka jest moralnie "nieprzyjemna", niezbyt poukładana życiowo, niejedno ma na sumieniu. Ma jednak coś jeszcze: widzowską sympatię. Zawdzięcza ją w dużej mierze właśnie nieustannemu puszczaniu do nas oka. Tak, Fleabag często robi głupie i brzydkie rzeczy, po ludzku popełnia błąd za błędem, pali za sobą kolejne mosty. Burząc "czwartą ścianę" bierze jednak te perypetie w komediowy cudzysłów, "zmiękcza je" dla naszej frajdy. A przy okazji - bardziej nas angażuje. Kiedy ktoś łapie kontakt wzrokowy, trudno go przecież zignorować.
 
W pierwszym sezonie ów zabieg "zwrotu prosto do adresata" osiągnął szczyt w odcinku finałowym. Na jaw wyszedł wówczas sekret, jaki Fleabag skrywała tyleż przed nami, co przed sobą samą. Wyparta trauma wróciła, a zburzona "czwarta ściana" nagle okazała się słabością bohaterki. Uświadomiwszy sobie, że nic nie chroni jej przed naszym oceniającym wzrokiem, kobieta mogła jedynie desperacko rzucić się do ucieczki przed kamerą. Genialne.


Gdzie pójść dalej po takim dramatycznym finale? Czy da się wrócić do dalszego puszczania oka do widza, jak gdyby nigdy nic? Fleabag, choć z zakrwawionym nosem, stara się nas przekonać, że tak. Zresztą wydaje się faktycznie zdrowsza, szczęśliwsza (a czy za sprawą intensywnego przepracowywania czy równie intensywnego wypierania, to już inna sprawa). Niestety, życie ma dla niej kolejne dopusty. Siostra (Sian Clifford) wróciła do swojego okropnego męża, ojciec zamierza ożenić się z kobietą, której Fleabag nienawidzi, na horyzoncie pojawia się zaś pewien przystojny… ksiądz (Andrew Scott). I wystarczy jedno "fuck you" z jego ust, by bohaterka poczuła motyle (a może pchły?) w brzuchu.

Oto "love story" w stylu "Fleabag".

Romans z duchownym ogniskuje przecież wszystkie problemy bohaterki. Po pierwsze, klei się z jej wywrotową naturą, z tendencją do sięgania po zakazany owoc. Do samego końca nie jest zresztą jasne, kto tu kogo korumpuje: czy to duchowny sprowadza na złą drogę niewinną owieczkę, czy to zła rozpustnica wrednie kusi Bogu ducha winnego nieszczęśnika. Ale "kościelny" romans stanowi również sprytną wymówkę. Wybierając sobie niemożliwy obiekt pożądania, Fleabag robi przecież unik: w ten sposób nie będzie musiała się zaangażować. Waller-Bridge celnie piętnuje tu sposoby, na jakie potrafimy się samooszukiwać, pakować w nierozwiązywalne sytuacje. Wszystko, byle tylko nic w sobie nie zmienić.

Sprawa jest tym bardziej tragiczna, że Fleabag faktycznie wiele z księdzem łączy. I nie chodzi tylko o celibat (bohaterka skończyła chwilowo z rozwiązłym stylem życia z pierwszego sezonu). Waller-Bridge pokazuje nam tu parę kruchych, poturbowanych przez życie ludzi, którzy desperacko chwytają za swoje brzytwy, żeby jakoś utrzymać się na powierzchni. Jego brzytwą jest powołanie, azyl religijnej struktury, która zwalnia go z ciężaru podejmowania osobistych decyzji. W jej przypadku brzytwą jesteśmy… my.


Właśnie tutaj Waller-Bridge podbija stawkę z poprzedniego sezonu. W kluczowej scenie sezonu Fleabag trafia w końcu na kozetkę i wmawia psychoterapeutce (Fiona Shaw), że ma "bliskich przyjaciół", znacząco puszczając przy tym oko do kamery. Sugestia jest oczywista: ci "przyjaciele" to my, widownia. Tym samym autorka przypieczętowuje fakt, że Fleabagowy zwyczaj burzenia "czwartej ściany" nie jest zwykłym narracyjnym trikiem. Że nie ma on wiele wspólnego z meta-zabawą, jaką uprawiają Deadpool czy Królik Bugs, dla których świadomość bycia postacią w filmie jest byle pretekstem do kolejnego żartu. We "Fleabag" to nie tyle pretekst, co symptom.

Fleabag niby nazywa widzów "przyjaciółmi", ale w rzeczywistości obarcza ich winą za swoje grzechy. Demonstracyjnie rozkłada ręce i składa własną sprawczość na ołtarzu rozrywki. To "dla nas" pakuje się przecież w kolejne katastrofalne sytuacje, to "dla nas" przyjmuje ironiczne pozy, to "dla nas" gra niepokorną "cool" laskę. Bo co by z niej była za bohaterka, gdyby mogła pochwalić się jedynie zdrowiem psychicznym i zrównoważonym temperamentem? (Nudna bohaterka, oczywiście.) Psycholożka, uwięziona na swoim poziomie świata przedstawionego, nie może zauważyć tego, co zauważamy my, tego, co sugeruje nam Waller-Bridge: tego że Fleabag jest kompulsywną "bohaterką serialu". Szukanie poklasku u widowni to jej mechanizm wyparcia, psychiczny wykręt.


