Felieton

Bohaterowie (nie)swoich czasów

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Bohaterowie+%28nie%29swoich+czas%C3%B3w-107909
Konkurs na stolicę Wszechświata rozstrzygnięty! Kraj, który wydał na świat Gilberta Ryle’a, Lewisa Carrolla i Jamesa Bonda. Dał ludzkości grawitację, wysłał Boga na wieczny urlop, skodyfikował zasady piłki nożnej i język, który brzmi dostojnie zarówno w ustach wielmożnej damy, jak i pijanego kibica. Wynalazł komputer, internety, maślane biszkopty i Stany Zjednoczone. Co miesiąc pocztówki z kraju, który kocha się i nienawidzi od pierwszego wejrzenia, przesyła Ludwika Mastalerz. 

Serial "Robin z Sherwood" i hollywoodzkie widowisko "Król Artur", sięgając po mit, formułują odmienne historiozofie. Ten pierwszy hołduje zasadzie "wiecznego powrotu", pokazując, że konflikt między ludem i elitą nigdy się nie skończy. Ten drugi koresponduje z innym podejściem do historii
– wskazuje, że wartości, o które warto się bić, zawsze są opatrzone terminem ważności.


"Robin z Sherwood"

Powroty do miejsc już znanych bywają bardziej emocjonujące niż podróż do ziem jeszcze niezdobytych. Zawsze towarzyszy im pamięć – mitologizująca, przywołująca wspomnienia zniekształcające rzeczywistość. Jeśli za taką podróż uznamy ponowny seans dawno niewidzianego filmu, dochodzi do tego perwersyjna przyjemność konfrontacji z niegdyś sformułowaną opinią. Wiadomo, nikt nie lubi zmieniać zdania, bo wymaga to przyznania się do błędu, podczas gdy intelektualny status quo daje miłe poczucie bezpieczeństwa.

Jakiś czas temu wróciłam do dwóch produkcji, które same są nieco rewizjonistyczne względem legend, po które sięgają. Pierwsza konfrontacja nie należała do najprzyjemniejszych: mój ukochany "Robin z Sherwood" nie zachwyca jak kiedyś. W obliczu współczesnej telewizyjnej rewolucji mocno zestarzał się epizodyczny format serialu, prowizoryczne sceny walki kłują w oczy, czarne charaktery nie budzą ani respektu, ani ciekawości, a odtwórcy głównych ról do złudzenia przypominają duet Modern Talking. Jak w obliczu tych smutnych faktów czerpać jakąkolwiek przyjemność z ponownego obcowania z Absolutem? Przez cały okres dzieciństwa, zarówno dla mnie, jak i dla rzeszy moich rówieśników, "Robin" przyczynił się do wykarczowania całej alejki cisów na rodzinnej działce (wiadomo, że to najlepsze drewno na łuk) i niezliczonych siniaków, wyniesionych z walki o to, kto dziś będzie niedoścignionym łucznikiem – Robinem, a kto egzotycznym Nazirem naparzającym się dwoma mieczami naraz. Inni członkowie bandy nie mieli zbyt wielu fanów.

 

Drugie spotkanie było bardziej satysfakcjonujące. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam "Króla Artura" (2004), wydał mi się dość sztampową próbą "odświeżająco" realistycznego odczytania historii, której baśniową wersję znamy z literatury. Kandydatów na historycznego Artura jest kilku. Fuqua wybrał wersję, w której Artur jest rzymskim centurionem, stacjonującym w swojej rodzinnej Brytanii. Fabuła filmu zdawała się jednak podążać według wyrobionego klucza: zbrojni, mający do wypełnienia misję, w trakcie marszu pakują się w kłopoty, ale oczywiście osiągają ostateczne zwycięstwo. By ogarnąć ten bieg z przeszkodami, do którego obowiązkowo doklejony jest wątek miłosny i mroczno-niepokojący czarny charakter, wystarczy uważnie obejrzeć początek i koniec, cały środek pobieżnie przeglądając. Trochę przesadzam, ale z zalet "Króla Artura" dostrzegałam wówczas jedynie oszczędność środków, surowe i brutalne przedstawienie świata oraz przemyślane dialogi. Historyczne dociekania spod znaku "kim był prawdziwy (wstaw dowolnego bohatera podań ludowych)" uznałam za mało zajmujące. Robin Hood również miał masę historycznych pierwowzorów, w serialu wykorzystano dwa – najpierw pozbawionego ziemi Locksleya, potem anglosaskiego hrabiego Huntingtona, ale raczej nie przez to uganiałam się z innymi dzieciakami po lesie, wymierzając sprawiedliwość żołnierzom szeryfa z Nottingham. Dopiero po latach tradycje dobrego kina historycznego w tych produkcjach mają dla mnie jakąś wartość, a najciekawszy wydaje mi się w nich sposób sięgania do źródeł legendy i cel, jaki tym wykopaliskom przyświeca.

