Relacja

BERLINALE 2017: Cztery kąty, a trup piąty

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2017%3A+Cztery+k%C4%85ty%2C+a+trup+pi%C4%85ty-121789
Na Berlinale kino z Hiszpanii i Portugalii. Recenzujemy "The Bar" Alexa de la Iglesii i "Colo" Teresy Villaverde

***

Deathmatch ("The Bar", reż. Alex de la Iglesia)

Wyobraźcie sobie taką sytuację: jest samo południe, upał mocno daje się we znaki, więc wchodzicie do pierwszej z brzegu knajpy na kufelek zimnego piwa. W środku zwyczajnie, przy barze kilku typów kłóci się o politykę, bezdomny prosi o jałmużnę, w rogu – automaty do gier. Na moment zawieszacie wzrok na eleganckim facecie, który właśnie zbiera się do wyjścia. Przekracza próg lokalu i nagle – łuup! – jego głowa eksploduje, a mózg wycieka na chodnik. Ktoś rzuca się na pomoc i – trachhh! – dosięga go kula tego samego snajpera. W knajpie wybucha histeria – nie wiadomo, kto strzela i dlaczego. Nie wiadomo, jak bezpiecznie wyjść na zewnątrz.


W "The Bar" Alex de la Iglesia testuje takie właśnie ekstremum – grupka ludzi uwięziona w madryckim bistro, czająca się na zewnątrz śmiertelna niewiadoma, ciała znikające z chodnika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Łatwo przy tym zasugerować się surrealistycznym początkiem filmu: niewytłumaczalne i nagłe ograniczenie wolności bohaterów kojarzyć się może z "Aniołem zagłady" Luisa Bunuela. Reżyser nie jest jednak awangardzistą, a nad subtelny absurd przedkłada łopatologiczne kino gatunków: musi być brutalnie, głośno i w tandetnej scenografii. De la Iglesia powtarza przy tym schemat ze swojego najgłośniejszego obrazu – "Hiszpańskiego cyrku". Ciasna przestrzeń baru ma być już nie tyle nośną metaforą historii politycznej Półwyspu Iberyjskiego, co alegorią pokryzysowej rzeczywistości z jej rozwarstwieniem i zanikiem solidarności społecznej. Knajpiany parkiet zamienia się w ring z popularnego serialu "Celebrity Deathmatch", gdzie zamiast plastelinowych figurek Shakiry i Beyonce, dają sobie po mordzie hipster i bezdomny. Koncepcja raczej mało wysublimowana, żeby nie rzec – prostacka.   

Chodzi więc głównie o to, żeby napuścić na siebie ludzi. Wprawić w ruch maszynkę wzajemnych animozji i pokazać, jakimi to wszyscy jesteśmy zwierzętami i jak bardzo potrafimy się – dosłownie – ubabrać w syfie, żeby tylko wyjść na swoje. Nie będę zdradzał, kto strzela i dlaczego, bo film mimo wszystko bazuje na elemencie zaskoczenia. Zanim jednak dojdzie do rozwiązania zagadki, bohaterowie spróbują zniwelować poczucie niepewności, licytując się na spiskowe teorie dziejów.    


Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ

***


Wnętrza ("Colo", reż. Teresa Villaverde)

Tak zwane kino festiwalowe i tak zwane kino gatunkowe to z reguły dwie różne bajki. W skrajnie uproszczonej, skrajnie niesprawiedliwej i podszytej skrajnym snobizmem wizji podział obowiązków wygląda następująco: pierwsze z nich żywi się innowacją, drugie – kodyfikacją. Albo tak: kino autorskie samo tworzy sobie swój język, kino gatunkowe natomiast posługuje się językiem gotowym. W tej klasyfikacji gubi się jednak banalna prawda o tym, że reżyserzy-autorzy nie działają w próżni, że sami wpisują się w pewne tradycje i posługują pewnymi konwencjami. Innymi słowy: w ramach kina autorskiego również znajdziemy realizacje, które można by nazwać gatunkowymi. To filmy powstałe w myśl jakichś mód, tendencji, mniej lub bardziej powszechnych. Portugalski "Colo" jest właśnie jednym z nich – na dobre i złe.


Film Teresy Villaverde to bowiem wzorcowy przykład kina postantonioniowskiego (nie brzmi to za dobrze), kina często określanego epitetem "slow". Szufladka jest oczywiście niezwykle pojemna, ale "Colo" plasuje się całkiem blisko wyjściowej formuły. Jak niegdyś Antonioni, reżyserka bierze na warsztat problemy społeczne, ale opowiada o nich pośrednio, przez pryzmat egzystencjalnych zmagań bohaterów. Fabułę – rozcieńcza. Przejawy aktorstwa – tonuje. Psychologię z kolei zastępuje szczególną psychizacją krajobrazu. W sumie daje to efekt typu: "snucie się w scenerii współczesnej architektury". Strategia, jaką łatwo wyśmiać, zwłaszcza jeśli konkretna realizacja ustępuje nieco "Zaćmieniu" czy "Czerwonej pustyni". A "Colo" ustępuje sporo. Stały problem z takimi filmami: nie zawsze wiadomo, czy przypadkiem nie apelują głównie do naszego snobizmu. Znajomy powiedział, że widzi tu jedynie (niezamierzoną) parodię slow cinema. Ja widzę po prostu slow cinema, tyle że klasy B. 
 
"Colo" opowiada o pewnej rodzinie. Mąż nie pracuje i całymi dniami przesiaduje w domu, coraz bardziej tracąc kontakt z rzeczywistością. Żona zasuwa na dwóch etatach, wciąż nieobecna. Córka, Marta, tylko apatycznie przeczekuje do nadejścia wieczoru, by móc znowu snuć się gdzieś po nocy wraz z najbliższą koleżanką, Júlią. W toku filmu tych czworo doświadczy szeregu perypetii: niechcianej ciąży, nieudanego wymuszenia, próby samobójczej i podmiany tożsamości. Villaverde jednak nie da się porwać dramatyzmowi tych wydarzeń, opowie o nich z niezmiennym dystansem. Trochę tak, jakby obserwowała klatkę, gdzie zamknięto istoty o jakichś ekscentrycznych, niezrozumiałych dla niej obyczajach. Czy to scenariuszowy przypadek, że Marta sama posiada akurat udomowionego ptaszka, którego trzyma akurat w klatce? Pewnego dnia zwierzątko zapada na dziwną chorobę i umiera - trochę symbolicznie, a trochę ot, tak. Trochę kiczowato, a trochę kuriozalnie. 
 

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego można przeczytać TUTAJ