Czwarty sezon "Stamtąd" w równej mierze trzyma w napięciu, co zastanawia pewnymi decyzjami scenariuszowymi – bardziej niż kiedykolwiek. Napięcie wynika głównie z tego, że po raz pierwszy w
Czwarty sezon "Stamtąd" w równej mierze trzyma w napięciu, co zastanawia pewnymi decyzjami scenariuszowymi – bardziej niż kiedykolwiek. Napięcie wynika głównie z tego, że po raz pierwszy w historii serialu twórcy zdecydowali się na zmianę w narracji: już od pierwszego odcinka widzowie wiedzą na temat istoty zagrożenia więcej, niż bohaterowie. Mowa o fakcie, że niewinna córka pastora, Sophia (Julia Doyle), to tak naprawdę wcielenie głównego czarnego charakteru tego sezonu, Mężczyzny w Żółtym Garniturze. Jego reakcje na kolejne próby rozwikłania zagadki przez drużynę szeryfa będą dla nas źródłem informacji na temat tego, jak blisko prawdy rzeczywiście są. Zastanawia jednak decyzja twórców, by poświęcić pewnym postaciom i wątkom dużo czasu ekranowego, a następnie ich porzucić, podczas gdy wiele innych postaci pozostaje przez cały sezon na ławce rezerwowych (Sarah, Elgin). Do tego dochodzi dość nierówne tempo odkrywania kolejnych kart historii w poszczególnych odcinkach.
W pierwszej kolejności wątpliwości rodzi sposób potraktowania obiecującego wątku Julie (Hannah Cheramy) i jej umiejętności "story walkingu". Zakończenie trzeciego sezonu (jej nagłe pojawienie się, w innej wersji, w scenie konfrontacji Jima z Mężczyzną w Żółtym Garniturze) sugerowało, że stanie się ona jedną z centralnych postaci kolejnego sezonu, która przyczyni się do rozwikłania zagadki i zwycięstwa mieszkańców miasteczka. W tym sezonie twórcy podtrzymują to wrażenie przez pierwszych kilka odcinków: podejmowane przez dziewczynę razem z Randallem próby odwiedzania rozdziałów z przeszłości są wysunięte na pierwszy plan, tylko po to, aby – po kilku mimo wszystko znaczących odkryciach – odstawić ten wątek na półkę. Julie – co swoją drogą w jej przypadku wydaje się nieco out of character – po prostu zgadza się z Randallem, że to wszystko to tylko kolejna iluzja, i coś po prostu wykorzystuje jej żałobę po stracie ojca, żeby wmówić jej, że przeszłość da się odmienić. Julie nie tylko nie kwestionuje tego później ani razu przez resztę sezonu – mimo coraz dziwniejszych wydarzeń, które zaczynają mieć miejsce – ale nawet do samego końca nie dzieli się z nikim tym, co dokładnie zobaczyła, czyli wizją Mężczyzny w Żółtym Garniturze najpierw zabijającego jej ojca, a następnie jedzącego ciała innych zabitych (chociaż mogłoby to w dużym stopniu zbliżyć Boyda, Jade’a i Tabithę do rozwikłania zagadki).
Podobnie rzecz ma się z wątkiem ojca Victora, Henry’ego (Robert Joy), któremu Sophia (aka Mężczyzna w Żółtym Garniturze) mąci w głowie, tworząc równoległą rzeczywistość, gdzie cała rodzina Henry’ego żyje i ma się dobrze, a życie w miasteczku to tylko wytwór jego umysłu. Wątek ten prowadzi ostatecznie tylko do mało satysfakcjonującej konfrontacji z Victorem. Być może głównym zadaniem tego wątku było zasianie w widzach niepewności co do tego, czy halucynacje nie są czasem prawdą. Ale chyba niewiele osób było skłonnych tak myśleć, skoro widzieliśmy wcześniej Sophię dodającą do drinka Henry’ego swoją krew.
Jest w tym sezonie też kilka gestów twórców, które można odczytywać jako autoironiczne i igrające z oczekiwaniami "na co może, a na co nie może pozwolić sobie <poważny serial>". Zacznijmy od tego, że większość istotnych dla fabuły odpowiedzi objawia się w tym sezonie w czasie tripu na grzybkach halucynogennych, które jakimś trafem akurat rosną w lesie, i z którymi postanawia zaeksperymentować Jade (jest to zresztą najwyżej oceniany odcinek w serwisie IMDB – sporo osób chyba doceniło, ile "mięsa" udało się tu upchnąć – prawdopodobnie więcej, niż w całym sezonie razem wziętym). To podczas tej momentami slapstickowej podróży po zakamarkach podświadomości, w której Jade (David Alpay), Alicja w Krainie Czarów, goni króliczka w postaci małego siebie, dowiadujemy się najważniejszego: żeby przerwać cykl i umożliwić wszystkim powrót do domu, należy wydobyć i pochować kości dzieci. Fakt, że najważniejszą informację w tym sezonie otrzymujemy w ten dość parodystyczny sposób i na zasadzie deus ex machina, można odczytywać jako mrugnięcie okiem ze strony twórców, a nawet lekką karykaturę detektywistycznego wątku.
Pomysł nowych straszydeł, czyli krwiożerczych "gigantycznych lalek", które atakują bohaterów w osadzie nad jeziorem, choć straszny, też jest jednocześnie trochę śmieszny, i można by się w nim dopatrywać nawiązań do horrorów klasy B. Widzą to zresztą sami bohaterowie – Donna (Elizabeth Saunders), kiedy następnego dnia opowiada o tym, co się wydarzyło, sama krzywi się na dźwięk własnych słów o "ataku ze strony gigantycznych lalek". Właściwie ten sezon charakteryzuje się tym, że częściej niż kiedykolwiek bohaterowie dostrzegają śmieszność tego, co im się przydarza, i własnych poczynań. Kiedy Fatima (Pegah Ghafoori) zamyka się w pokoju na poddaszu i poświęca misji ulepienia wielkiego Golema, wygląda to dość zabawnie – Kenny i Boyd zastanawiają się, jak zareagować, żeby jej nie urazić (swoją drogą, na rozwiązanie tego wątku też najwyraźniej musimy poczekać do kolejnego sezonu).
Skoro już mowa o Fatimie, motyw konsekwencji jej nietypowego macierzyństwa i psychiczna więź z zombie-synem, a następnie przemiana w jednego z zombie, należy do najciekawszych i najbardziej rokujących wątków w tym sezonie. Nie jest jasne, ile w konsekwencjach tej transformacji wynika z woli Mężczyzny w Żółtym Garniturze, a ile z jej własnej. Fakt, że (póki co) Fatima jest w stanie kierować swoją nową tożsamością i wykorzystywać ją na korzyść mieszkańców miasteczka, może okazać się jedną z ich najskuteczniejszych broni w kolejnym sezonie. Równie dobrze może też pójść w drugą stronę – uznania jej za zagrożenie, wykluczenia przez Boyda ze społeczności i spisania na straty.
Choć, jak przystało na przedostatni sezon, wiele kart zostało tu odkrytych, to niewiadomych nadal jest równie dużo. Kim dokładnie jest Mężczyzna w Żółtym Garniturze i jakie korzyści czerpie z podtrzymania cyklu? Dlaczego wyrwanie Butelkowego Drzewa było błędem? Czym jest niewidzialna siła, która podczas ważnych rozmów wali szafkami i zrzuca talerze? (Czy to zmarli z miasteczka próbują dawać znaki?) Czy rzeczywiście historia się powtórzy, i Ethan zostanie sam, tak jak kiedyś Victor? Co z wizją, którą miały i Marielle, i Julie, w której krzyczały, przykute do ściany lochów?
W finale Jade, Tabitha i reszta drużyny z jednej strony są o krok do przodu (udało im się wydobyć kości dzieci), z drugiej dwa do tyłu: miasteczko pozbawione jest talizmanów i Butelkowego Drzewa. Grunt pod ostateczną konfrontację został położony; można szykować się na mocne otwarcie kolejnego sezonu.