"Król Artur"

Banita w kapturze, który zabiera bogatym i daje biednym, to w zwyczajowo podejmowanej narracji uosobienie walki klasowej. Jednak legendę zrodził raczej konflikt etniczny między "starą" Anglią (ludnością gaelicką i anglosaską) i normandzkimi najeźdźcami, którzy ponad dwa wieki po napaści Wilhelma Zdobywcy nadal nie byli mile widziani. Dynastia Plantagenetów, z której wywodzili się Ryszard Lwie Serce i książę Jan, a także większość ówczesnego możnowładztwa, była pochodzenia normandzkiego. W "Robinie z Sherwood" fakt ten jest wielokrotnie podkreślany. W pierwszym odcinku, gdy Robin po spotkaniu Herna – Pana Drzew, wraca do towarzyszy, przywołuje najazd Wilhelma Zdobywcy na Wyspy Brytyjskie. Mówi o konieczności buntu wobec możnych, sugerując, że nie są oni Anglikami (!). Szeryf z Nottingham, jego brat opat Hugon i dowódca wojsk Guy Gisbourne noszą normandzkie nazwiska i zdaniem Robina podobnie jak niegdyś zwycięzca spod Hastings żerują na "dobrych starych Anglikach". Tym samym, walka narodowa i klasowa zostały tu scalone w jeden konflikt. W innych filmowych wersjach przygód Robina wątek etniczny był pomijany, przez co legenda odkleiła się całkowicie od swojej genezy. Konsekwencją takiego podejścia jest m.in. przedstawianie króla Ryszarda Lwie Serce jako pozytywnej postaci i antagonisty księcia Jana. Powrót władcy z krucjaty zwyczajowo zapowiadał szczęśliwe zakończenie opowieści o banitach z Sherwood, a często, jak choćby w "Robin Hoodzie – Księciu złodziei", król jako honorowy gość brał udział w ślubie Robina i Marion. Tymczasem Norman Davies w "Wyspach" zwraca uwagę, że Lwie Serce to jedna z najbardziej przecenianych postaci historycznych – władca Anglii, który nie znał angielskiego, w swoim królestwie, w ciągu kilkunastu lat panowania, spędził ledwie kilka miesięcy; jak zwykł mawiać: "zimno tu i ciągle pada". Zdążył jednak oczyścić angielskie skarbce, by pokryć koszt prowadzonych na kontynencie wojen, a w barwnej historii Londynu zapisał się usankcjonowaniem jednego z największych pogromów ludności żydowskiej. W "Robinie z Sherwood" została odnotowana jego (oczywiście normandzkiego pochodzenia) nikczemność. W odcinku pt. "Królewski błazen" Robin zostaje najpierw przez wracającego do kraju króla doceniony i dopuszczony do głosu jako doradca – przedstawiciel ludu. Szybko jednak Lwie Serce zaczyna traktować Locksleya z pogardą i po kryjomu zleca szeryfowi misję pozbycia się oficjalnie ułaskawionych banitów. Ryszard Plantagenet okazuje się dla swych poddanych równie złym władcą jak książę Jan.

"Robin z Sherwood"
Historyczną adekwatność w serialu uzyskuje się nie poprzez kompleksowo wprowadzany realizm, ale szczątkowe migawki ówczesnych realiów. Pojawia się wspomniany wątek prześladowania Żydów i smutny los bezrobotnych krzyżowców. Sami banici z Sherwood nie są traktowani przez szeryfa de Rainault jako niebezpieczni bohaterowie ludu, ale jak pospolici przestępcy, których nazywa pogardliwie "wilkogłowcami". Nie są też nietykalną dla wroga wesołą gromadką z lasu, lecz często skłóconymi ze sobą desperatami, świadomymi, że niechybnie utracą wkrótce wolność (jak wiadomo, pierwszy Robin Hood ginie, a Lady Marion nie wytrzymuje w końcu życia w ciągłym zagrożeniu i wstępuje do zakonu). Sam szeryf też nie czuje się panem na swoich włościach; stale boryka się z trudnościami sprawowania swojego urzędu. Żmudne zbieranie podatków i konieczność utrzymania porządku dobrze oddaje trud życia królewskiego wasala w czasach feudalizmu.

Antagonizm między Anglosasami a Normanami silnie podkreśla w serialu sięganie po wątki mistyczne, związane z angielskimi tradycjami czasów Króla Artura. Religii normandzkich najeźdźców – zorganizowanej instytucji Kościoła katolickiego, przeciwstawiane są pogańskie wierzenia celtyckie: kult Herna, tajemnica Weylanda czy majowa królowa, w którą wciela się Marion. W odcinku "Siedem mieczy Weylanda" Hern przepowiada Robinowi: "Ci, którzy chcą uwolnić siły zła, będą musieli najpierw odebrać ci Albion". Chodzi oczywiście o prastary miecz, ale słowa te można rozumieć symbolicznie. Albion to jedno z najstarszych określeń Wysp Brytyjskich – "ląd o białych wybrzeżach". A zatem tym, czego trzeba strzec za wszelką cenę, jest sama idea Anglii – wiara w tę utopię staje się, obok sprawnego siania strzałami, najmocniejszą bronią leśnego banity.


"Robin z Sherwood"
Romantyczna idea Albionu ma swą genezę w legendzie o Camelocie i Rycerzach Okrągłego Stołu. Jej nieodłączny element – miłość królowej Ginewry i Lancelota doczekał się wielu wersji; w jednej kochankowie zostają potępieni, w innej dostępują królewskiego przebaczenia, ale tak czy inaczej, ich miłość na zawsze burzy harmonię przy "okrągłym stole". U Fuquy rzecz ma się zgoła inaczej – romans nie jest ciałem obcym na dworze króla Artura, ale siłą napędową przemiany, która ma dopiero ów dwór powołać do życia. Troje bohaterów spotyka się w nieciekawych okolicznościach – Ginewra więziona w lochu jako pogańska czarownica zostaje odnaleziona w trakcie wyprawy za mur Hadriana. Artur bierze w opiekę ledwie żywą kobietę, podczas gdy Lancelot radzi ją zostawić, sugerując, że spowolni marsz i narazi oddział na niebezpieczeństwo. Dobroduszny Artur jest człowiekiem rozdartym – pół Brytem, pół Rzymianinem, dla którego Imperium  jest symbolem cywilizacji i humanizmu, a wiara w boga – drogowskazem w świecie pełnym przemocy. Lancelot to cyniczny racjonalista, który stracił ideały w ciągu kilkunastu lat służby wojskowej, a siłę czerpie już tylko z braterstwa swojej małej sarmackiej kompanii i wizji zbliżającego się zwolnienia z wojska. Żyje jakby z przyzwyczajenia, cechuje go umiarkowana mizantropia i przyjemność z zabijania. Twórcy zaiste daleko odeszli od wyidealizowanego wizerunku rycerzy, którzy ponad wszystko cenią honor i sprawiedliwość. Jak mówi Ginewra do Artura: "Nie jesteśmy delikatnymi ludźmi, którzy żyją w wierszach".

Nikt tu nie jest także związany węzłem małżeńskim; Ginewra może zatem swobodnie przebierać w partnerach i z tego prawa chętnie korzysta. Uwodzi naraz Lancelota i Artura, ale wyraźnie preferuje tego pierwszego. Obaj panowie, stale skupieni na misji, długo nie wykazują większego zainteresowania jej osobą; Artur uprzejmie ją znosi, Lancelot – szyderczo zbywa. W tym ledwie nakreślonym trójkącie nie ma konfliktu między namiętnością a wiernością przyjacielowi. Emocjonalne źródło miłosnego wątku bije gdzie indziej. Lancelot pierwszy dostrzega Ginewrę, ale na dystans trzymają go jej patriotyczne zapędy. Czuje, że Artur z głową wypełnioną ideami jest dla niej lepszą partią. Do tego wniosku dochodzi w końcu sama Ginewra. Reżyser trawestuje romantyczny mit o zakazanej miłości, czyniąc z Ginewry racjonalną bohaterkę, która rezygnuje z bardziej pociągającego mężczyzny na rzecz życia u boku przyszłego króla. Tak jak w "Robinie z Sherwood" konflikt etniczny został połączony z klasowym, tak i tu relacje międzyludzkie stapiają się idealnie z politycznymi. Ginewra jest wizjonerem, potrzebującym partnera realisty, który będzie potrafił wcielić jej pomysły w życie; Artur okazuje się idealnym kandydatem – tym, który w porę zauważa możliwość historycznego przełomu i gotów jest porzucić ślepe przywiązanie do rzymskiej tradycji. Znajduje w sobie odwagę postawienia fundamentów nowego, niezależnego od Imperium politycznego organizmu – państwa Brytów.

"Król Artur"
Choć Fuqua swobodnie żongluje opowieścią o Rycerzach Okrągłego stołu, aby przedstawić własny mit założycielski, film nie jest po prostu kramikiem, na którym sprzedaje się konserwatywne wartości – patriotyzm, narodowość, rodzinność etc. Postać Lancelota nie zostaje w żaden sposób potępiona; ukazany jest raczej jako człowiek urodzony w nie swojej epoce. Jego charakterologiczna podszewka, utkana z szyderstwa i ironii, silne przywiązanie do niezależności i braku granic państwowych, pogarda dla tradycji i religii przynależą raczej do człowieka współczesnego. Jego czasy jeszcze długo nie nadejdą, dlatego w Brytanii rozrywanej przez Rzym, Sasów i plemiona celtyckie zostaje wyrzucony na margines Historii. Camelot będzie budowany już bez jego udziału.

"Robin z Sherwood" i "Król Artur", sięgając po mit, formułują odmienne historiozofie. Ten pierwszy hołduje zasadzie "wiecznego powrotu", pokazując, że konflikt między ludem i elitą nigdy się nie skończy. Mimo silnych etnicznych proweniencji "Robin z Sherwood" nadal jest opowieścią o buncie wobec zastanej rzeczywistości, walce o prawa ponad prawem i nadziei na historyczny precedens. Tyle że silniej niż w innych filmowych wersjach zaakcentowana historyczna adekwatność sprawia, że przygody średniowiecznych banitów nie są zawieszone w próżni, ale osadzone na twardym gruncie. Właśnie ten naddatek chroni twórców przed popadnięciem w kicz nadmiernego uniwersalizmu. "Król Artur" koresponduje z innym podejściem do historii – wskazuje, że wartości, o które warto się bić, zawsze są opatrzone terminem ważności. Na wczesnym etapie rozwoju cywilizacji poczucie przynależności narodowej, religia i jednowładztwo są podstawą kształtującą państwowość; pozwalają scalić drobne plemiona w jeden złożony organizm. Kiedy jednak, kilka stuleci później, do głosu dochodzą wartości obywatelskie i demokracja, te same idee mogą stać się czynnikiem destrukcyjnym, a silny przywódca – tyranem. To historiozofia ograniczająca pokusę tworzenia "wielkich narracji". Odpowiedzenie sobie na pytanie, który z tych sposobów myślenia o historii jest właściwszy, wymaga pewnie jeszcze wielu (również filmowych) spojrzeń wstecz.