I tu wkracza ksiądz (cały na biało?). On również znajduje bowiem pocieszenie w relacji z bytem egzystującym "ponad". Fleabag rozmawia z milczącą, niedostępną dla niej widownią, duchowny tymczasem rozmawia z milczącym, niedostępnym dla niego Bogiem. Nieprzypadkowo to właśnie kapłan - jako jedyna postać w serialu - dostrzega momenty, gdy Fleabag znika za "czwartą ścianą". Nieprzypadkowo (podczas rewelacyjnej sceny w konfesjonale) to właśnie jemu bohaterka zwierza się z marzenia, by Bóg zdjął z niej ciężar odpowiedzialności. Zupełnie, jakby błagała, by zostać bohaterką serialu, której ktoś po prostu napisze scenariusz życia. I jest to ciekawe zarówno w charakterze dywagacji na temat: "artysta/odbiorca jako bóg", jak i w charakterze słodko-gorzkiej puenty dla relacji między bohaterami. Bo Fleabag i ksiądz faktycznie się rozumieją, ich "niemożliwy" związek opiera się na autentycznym porozumieniu.

O czym zresztą, jeśli nie o niemożności porozumienia - zarówno ze sobą, jak i z innymi - opowiada "Fleabag"? Cały pierwszy odcinek drugiego sezonu jest genialną miniaturką rozegraną przy rodzinnym stole. Krewni i powinowaci spotykają się tu, by świętować, zaraz jednak wyłażą na wierzch wszelkie resentymenty i żale, a wszystko kończy się wspomnianym zakrwawionym nosem. Nic dziwnego, że "Fleabag" - jako serial z ducha "terapeutyczny" - odnajduje fundamenty egzystencjalnych traum właśnie na łonie rodziny, w relacjach bohaterki z ojcem, siostrą, macochą.

Znamienna jest scena rozmowy Fleabag z jej tatą (Bill Paterson). To intymna chwila, rozegrana na strychu rodzinnego domu, tuż przed nadchodzącym ślubem mężczyzny. Kiedy ten wyznaje, że "utknął", bohaterka słyszy w jego słowach lament biedaka uwięzionego w związku z wredną harpią (Olivia Colman). Ojciec ma jednak na myśli coś dużo bardziej prozaicznego: "utknął" dosłownie, bo… zaklinował nogę w dziurze. Niestety: bohaterowie serialu może i ze sobą rozmawiają, ale rzadko kiedy słyszą, co mają do powiedzenia. Każdy tkwi w tak zwanym "echo chamber" własnych zmartwień i uprzedzeń.


"Fleabag" jest więc serialem, który pod humorystyczną warstwą skrywa nieprzebrane pokłady mroku. Cały trik polega na tym, jak te skrajności się przeplatają. Waller-Bridge często wykorzystuję komedię, by "rozcieńczyć" beznadzieję, by uczynić ją choć odrobinę znośną. Ale też by nas zmylić: już robi się wesoło, już odsłaniamy miękkie podbrzusze, a tu znienacka nadchodzi kolejny scenariuszowy cios. Sezon drugi wprowadza jednak odrobinę więcej światła, sugeruje, że może jest gdzieś wyjście z tunelu. O dziwo, nie prowadzi do niego (stereotypowo) relacja z potencjalnym chłopakiem - tylko z siostrą.

Rodzinna pułapka odsłania tu swój paradoksalnie-pozytywny wymiar. To rodzaj szczęścia w nieszczęściu: siostry może i przeczołgały się nawzajem przez niejedno błoto, ale więzy krwi będą trzymały je razem do grobowej deski. Mogą więc albo tkwić dalej w toksycznej relacji, albo spróbować wyciągnąć do siebie ręce. Gwarancji, że się uda - nie ma. Ale czasem bywa tak źle, że gorzej już być nie może. I jest to koniec końców dobra wiadomość.

Ten triumf siostrzeństwa można interpretować jako feministyczny manifest. Faktycznie, w drugim sezonie "Fleabag" wybrzmiewa coś na kształt genderowego orędzia. Wygłasza je gościnna gwiazda: Kristin Scott Thomas. Grana przez nią posągowa bizneswoman punktuje niesprawiedliwą różnicę między płciami: kobiety mają cierpienie na co dzień, mężczyźni muszą go szukać niczym atrakcji, bawiąc się w boga, wojnę i poczucie winy. Wyzwolenie z tego piekła przynieść zaś może tylko …menopauza: jej nadejście jest co prawda traumatyczne, ale daje też upragniony spokój, równowagę.


Właśnie tego typu wywrotowych obserwacji spodziewamy się po tak-smutnej-że-aż-śmiesznej "Fleabag". Siłą serialu jest jednak to, że przekracza on podobne czarno-białe podziały - czy to na "złe" i "dobre", czy na "kobiety" i "mężczyzn". W końcu nawet sama Fleabag przyznaje, że "gdyby miała większy biust, byłaby gorszą feministką". Dlatego grana przez Scott Thomas bohaterka dystansuje się od nagrody dla "kobiety biznesu", jaką otrzymała. Czemu? Bo czuje w tym wyróżnieniu coś protekcjonalnego, coś pogłębiającego podziały, coś delegującego kobiety do ich własnej, "babskiej" niszy.

Ma to sens: "Fleabag" przecież niepokornie stara się niszę opuścić. Tak, to serial o kobiecie oraz o "kobiecym doświadczeniu" - i w tym sensie jest jak najbardziej feministyczny. Ale to też serial, który owo doświadczenie uniwersalizuje: pozwala je zrozumieć i przekroczyć. Wszystko oczywiście w nadziei na owo nieuchwytne porozumienie. Nieprzypadkowo Fleabag wciąż skraca dystans, wciąż zwraca się bezpośrednio do nas. Nieprzypadkowo nie zdradza swojego imienia, pozostawiając nam puste miejsce do wypełnienia w świecie przedstawionym. Bo choć twierdzi, że jesteśmy jej przyjaciółmi, to w sumie jesteśmy też… nią.
1 10
Moja ocena sezonu 2:
9
Jakub Popielecki
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
86% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).
Udostępnij: