Relacja

BERLINALE 2017: O uchodźcach i performerach

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2017%3A+O+uchod%C5%BAcach+i+performerach-121771
W Berlinie raz na wozie, raz pod wozem. Aki Kaurismäki ze swoim "The Other Side of Hope" wyrasta na jednego z mocniejszych kandydatów do Złotego Niedźwiedzia. Tymczasem "Beuys" w reżyserii Andresa Veiela – biografia niemieckiego performera – nie wznosi się ponad dokumentalno-biograficzną sztampę. Piszą Jakub Popielecki i Marcin Stachowicz.

***

Człowiek z Aleppo ("The Other Side of Hope", reż. Aki Kaurismäki)

W pierwszej scenie "The Other Side of Hope" główny bohater dosłownie wyłania się z góry węgla. Góra znajduje się w ładowni stojącego w porcie statku towarowego, bohater otrzepuje więc ubranie i czym prędzej schodzi na ląd – jak się okazuje – fiński. Zaczyna snuć się po ulicach, umorusany od stóp do głów, z czarną twarzą, niczym uosobienie Tego Obcego, koniecznie takiego pisanego wielkimi literami. Efekt jest surrealistyczny, zupełnie jakby mężczyzna spadł na ziemię z kosmosu albo faktycznie jakimś cudem narodził się w tej kupie kamieni. Choć kilkukrotnie w drogę wchodzą mu lokalni "patrioci", prześladujący go za bycie "żydkiem" (!), w rzeczywistości jest on Syryjczykiem, uchodźcą z Aleppo. Bingo. Film Akiego Kaurismäkiego debiutuje na festiwalu w Berlinie i z marszu wpisuje się w ton politycznego zaangażowania, z jakim kojarzona jest impreza. Ale Kaurismäki nie jest reżyserem, który lubi stosować wielkie litery, nawet przy takich słowach jak "Obcy". Nie powinno więc dziwić, że "The Other Side of Hope" przynosi bardzo autorski, zupełnie nietypowy wariant "kina z sumieniem". 


Twórca trzyma niby rękę na pulsie współczesności, ale robi to na własnych warunkach. Reżyser poprzysiągł swego czasu, że nie nakręci nigdy filmu kamerą cyfrową – i dotrzymuje słowa. Dzięki temu ziarnisty obraz z taśmy 35 mm pozwala zasnuć świat "The Other Side of Hope" mgiełką patyny. Efekt jest taki, jakbyśmy oglądali jakiś zaginiony szlagier z lat 70. Nie chodzi tylko o fakturę obrazu, wszystko jest tu jakieś niedzisiejsze. Zgoda: bohaterowie używają komórek, oglądają aktualne wiadomości w telewizji. Ale policjant, gdy już zdejmie proszącemu o azyl uchodźcy odciski przy pomocy podłączonego do laptopa skanera, zabierze się do spisywania danych osobowych na… maszynie do pisania. Wokół roi się od przedpotopowych fryzur i ciuchów, a kiedy zaglądamy do jakiejś restauracji, odżywają upiorne wspomnienia o jadłodajniach sprzed lat. Już sam idealizm, jakim przesiąknięty jest film, trąci postawą nie z tej epoki. Kaurismäki podejmuje temat z pierwszych stron gazet, pozostając przy tym sobą.

W "The Other Side of Hope" pełno zresztą powidoków z filmografii twórcy. Postać outsidera błądzącego po nieznanym mu świecie mieliśmy w "Człowieku bez przeszłości". Dotknięty amnezją mężczyzna stawał się tam obcym w obcym kraju. Zupełnie jak Khaled (Sherwan Haji), syryjski uchodźca, który wysiada w fińskim porcie, bez papierów i bez znajomości języka. 

Całą recenzję Kuby Popieleckiego można przeczytać TUTAJ

 
***

Requiem dla radykała ("Beuys", reż. Andres Veiel)

"Wszelka ludzka wiedza pochodzi ze sztuki (…). Bo skądże by mogła pochodzić?" – pisał w 1972 r. Joseph Beuys, niemiecki artysta, performer, autor koncepcji "rzeźby społecznej". Jego dzieła, przynajmniej jak na standardy właściwe latom tużpowojennym, tchnęły świeżością – obiekty oparte na nietrwałych materiałach czy działania w przestrzeni publicznej wpisywały się gładko w nowoczesną ideę wszechobecności sztuki w życiu człowieka. 

 
To właśnie sztuka miała przynieść wyzwolenie z okowów systemu, stąd Beuys całą swoją biografię podporządkował jednej naczelnej zasadzie: nieustannemu przekraczaniu norm. Prowokował jako radykalny krytyk kapitalizmu, a jako wykładowca akademicki głosił z katedry, że świat nie potrzebuje więcej artystów, bo sztuka krąży w krwiobiegu każdego z nas. Łatwo więc wyjść z błędnego założenia, że o tak nietuzinkowej osobowości po prostu nie da się zrobić nudnego filmu. A jednak – pokazywany w Konkursie Głównym Berlinale dokument Andresa Veiela jest jak oglądanie albumu wydawnictwa Taschen w trakcie uroczystości pogrzebowych. Przytłaczająca, depresyjna atmosfera zupełnie nie współgra z wywrotową energią prac Beuysa i dosłownie wysysa z nich cały transgresyjny potencjał. Tak jakby reżyser chciał z trickstera – figury ambiwalentnej, posługującej się ironią – uczynić postać tragiczną.  
 
Kontrowersyjna jest już sama forma – Veiel zrezygnował z narracji pozakadrowej i pozwolił, żeby obrazy mówiły same za siebie. Oglądamy więc bogaty wybór archiwaliów: zapisy najsłynniejszych performensów Beuysa, telewizyjne wywiady z artystą, relacje z jego podróży do USA czy Japonii, zdjęcia z protestów na uczelni w latach 70. i z czasów służby w Luftwaffe. Te wycinki układają się w rodzaj chaotycznej mozaiki – kamera od czasu do czasu "wychodzi" z czarno-białych kadrów, zostawiając nas z widokiem przepastnego zbioru miniaturek – fotografii i filmów – nałożonych na czarne tło. Dokument Veiela ma więc w pewnym sensie symulować pracę archiwisty: tego, który dokonuje znaczących "cięć", wybiera materiał, kataloguje go, a czasami również z rozproszonych fragmentów buduje całe narracje, zamieniając chaos w spójną opowieść. 

 Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ.
Udostępnij: