Recenzja serialu

To wiem na pewno (2020)
Derek Cianfrance
Mark Ruffalo
Melissa Leo

Jądro ciemności

Wpisany w szerszy, historyczny kontekst "To wiem na pewno" podąża szlakiem wielkiej amerykańskiej powieści oraz mitu o budowaniu Ameryki przez surowych, niemal starotestamentowych patriarchów. ...
Jest w "To wiem na pewno" retrospekcja oddająca sens tragicznej historii głównych bohaterów. Podczas szkolnej wycieczki cierpiący w dorosłym życiu na schizofrenię Thomas zatrzaskuje się w autokarowej toalecie. Zniecierpliwione dzieciaki wydają z siebie okrzyki szyderstwa, a bezradna nauczycielka popada w coraz większe zakłopotanie. Jeden z chłopców wpada na pomysł, aby poradzić uwięzionemu przekręcenie zamka w przeciwną stronę; być może Thomas nie odróżnia strony prawej od lewej. Niepozorną, lecz pełną podskórnego napięcia sytuację oglądamy, siedząc na krawędzi fotela. Urasta ona do rangi dramatu, którego świadkiem jest również brat-bliźniak Thomasa, Dominick – to jedna z tych szczególnych chwil, mających zdefiniować przyszłe losy rodzeństwa. Wkrótce drzwi się otworzą, lecz Thomas, uwięziony we własnej głowie, pozostanie w autokarze już na zawsze.
 

Płynąca zza kadru narracja Dominicka zabiera nas "w górę rzeki", płyniemy nurtem niekończącej się gehenny rodziny Birdseyów. Dzieciństwo w domu rządzonym przez brutalnego ojczyma, postępująca choroba brata, śmierć dziecka, rozpad związku, wreszcie – teraźniejszość, w której grunt wciąż usuwa się spod nóg. Wiemy, jakim rodzajem szantażu to pachnie, lecz pomimo ekranowej lawiny katastrof, jest w "To wiem na pewno" coś hipnotyzującego, nie pozwalającego oderwać się od ekranu. I wcale nie chodzi o wiszący nad nami, emocjonalny bat. Raczej o dojrzałość, z którą stojący za kamerą Derek Cianfrance ekranizuje powieść Wally'ego Lamba; dojrzałość, którą odkryjemy nie tylko w tekście, ale i w obrazie. Świadomie eksponując chropowatą fakturę taśmy filmowej, reżyser wraz z operatorem Jodym Lee Lipesem, kreśli ponurą rzeczywistość, by co jakiś czas kontrapunktować tę narrację subtelnymi zbliżeniami, odnajdywać na twarzach bohaterów całe spektrum emocji. Wreszcie, twórcy potrafią uderzyć w odpowiedni "klawisz fortepianu", jak w scenie, w której Dominick dowiaduje się o niespodziewanej ciąży swojej partnerki, a w tle słyszymy "Drive" zespołu The Cars – wielką balladę o samotności jako fałszywym azylu. 

Świadomość formy to jedno, Mark Ruffalo to drugie, trzecie i dziesiąte. Nie mam wątpliwości, że to najlepsza rola – a nawet role (!) – w jego karierze.  Nie pomylcie jego podwójnego występu z ekstrawaganckim kaprysem reżysera, czy też szansą na brawurową, hollywodzką metamorfozę. Zmagający się z demonami przeszłości Dominick współistnieje przecież z własnym lustrzanym odbiciem. "Jesteś mną" – mówi w pewnym momencie jego bliźniak Thomas. To oczywiście prowadzi do pytania o tożsamość Dominicka – o dynamikę genów, projekcję cudzych lęków i marzeń, wpływy brata, matki, żony, ojczyma. Kto tak naprawdę jest chory? Czy dziedziczymy okrucieństwo i bezwzględność przodków? Czy charakter wykuwamy w aktach wolnej woli? – pytamy razem z bohaterem. Wszystkie te pytania oraz emocje, które się za nimi kryją, są wymalowane na twarzy Ruffalo, raz po raz zamieniają bezradnego, zagubionego faceta w wybuchowego brutala. To jedna z tych kreacji, których wielkość, oparta na niuansach i drobnych gestach, często umyka widzowi. To gra aktorska w niskich, subtelnych rejestrach, w której każda emocjonalna szarża działa w służbie narracji. Od czasu Casey'ego Afflecka w "Manchester by the Sea" nikt nie podążał tą drogą tak konsekwentnie. 

Kiedy Dominick rozpoczyna lekturę wspomnień dziadka, włoskiego imigranta, opowieść zatacza jeszcze szerszy krąg. Twórca "Blue Valentine" i "Drugiego oblicza" powraca tym samym do swoich największych obsesji. Błędy przodków, niemożliwe do naprawienia, ani do uniknięcia we własnym życiu, stają się ciężarem, który trzeba dźwigać na dobre i na złe. Wpisany w szerszy, historyczny kontekst "To wiem na pewno" podąża szlakiem wielkiej amerykańskiej powieści oraz mitu o budowaniu Ameryki przez surowych, niemal starotestamentowych patriarchów. Ale chociaż to opowieść w tonie biblijna, o rodzinnych winach, nieodkupionych grzechach i skrywanych urazach, twórcom nie umyka to, co najważniejsze i uniwersalne. W tej historii każdy może się przejrzeć, a lustrzane odbicie może nas wiele nauczyć. 
1 10
Moja ocena serialu:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (32 głosy).
Udostępnij: