Relacja

BERLINALE 2017: Przedział obiadowy

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2017%3A+Przedzia%C5%82+obiadowy-121686
Co łączy "T2: Trainspotting" Danny’ego Boyle’a i "The Dinner" Orena Movermana – poza tym, że oba pokazywane są w ramach tegorocznego Berlinale? W obu filmach usłyszymy tyradę na współczesne media społecznościowe, w pierwszym z ust Ewana McGregora, w drugim – Steve’a Coogana. O tym, czy owe lamenty znajdują filmowe usprawiedliwienie, piszą Jakub Popielecki i Marcin Stachowicz.

***

Wsiąść do pociągu tego samego ("T2: Trainspotting", reż. Danny Boyle)

"To nostalgia, jesteś turystą we własnej młodości", mówi Spud (Ewen Bremner) do Rentona (Ewan McGregor) w jednej ze scen "T2: Trainspotting". Razem z nim mówią do nas scenarzysta John Hodge i reżyser Danny Boyle, obaj odpowiedzialni za kultowy oryginał sprzed 21 lat, obaj świadomi, że próbują na powrót wejść do tej samej rzeki. Słowa Spuda mają swój doraźny sens, ale stanowią zarazem metakomentarz; podsumowują niewygodną pozycję, z jakiej startuje film. Z plakatów oryginału krzyczały wykrzywione twarze piątki bohaterów: niepokornych, zbuntowanych i "cool" niczym gwiazdy rocka. Analogicznie, "T2" ogląda się trochę jak reunion dinozaurów, wspominkową trasę starych punkowców, którym życie dało w kość, więc chwytają się na powrót starej brzytwy, w nadziei, że nie zdążyła się w międzyczasie stępić. Boyle częściowo unika zastawionej na siebie samego pułapki, bo bierze problem na klatę i opowiada właśnie o tym, że ciąg zmniejszających się powrotów to nieuchronna kolej rzeczy. Grzechy nostalgii mają jednak długie cienie.


Cienie to zresztą jeden z wizualnych leitmotiwów filmu, który wciąż a to odtwarza dla nas pamiętne sceny z oryginału, a to proponuje ich lustrzane odbicia. Pierwsze ujęcie? Oczywiście: biegnący McGregor. Tyle że w dawnych czasach Mark Renton uciekał przed policją, recytując z offu pamiętny monolog o "wybieraniu życia". Teraz truchta zaś w wygodnych butach po elektrycznej bieżni w drogiej amsterdamskiej siłowni, uosabiając wybór "dobrego zdrowia, niskiego cholesterolu i ubezpieczenia dentystycznego", z którego tak drwił 21 lat temu. Renton nie jest już tym samym trupiobladym heroinistą w rurkach; stał się – o zgrozo! – zwyczajny. Życiowy zakręt zmusza go jednak, by wrócił na stare śmiecie, do Edynburga, gdzie zostawił – i wykiwał – starych znajomych. "T2: Trainspotting" – jak było do przewidzenia – opowiada więc o serii spotkań po latach.
 
Oto kolejny poziom "meta": gwiazdor McGregor konfrontuje się tu z dawnymi kolegami z obsady, którym nie powiodło się na aktorskich salonach tak dobrze jak jemu. Grani przez nich bohaterowie również przędą raczej cienko. Spud wciąż zmaga się z nałogiem, Sick Boy (Jonny Lee Miller) żyje z drobnych przekrętów, a Begbie (Robert Carlyle) siedzi w więzieniu. McGregor wygląda przy nich jak, nie przymierzając, hollywoodzki gwiazdor – choć też nieco wymięty. Jego Renton jest masywniejszy, przygaszony, brakuje mu dawnego zawadiackiego uroku. Już nie wygłasza buńczucznych antysystemowych tyrad, a kiedy porywa się na kolejną przemowę a la "wybierz życie", wychodzi mu zaledwie banalna krytyka mediów społecznościowych.


Całą recenzję Kuby Popieleckiego można przeczytać TUTAJ.  

 ***

Bestie ("The Dinner", reżyseria: Oren Moverman)

Tak się jakoś dziwnie składa, że kiedy internetowe "trollowanie" zaczyna realnie wpływać na wyniki wyborów – case Donalda Trumpa – antyinternetowi moraliści wciąż tkwią jedną stopą w poprzedniej dekadzie. W "The Dinner" nazwy wszystkich najpopularniejszych serwisów społecznościowych padają na jednym wydechu – niby w tonie podszytym ironią, ale jednocześnie z mocną sugestią, że to właśnie tam należy poszukiwać korzeni współczesnego zła. No bo kto zachęca młodzież do dzielenia się obrazami przemocy, jeśli nie krzywousty wujek YouTube? Film Orena Movermana jest zresztą – paradoksalnie – bękartem tej samej cywilizacji nowoczesnego spektaklu, którą z taką zawziętością zwalcza. W skondensowanej formie reżyser zmiksował przeróżne wątki i estetyki: allenowską komedię z neurotykiem w roli głównej, klasyczny rodzinny dramat, lewicowy moralitet, thriller. Tragedie mnożą się z prędkością komórek rakowych, moralne dylematy piętrzą jeden na drugim, emocje buzują w niedorzecznych dialogach. A to wszystko napompowane psychoanalizą i ikonklastycznymi fobiami – że niby medialne obrazy robią źle dzieciom, a później dzieci – źle innym ludziom. Zanim zdążymy się obejrzeć, filmowy balon pęka z hukiem. 


A zaczyna się niewinnie – czołówką utrzymaną w estetyce starych filmów giallo. W zbliżeniach oglądamy festiwal gastronomicznej pornografii: wykwintne potrawy na srebrnej zastawie, satynowe obrusy, bulgocące kremy i karmele. Motyw spożywania podkreśla darwinistyczne przesłanie filmu – życie to walka genów z genami – a przy tym umieszcza całość w ograniczonej, teatralnej przestrzeni i dzieli ją, zamiast na pory roku czy akty, na kolejne "typy" posiłków. Mamy więc obiad w ekskluzywnej restauracji jako oś, wokół której rozgrywa się konflikt filmowych samców: dwóch braci o zupełnie różnych temperamentach i pozycjach społecznych. Stan (Richard Gere) jest przystojnym, dobrze sytuowanym kongresmenem z dużo młodszą żoną (Rebecca Hall). Paul (Steve Coogan) to z kolei wiecznie sfrustrowany nauczyciel historii, z uporem maniaka pracujący nad książką o wojnie secesyjnej, za to z żoną kochającą i wierną (Laura Linney). Stawka początkowo wydaje się jasna – bracia wykorzystają kontekst towarzyski, żeby po raz setny odegrać archetypiczny spór o długość penisów. Na stole lądują kolejne wariacje na temat kuchni nuklearnej – główny humorystyczny punkt zaczepienia – a gęstniejąca atmosfera przybliża nas do sedna konfliktu. Nie chodzi bowiem o jadalny mech czy trufle, ale o rodzinną Tajemnicę  – czyn, którego dopuściły się dzieci głównych bohaterów. Jak łatwo się domyślić, ma on wiele wspólnego z popularnym mitem, że Facebook, gry i hip-hop nawet dobrego dzieciaka zamienią w zimnego psychopatę.

Moverman zapatrzył się w "Rzeź" Polańskiego, bo w podobny sposób ustawia akcenty i dyskretnie – krok po kroku – nakręca spiralę wzajemnych pretensji. Jeśli jednak u tego drugiego akcja trzymała się mniej więcej jednego miejsca i czasu, to w "The Dinner" rozpada się na liczne retrospekcje. 

Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ.
Udostępnij: