Relacja

Bułgarski pościg – z wizytą na planie "Kierunek: Noc"

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Bu%C5%82garski+po%C5%9Bcig+%E2%80%93+z+wizyt%C4%85+na+planie+%22Kierunek%3A+Noc%22-137451
Bułgarski pościg – z wizytą na planie "Kierunek: Noc"
Bartek Czartoryski odwiedził plan serialu "Kierunek: Noc" na podstawie powieści – a ściśle rzecz ujmując – fragmentu powieści Jacka Dukaja. Sprawdźcie, czego się dowiedział.


Bułgaria może i nie kojarzy się z hollywoodzkim El Dorado, ale na rozległych przedmieściach stołecznej Sofii mieści się nie lada studio, gdzie kręciło się jeszcze za socjalizmu, kiedy to tamtejsze kino przeżywało swój rozkwit. O ironio, dziś bywa tam John Rambo. I Tomek Bagiński.

Nie wyzłośliwiam się, bynajmniej, Nu Boyana Studios to fascynujące miejsce, gdzie, idąc do jednej z hal zdjęciowych, mija się budowle antycznego Rzymu i nowojorskie ulice. Przez ostatnią dekadę z hakiem zrealizowano tu niejeden mocny film akcji (i parę słabszych), a rzeczone studio szczególnie, jak się wydaje, upodobał sobie Sylvester Stallone. Ba, kiedy akurat plan wizytowała delegacja polskich dziennikarzy, w tym i ja, trwały tam jeszcze prace nad ostatnim "Rambo".

Lecz pod koniec sierpnia zeszłego roku zaproszono nas tam z zupełnie innego powodu, nie były nim nawet wypadające wtedy moje urodziny. Mieliśmy bowiem zobaczyć, jak powstaje "Kierunek: Noc", serial Netflixa inspirowany nawet nie tyle powieścią Jacka Dukaja, co jej fragmentem. Brzmi dziwnie? Nie tylko dla potencjalnego odbiorcy. "Zadzwoniłem do Jacka i powiedziałem mu, że mamy pomysł na serial, ale chcemy wyjąć z książki zaledwie jedną stronę – opowiada Tomasz Bagiński, producent wykonawczy tego projektu. – Odparł, że to przecież niemożliwe, lecz poprosiłem, żeby dał nam szansę się przekonać. Minęła co prawda dłuższa chwila, ale nareszcie się spotkaliśmy, poskładaliśmy wszystkie kawałki do kupy, no i teraz mamy gotowy serial.

A chodzi o "Starość Aksolotla", iście multimedialny projekt, przy powstaniu którego obaj panowie swojego czasu pracowali. Tyle że z cyfrowej książki traktującej o wizji przyszłości pozbawionej biologicznych form życia, gdzie części ludzkości udało się zdigitalizować swoją świadomość, jak zresztą mówi wyżej Bagiński, wycięto zaledwie kilka zdań. Stąd trudno traktować zbliżający się serial inaczej niż jedynie inspirowany prozą Dukaja, choć akurat w tym przypadku nawet i akapit może stanowić mocny fundament fabularny. Chodzi, po krótce, o losy załogi i pasażerów samolotu usiłujących uciec przed nie tyle nadchodzącą, co dziejącą się już apokalipsą. Stany Zjednoczone zniknęły z mapy i choć Europa jakoś się jeszcze trzyma, to trudno umknąć przed, jak się wydaje, nieuniknionym. Zwłaszcza że na pokładzie panuje atmosfera napięcia i nieufności.


Sporo tu niewiadomych, ale grzechem byłoby cokolwiek zdradzić. Zanim jednak ta część czytających te słowa, która zna powieść Dukaja, uśmiechnie się z tryumfalną wyższością, niech odnotuje lepiej, że uprzednia lektura niekoniecznie przyniesie spodziewane odpowiedzi. Już na samym początku, kiedy rozmawialiśmy z Jackiem o tym projekcie, zdawał on sobie sprawę, że będzie to coś odległego od książki – mówi Bagińskiże nie jest to adaptacja per se, że bierzemy pewne pomysły i przefiltrowujemy je przez umysł Jasona [Georgea, showrunnera serialu; przyp. red.]. Dlatego był przygotowany na to, że nie będziemy przekładać wszystkiego scena po scenie i robimy coś zupełnie innego. Zresztą sam Dukaj, zdaje się, pomysłowi przyklasnął, bo, jak opowiada George (który pracował już poprzednio z Netflixem przy paru projektach; jednym z nich było "Narcos"): Relacja z Jackiem, przynajmniej z mojej perspektywy, układała się świetnie choćby dlatego, że doskonale rozumie on różnicę między środkami przekazu i wie, że inaczej opowiada się książką, inaczej filmem, a inaczej serialem. Przez cały czas czułem, że może nam w każdej chwili podrzucić coś ciekawego. Dlatego sporo ze sobą rozmawialiśmy, spotykaliśmy się i jadaliśmy razem, kiedy przyjeżdżał na plan. Według mnie jego obecność tylko nam pomogła.

Podczas naszej wizyty byliśmy świadkami realizacji sceny – jak się domyślam, bo nie zdradzono nam detali scenariuszowych – akcji. Pod wysokim dachem hali umieszczono spory fragment samolotu, który, umocowany na dużym podnośniku, trząsł się, niemiłosiernie, dając popalić próbującej utrzymać się na nogach obsadzie. Pozwolono nam także zwiedzić inny kawałek pojazdu, ten z kokpitem, gdzie niemal wszystko było na swoim pierwotnym miejscu, co nie jest przecież regułą; zwykle podobna scenografia wymaga sporych przeróbek, żeby ekipie kręciło się łatwiej. Ciężko pracowaliśmy nad tym, aby użyć jak najwięcej efektów praktycznych – mówi George. – Na szczęście nasi ludzie odwalili kawał świetnej roboty przy budowie samolotu, wszystkie szczegóły się zgadzają. Chcemy, abyś, obcując z serialem, poczuł się jak uczestnik tego lotu. Czasem, jak oglądasz film, wydaje ci się, że samolot jest strasznie duży, tutaj nie korzystaliśmy z podobnych sztuczek i operator kręcił spomiędzy foteli. Chcieliśmy wykorzystać naturalną przestrzeń. Bagiński dodaje: Co prawda zastosowaliśmy CGI w niektórych scenach, gdzie było to absolutnie konieczne, chociażby przy filmowaniu lądowań, ale nigdy go nie nadużywaliśmy, to nie tego typu serial. Efekty służą tutaj narracji i podkręcają dramaturgię.

zdjęcia z wizyty na planie

Atutem serialu ma być także międzynarodowa obsada i choć wszyscy aktorzy mówią głównie po francusku, to usłyszymy i inne języki, w tym polski. Niejakiego Jakuba, pasażera lotu z Brukseli ku nieprzebranej ciemności, gra Ksawery Szlenkier. Zapytany o research do roli, mówi: Nie czytałem powieści ["Starości aksolotla" – przyp.red.], ale kupiłem sobie "Lód" i była to dla mnie podróż prosto do umysłu Jacka, co pozwoliło mi pojąć, jak rozumuje, dokąd biegną jego myśli. Lektura pomogła mi znaleźć sobie miejsce także na planie. A tego nie było, jak już zresztą zostało powiedziane, zbyt dużo, lecz reżyserujący serial duet Inti Calfat-Dirk Verheye starał się przekuć trudność na zaletę: Wykorzystaliśmy to na swoją korzyść, podobało nam się, kiedy robił się tłok i ludzie na siebie wpadali, musieli kombinować, żeby móc cokolwiek zrobić, tak jak na pokładzie prawdziwego samolotu. Latanie, o ile nie masz do dyspozycji prywatnego odrzutowca, nie jest zbyt przyjemnym doświadczeniem. Chyba jedyny problem, jaki napotkaliśmy na planie, to adaptacja języka, dostosowanie go do ludzi, dla których francuski nie jest ojczystym.

Choć "Kierunek: Noc", jak bodaj każdy dopiero rodzący się projekt, obwarowany był wtedy całym mnóstwem obostrzeń, od czasu do czasu twórcom, z którymi mieliśmy okazję porozmawiać, to i owo się wymknęło. Stąd wiemy chociażby, że całość akcji nie będzie toczyć się na pokładzie feralnego – a może zbawiennego? – lotu i konieczne będą lądowania w różnych miejscach, lecz główną areną konfliktów charakterologicznych pozostanie ciasny kadłub. Te z kolei wybuchać będą nie tylko ze względu na panikę związaną z końcem znanego nam świata, ale i wynikać z różnic narodowościowych, rasowych oraz majątkowych. Podobno ludzie z pierwszej klasy aż się gotują, kiedy pasażerowie z ekonomicznej przechodzą między ich siedzeniami, żeby móc zająć swoje fotele – mówią reżyserzy. – Wykorzystaliśmy ten pomysł i na jego podstawie przypisaliśmy niektóre role. A i my zapewne, solidarnie, będziemy trzymać kciuki za rodzynka Polaka, choć, jak dodają Calfat i Verheye: odcieni szarości jest całe mnóstwo i każdy ma w sobie trochę złego i dobrego i to od nas, od oglądających, zależy, czyje racje uznamy za słuszne.

Wszystkie odcinki "Kierunku: Noc" będą dostępne na Netflixie od 1 maja.


Udostępnij: