To nie będzie typowa recenzja. Nie powiem wam, co myślę o serialu. Nie wytknę jego twórcom błędów ani nie pochwalę. Podzielę się z wami natomiast historią jak pewne dzieciaki przypomniały mi o
To nie będzie typowa recenzja. Nie powiem wam, co myślę o serialu. Nie wytknę jego twórcom błędów ani nie pochwalę. Podzielę się z wami natomiast historią jak pewne dzieciaki przypomniały mi o emocjach, o których dawno zapomniałem.
Kiedy byłem dzieckiem (mogłem mieć 8 lat) moja mama zabrała mnie do kina na Niekończąca się opowieść. Kiedy na ekranie poleciały napisy końcowe, a ja musiałem zebrać się i z zaciśniętym od łez gardłem wstać z kinowego fotela, byłem zdruzgotany. Przepełniał mnie żal. A obok żalu stała równie wielka zazdrość. Mój mały rozum nie mógł zrozumieć tego, co właśnie doświadczył. Dlaczego przyjemność została zastąpiona cierpieniem, a szczęście smutkiem. Pragnąłem, by przygoda z ekranu była moją przygodą. Bolało mnie, gdy patrzyłem na świat za drzwiami kina. Szary, przeciętny, nudny. Chciałem wrócić do sali kinowej i zacząć wszystko od nowa. A potem kolejny raz i kolejny.
Miałem tak jeszcze kilka razy na przykład po seansie Goonies czy E.T. Spilberga. Zawsze chodziło o dzieci i ich wyjątkowe dzieciństwo. O miejsca w których dorastali. Przygody w których brali udział. Emocje. Nie chciałem być tego biernym widzem. Chciałem by to wszystko przydarzyło się mnie i zabrało z szarych bloków początku lat 90-tych.
Z czasem nauczyłem się z tym żyć. Wiedziałem, że kolejny taki seans będę musiał odchorować i tyle.
Z każdym rokiem dojrzewałem, z każdym kolejnym filmem obojętniałem, aż w końcu żal i smutek, który za tym szedł ustępowały przyjemności i satysfakcji z dostarczonych doznań. Zapomniałem o chłopcu z wypiekami na policzkach. Zapomniałem o łzach skrywanych pod powiekami przy wychodzeniu z kina. Zapomniałem o smutku, żalu i tej całej bezradności. Z czasem szufladka w mojej głowie zarosła a klucz zerwał z szyi i zgubił.
I pewnie bym już go nie odnalazł, gdyby nie pewien serial, który z początku obszedł mnie niczym poranny deszcz. Do którego obejrzenia zbierałem się kilka lat od premiery pierwszego odcinka. Z pomocą przyszły, jakżeby inaczej, moje dzieci. Nauczyłem je miłości do kina, a one w zamian pomogły szukać zaginionego dawnymi laty klucza. "Stranger Things" porwało moje dzieci, a potem również moją żonę i mnie. Przed pojawieniem się piątego, ostatniego sezonu powtarzaliśmy odcinki mając świadomość, że kiedyś historia zostanie domknięta a my tak bardzo chcieliśmy by trwała.
Wczoraj poleciał ostatni odcinek, a ja poczułem na karku (niczym Will) ducha nie łupieżcy a "Niekończącej się opowieści". W ostatniej scenie stoję na schodach wraz z Mike-im i patrzę na dzieci, na moje własne dzieci w których teraz widzę siebie z przed lat, W których kino buduje chęć przeżycia własnej przygody jak i we mnie budowało przed laty.
Nie przypuszczałem, że jeszcze kiedyś będzie mi dane otworzyć tę szufladę, z której ulecą dziecięce emocje. Nie przypuszczałem, że kino jeszcze raz podaruje mi przygodę, której nie będę chciał opuścić. Uśmiech Mika stojącego na schodach jest i moim uśmiechem. Uśmiechem do chłopca z sali kinowej w domu kultury, który do dziś nie chce wstać z kinowego fotela.