Recenzja serialu

Król tygrysów (2020)
Rebecca Chaiklin
Eric Goode

To, co tygryski lubią najbardziej

Ameryka oczami twórców serialu to kraj, w którym przeciętność jest dla frajerów – dlaczego ktoś miałby zadowolić się kotem, skoro za odpowiednią opłatą może głaskać tygrysa? Trudno jednak ...
To, co tygryski lubią najbardziej
Victor Hugo miał niegdyś powiedzieć, że Bóg stworzył kota po to, aby człowiek mógł głaskać tygrysa. W swej mądrości stwórca nie przewidział jednak, że pewnego dnia pojawią się osoby, którym taki substytut nie wystarczy. Jedną z nich jest Joe Schreibvogel, znany lepiej jako Joe Exotic, a ostatnio Joseph Maldonado-Passage – piosenkarz country, konserwatywny gej żyjący z dwoma młodymi mężczyznami jednocześnie, kandydat na prezydenta podczas wieców wyborczych rozdający prezerwatywy ze swoim wizerunkiem, (były już) właściciel prywatnego zoo w Oklahomie.


Nawet gdyby Joe, przez lata zarabiający na życie tuleniem małych tygrysków (a także umożliwianiem tego innym), żył spokojnie, nie angażując się w wojny z Carole Baskin, aktywistką walczącą o prawa żyjących na terenie USA wielkich kotów, dostarczyłby autorom dokumentu materiału na kilkuodcinkowy program. Rebecca Chaiklin i Eric Goode mieli jednak szczęście trafić na prawdziwą bombę: ich bohater stał się obiektem zainteresowania FBI, a w końcu został skazany na wieloletnią odsiadkę za rzekome zlecenie zabójstwa. Jeśli więc siadając do "Króla tygrysów", macie nadzieję poszerzyć swą wiedzę na temat tych pięknych zwierząt, trafiliście pod zły adres. Dla większości (o ile nie dla wszystkich) bohaterów, nawet tych deklarujących miłość do swych podopiecznych i chęć zagwarantowania im niemogącego się wprawdzie równać z życiem na wolności, ale godnego bytu, w gruncie rzeczy są one jedynie środkiem do zarabiania pieniędzy i podbudowania ego. Z kolei twórcom serialu trzymane w klatkach lwy i tygrysy służą jako tło historii o żądzy sławy, złych decyzjach i ekscentrykach, których do życia mogła powołać jedynie źle pojęta idea spełnienia amerykańskiego snu lub wyobraźnia filmowców pokroju Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza.

Trzeba bowiem przyznać, że reżyserskiemu duetowi udało się zebrać przed kamerą gromadkę nie lada oryginałów. Poza straszącym tlenioną plerezą Joem mamy tu m.in. mężczyznę twierdzącego, że jest pierwowzorem Tony'ego Montany z "Człowieka z blizną", lidera sekty równie chętnie co tygrysami otaczającego się pięknymi kobietami i jego kilka(naście?) żon oraz sympatycznego mordercę-złotą rączkę. Nawet Carole Baskin, która grubą kreską odcina się od działalności prywatnych zoo, nie jest kryształowa – jej mąż milioner zniknął przed laty w zagadkowych okolicznościach. I choć pierwsze odcinki mają klimat czarnej komedii, twórcy stopniowo spowalniają rozkręconą przez siebie karuzelę śmiechu, wyciągając na światło dzienne coraz bardziej niepokojące zachowania głównego bohatera i jego mroczne sekrety.


Chaiklin i Goode'owi nie można zarzucić sympatyzowania z którąkolwiek ze stron. Trudno się temu dziwić, bowiem w "Królu tygrysów" brakuje kogokolwiek, komu chciałoby się współczuć czy kibicować – może z wyjątkiem udręczonych pracowników zoo Joego. Ludzie ci, choć funkcjonują w skandalicznych warunkach, wydają się wkładać całe serce w opiekę nad powierzonymi im zwierzętami. Żal nam też majestatycznych drapieżników, które poza gabarytami (i faktem, że jeden nieopatrzny ruch łapą jest w stanie pozbawić zajmującego się nimi człowieka ręki) wydają się niewiele różnić od domowych mruczków. Kiedy jeden z bohaterów powołuje się na statystyki mówiące, że więcej tygrysów żyje obecnie w niewoli na terenie Stanów Zjednoczonych niż w ich naturalnym środowisku, czujemy, że nawet jeśli pokazanie naszego zgubnego wpływu na planetę nie było celem twórców dokumentu, to i tak udało im się wbić nam szpilę. 

Jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że "Królowi tygrysów" bliżej niż do szlachetnych założeń nurtu cinéma-vérité jest do tabloidowych skandali rodem z "The Jerry Springer Show". Ameryka oczami twórców serialu to kraj, w którym przeciętność jest dla frajerów – dlaczego ktoś miałby zadowolić się kotem, skoro za odpowiednią opłatą może głaskać tygrysa? Trudno jednak zaprzeczyć, że właśnie takie atrakcje przyciągają nas przed ekrany i każą odtwarzać odcinek za odcinkiem. Wszyscy wiedzą, że to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Nic więc dziwnego, że kolejne stacje zapowiadają spin-offy, a nawet fabularyzowaną wersję dokumentu. 
1 10
Moja ocena serialu:
7
Ewelina Leszczyńska
Rocznik '89. Absolwentka filmoznawstwa i wiedzy o nowych mediach na Uniwersytecie Jagiellońskim. Napisała pracę magisterską na temat bardzo złych filmów o rekinach. Dopóki nie została laureatką VII... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
94% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).
Udostępnij: