Seria druga już na starcie stawiała przed twórcami poważne wyzwanie. Gdyby zbyt mocno poszli w wątki rozwinięte po nagłym twiście, mogliby zrazić do serialu jeszcze większą grupę widzów. Gdyby
John Sugar to klasyczny prywatny detektyw. Taki w starym stylu, nic więc dziwnego, że i w starym stylu jest też poświęcony mu serial. Z jednym wyjątkiem. Zwrot akcji w połowie pierwszej serii był tak odważny, że sporą część widzów po prostu od serialu odrzucił. Jest przy tym tak zaskakujący, że nie sposób o nim dyskutować, by przy okazji nie popsuć zabawy tej drugiej części widzów, których nagła gatunkowa wolta do gustu przypadnie.
Seria druga już na starcie stawiała przed twórcami poważne wyzwanie. Gdyby zbyt mocno poszli w wątki rozwinięte po nagłym twiście, mogliby zrazić do serialu jeszcze większą grupę widzów. Gdyby temat całkiem zignorowali, zostawialiby nas z poczuciem niewykorzystanej okazji.
Szczęśliwie, udało im się zachować równowagę i tak już w pierwszym odcinku część niedokończonych wątków zostaje szybko zamkniętych, a pewne furtki zostawiają uchylone, co daje scenarzystom przestrzeń na rozbudowywanie zagadkowej mitologii. Sednem jednak zostaje to, co w serialu najciekawsze: kryminał noir w najlepszym wydaniu i bohater, którego po prostu chce się oglądać.
Wielka w tym, jak wcześniej, zasługa Colina Farrella, który do roli wrażliwego, delikatnego i czarującego bohatera jest wręcz stworzony. Gdy Sugar wpada na trop, nie idzie nim po trupach, bo przemocą się brzydzi – zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Zamiast tego stawia na szczerość i otwartość, czasem podstęp, ale i z tym czuje się niewygodnie.
Właściwie wszystko o charakterze serialowego detektywa mówi scena z drugiego sezonu, gdy ten odwiedza babkę nastoletniego Latynosa zabitego w szpitalu przez tajemniczego sprawcę. Chce dowiedzieć się o chłopaku więcej, połączyć go jakoś ze sprawą, którą aktualnie się zajmuje.
Do kobiety zwraca się tak czule, że nawet Olga Tokarczuk poczułaby się nieswojo. Nie ma w tym jednak nuty fałszu: stara się wyciągnąć informacje od kobiety w żałobie, którą narusza trudnymi pytaniami. Nie chce tego robić i jest tym ewidentnie przejęty. Po rozmowie pyta więc: „Czy mogę coś dla ciebie zrobić?”. Zmieszana staruszka odpowiada pytaniem: „Na przykład co?”. Na to Sugar bez słowa wstaje, zdejmuje marynarkę i zaczyna zmywać zalegającą w zlewie stertę naczyń.
Takiego obrazka nie spodziewalibyśmy się zobaczyć w dramacie noir o prywatnym detektywie, a jednak tu pasuje jak ulał, bo pokazuje, że bohater Farrella nie zajmuje się szukaniem osób zaginionych dla pieniędzy, ale z potrzeby naprawienia choćby cząstki świata, w którym wybrał żyć.
Sercem tego świata jest Los Angeles, pokazane tu tak, jak w żadnym serialu od lat. To znowu miasto mityczne, znane z kina i literatury, a nie dokumentów i map Google’a. Bliżej niż do prawdziwego LA bliżej mu do metropolii znanej z „Bulwaru Zachodzącego Słońca", „Tajemnic Los Angeles" czy „Wielkiego snu". Jest zarazem słoneczne i mroczne, tonące w ponurych sekretach oraz pachnące oceaniczną bryzą, a nawet celuloidową taśmą. A że Sugar przemierza je przepiękną, błękitną corvettą, to mamy tu rzadki przypadek, w którym chciałoby się więcej nastrojowych przebitek jazdy po ulicach przecinanych narracją z offu.
„Sugar” to taki serial, w którym ewidentnie bardziej liczy się klimat niż fabuła. Ta jednak również potrafi wciągnąć. Tym razem celem śledztwa jest zaginiony brat dobrze zapowiadającego się boksera – młodego emigranta z Korei. Sprawa szybko eskaluje, ale zdradzać kierunku dochodzenia nie zamierzam. Nawet jeśli to nie ono jest w sednem serialu.
Tym pozostaje przede wszystkim chęć oddania magii starego kina noir. Podobnie jak w pierwszej serii mnóstwo tu odniesień do klasyków. Niektóre sceny przecinane są przebitkami z czarnobiałych filmów; w jednej pianista w hotelowym barze gra „As Time Goes By” Hermana Haupfelda, w innej Sugar siada na krzesełku reżyserskim z „Wady ukrytej” Paula Thomasa Andersona (może nie jest wiekowy, ale jednak to klasyk) itd.
Wszystkie te elementy sprawiają, że „Sugar” to serial dla bardzo konkretnego typu widza. Fani współczesnych kryminałów czy ich skandynawskich odsłon mogą narzekać na zbyt nostalgiczny, niemal marzycielski ton serialu, a samo śledztwo wyda im się zbyt proste.
Jednak ci zakochani w amerykańskim noir i neo-noir rozgrywającym się na ulicach miasta aniołów, zdecydowanie poczują się tu jak u siebie. Nawet jeśli gatunkowa wolta z pierwszego sezonu mogła wydać się dla części widzów przeszkodą nie do przeskoczenia – zdecydowanie warto dać drugiej serii szansę.