Felieton

Chaos rządzi!

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Chaos+rz%C4%85dzi-108940
Konkurs na stolicę Wszechświata rozstrzygnięty! Kraj, który wydał na świat Gilberta Ryle’a, Lewisa Carrolla i Jamesa Bonda. Dał ludzkości grawitację, wysłał Boga na wieczny urlop, skodyfikował zasady piłki nożnej i język, który brzmi dostojnie zarówno w ustach wielmożnej damy, jak i pijanego kibica. Wynalazł komputer, internety, maślane biszkopty i Stany Zjednoczone. Co miesiąc pocztówki z kraju, który kocha się i nienawidzi od pierwszego wejrzenia, przesyła Ludwika Mastalerz. 

***

Mimo że "The Thick of it" plasuje się na antypodach "House of Cards", łączy je inkluzywność, z jaką traktują widza. O ile jednak w tym drugim jesteśmy teatralnym gestem zapraszani na scenę przez mistrza ceremonii wprost z miejsca dla VIP-ów, o tyle w pierwszym czujemy się raczej jak student w pierwszych dniach bezpłatnego stażu. Nikt się o nas tu specjalnie nie troszczy – nie przedstawia pracowników, nie tłumaczy zasad, które rządzą departamentem – sami musimy orientować się na gorąco co i jak. Nasze poczucie zagubienia potęguje chaotyczny montaż, drżąca kamera i po amatorsku szarpany zoom – ostatnim razem widzieliśmy taki na puszczanym w formacie VHS filmie ze swojej pierwszej komunii. Wszystko jest tu oszczędne i zgrzebne, zrobione jakby pospiesznie i przypadkiem. Taki porządek rzeczy zapowiadają już pierwsze sceny każdego odcinka, najczęściej rozpoczęte w środku jakiejś ultra prywatnej rozmowy, w pół zdania. Kamera podąża za bohaterem – bynajmniej nie w tak malowniczy sposób zza ramienia jak na filmach Aronofsky'ego, ale kilka metrów za postacią, która idzie zwrócona plecami do nas. Po kilku minutach wpada kilkusekundowa czołówka – czarna plansza z białym tytułem bezceremonialnie wbija się w środek dialogu. Ale w końcu jesteśmy w oku cyklonu – bo tak najlepiej przetłumaczyć tytuł serialu – więc nie ma się co specjalnie rozwodzić: wchodzisz albo wychodzisz, a raczej, jak to z gracją ujmuje jeden z bohaterów – "come the fuck in, or fuck the fuck off".

Wspomniany jegomość to Malcolm Tucker – specjalista od wizerunku rządu; od początku budzi w widzu równocześnie śmiech, przerażenie i niemą fascynację. To wirtuoz polityki, mediów i kwiecistej wulgarnej angielszczyzny, ostrego sznytu dodaje mu jeszcze szorstki szkocki akcent.



Nie wahałby się zbesztać królową matkę, gdyby przyniosło to jakiś pożytek jego partii. Ale ponieważ ta ostatnia, pozbawiona politycznej mocy sprawczej pełni jedynie funkcję reprezentacyjną, może spać spokojnie. Znamienne, że tak starannie pomyślana postać, nie jest głównym bohaterem – jawi się raczej jako ciężka choroba, która co jakiś czas nawiedza pracowników DoSACu (Departament of Social Affairs and Citizenship) fikcyjnego ministerstwa od szeroko pojętych spraw socjalnych i obywatelskich. I jak mawia jego minister Hugh Abbot, nie wiadomo, kiedy jest gorzej: czy wtedy gdy Tucker skrada się powoli jak rak prostaty, czy gdy atakuje znienacka jak wylew krwi do mózgu. Choć przez całą serię przewija się dość stabilna ekipa, nie ludzie i ich sprawy są tu w centrum zainteresowania, ale abstrakcyjne mechanizmy działania polityki, a raczej – jej zatrważającej inercji. Twórcy serialu wykreowali postacie, których ani się nie lubi, ani nawet nie współczuje, ale też nie do końca żywi się do nich odrazę. Z jednej strony widz chce, aby wszyscy za swą hipokryzję, cwaniactwo i niekompetencję dostali po łapach, ale z drugiej strony zaczyna rozumieć, że to trybiki w zardzewiałej, ale pędzącej wciąż naprzód, gubiącej śrubki maszynie, która po prostu nigdy nie będzie działała dobrze.

Kolejne ministerialne projekty upadają szybciej niż się pojawiają, a pojawiają się zawsze byle jak i byle gdzie. Jedyne, co można zrobić, to zatrzeć ślady i nie dopuścić do publicznej kompromitacji. Na chwilę przed ważną konferencją prasową minister Abbot dostaje telefon, że rząd zmienił zdanie i ma mówić dziennikarzom cokolwiek, byle nie o feralnym projekcie. W tym samym czasie rządowy spin doctor podrzuca prasie inne lokalne wydarzenie, którego nie mogą przegapić. Abbot oddycha z ulgą, gratulując sobie i swym doradcom, że "udało się zorganizować konferencję, która była tak nieistotna, że nikt nawet nie napisał, że się odbyła". A co dzieje się w sytuacji, gdy zdarzyło się coś, co nigdy nie mogło się zdarzyć – jak zniknięcie z baz danych statystyk dotyczących imigrantów z kilku ostatnich miesięcy? Przede wszystkim trzeba zadbać, aby nie dowiedział się o tym ten, który powinien wiedzieć o wszystkim, czyli Tucker. A jeśli jakimś cudem się uda? Cóż – koniecznie trzeba podzielić się tymi szczęśliwymi nowinami z kolegami po fachu i dać się podsłuchać przypadkowemu dziennikarzowi. Przypadkowemu? Ależ skąd – po prostu pani minister Murray ze szczęścia zapomniała, że wyszła właśnie z siedziby "Guardiana", gdzie kręcących się po korytarzu dziennikarzy jest więcej niż sprzątaczek.


Nie przez przypadek twórcy umieszczają akcję w takim ministerstwie jak DoSAC – departamencie pozornie prostych projektów, jak bezpłatne śniadania w szkole, lobbowanie za drewnianymi zabawkami w miejsce plastikowych itp. Łatwych tylko na pozór, bo przy każdym z nich bardzo szybko okazuje się, że akurat w danym czasie koliduje to z głównym nurtem działania partii rządzącej. Głównym nurtem? Też nie do końca, bo patrząc na to, jak w tym mało istotnym ministerstwie nic się z niczym nie łączy, można się tylko domyślać, co dzieje się w ważniejszych departamentach, gdzie trzeba przepchnąć społecznie trudną do przyjęcia ustawę. Nie jest tak, że w polityce rządzi tylko prywata, niekompetencja czy paniczny strach przed kompromitacją, której konsekwencją jest dymisja. Polityką według Armanda Iannucciego rządzi teoria chaosu, nie w takim sensie, że wszystko jest tu anarchią, tylko że drobne fakty są bardzo wrażliwe na czynniki zewnętrzne i przez to mogą mieć niemożliwe do przewidzenia skutki, nawet bardzo oddalone w czasie. Hugh Abbot zwalnia swego kierowcę, który był świadkiem porażki ministra, bo zwyczajnie wstyd mu z nim jeździć. W konsekwencji kierowca informuje o porażce ministra prasę i dochodzi do jeszcze większej kompromitacji. Efekt motyla najwyraźniej widać  w kinowym spin offie serialu – "Zapętlonych", w którym zupełnie neutralne, acz pokraczne stwierdzenie ministra o tym, że wojna może być nieprzewidywalna "jak góra lodowa", zostaje zinterpretowane jako sygnał, że wojna z pewnością zostanie rozpoczęta. Iannucci pije tu oczywiście do wojny w Iraku, którą całkiem prawdopodobnie rozpętały nieprawdziwe lub źle zinterpretowane informacje. Działania klasy rządzącej według niego zawsze odbywają się na styku rządowych propozycji, medialnego przekazu i opinii publicznej. Trzy strony tej samej monety działają na zasadzie sprzężenia zwrotnego – każdy każdemu patrzy na ręce i chce wyprzedzić ruch, przez to nie zdaje sobie nawet sprawy, jaki wpływ mają na niego "rywale" społecznej gry. Nie bez powodu to spin doctor ma największą władzę w rządzie, kursując od ministerstwa do ministerstwa na pozór tylko przekazuje polecenia od premiera i z powrotem, w rzeczywistości jego wiedza wymusza na nim konkretne działania na gorąco. Jeśli ktoś tu faktycznie pracuje, to właśnie on, bo cała reszta, jak sam twierdzi, "jest bezużyteczna jak dildo z marcepanu"; potrafi ze sobą dobrze współpracować tylko, gdy trzeba, jak mawia ministerialny doradca opozycji, "zsynchronizować kłamstwa". Nie ma czegoś takiego jak czysta informacja, dlatego przedostatni odcinek finałowego sezonu rozgrywa się w komisji badającej sprawy medialnych przecieków i charakteru kontaktów polityków z prasą.


"House of Cards" przedstawia wizję polityki jako poletko, które orzą najtwardsi zawodnicy, nie dbający o drobne przywileje i bogactwo. Ci, których podnieca sama gra i ryzyko z nią związane – żądza władzy w stanie czystym. W "The Thick of it" nic nie jest czyste, nikt nie jest po prostu świnią, idealistą czy niekompetentnym idiotą. Nawet największy cynik Tucker zapomina na chwilę języka w gębie podczas komisyjnego śledztwa. Członkowie komisji bynajmniej nie są uczciwymi i błyskotliwymi sędziami, którzy swoją pracą przywrócą ład w polityce, prawda wyjdzie na jaw, a sprawiedliwość zatriumfuje. To teoria chaosu triumfuje raz jeszcze – machina, którą uruchomił Tucker, wciągnie i jego w swe trybiki. Jednak – co znamienne – nie zmieli go na miazgę; w polityce nawet klęska nie jest ostateczna, a na spalonej ziemi można siać od nowa te same chwasty, jeśli ma się odpowiednio dobry nawóz. W tym kontekście "prawo gówna" starszego doradcy ministra, "ostatniego ogniwa ludzkiej stonogi" – Glenna Cullena – nabiera nowego sensu: "To jest kubeł gówna. Gdy ktoś rzuca w nas gównem, odrzucamy je z powrotem. Zaczyna się gówniana wojna. Rzucamy w nich takie ilości gówna, że nie są w stanie go zbierać, nie mogą go odrzucić, gówno mogą".



"The Thick of it" omija wszelkie pułapki przeciętnej satyry politycznej. Ich twórcy często nie mogą oprzeć się ujawnianiu swoich ideologicznych ciągot i kopania po kostkach oponentów. Iannucci godzi tak samo w torysów jak w laburzystów, ale co znamienne, ostentacyjnie pomija ich założenia programowe, nie interesuje go, do czego dana partia zmierza, ale bada sam proces podejmowania decyzji i wdrażania ich w życie. W klimacie powszechnej indolencji partyjne barwy są tak wyblakłe, że trudno je odróżnić. Polityczna praktyka polega przede wszystkim na braku działania, bo działania są ryzykowne i zmuszają do wzięcia na siebie odpowiedzialności. Jeśli jest tyle zmiennych, które trzeba wziąć pod uwagę, by odnieść sukces z jakimkolwiek projektem, to sam fakt uniknięcia porażki i zachowania posady jest już sukcesem. W żarcie Hugh Abbota jest dużo prawdy: "Przegapiłem szansę na godną dymisję, z każdym dniem maleją moje szanse na powrót do rządu, gdybym zrezygnował w dniu zaprzysiężenia, dziś byłbym już premierem". Łatwo wyciągnąć wniosek, że wszystko sprowadza się tu do pracy spin doctorów, że nazwiska, przy których stawiamy krzyżyki na kartach przy urnach wyborczych, nie mają żadnego znaczenia, że to inne, niewybrane bezpośrednio przez nas osoby pociągają za sznurki. Jednak prawda jest bardziej złożona. Praktyka polityczna w świecie Iannucciego polega przede wszystkim na obrocie informacją – co przekazuje się oficjalnie, a co nieoficjalnie, którą się umniejsza, a którą zupełnie ukrywa. A przede wszystkim – którą się przemyca, udając, że wcale się tego nie robi. Narzuca się stwierdzenie, że Malcolm Tucker dzierży tu najwyższą władzę, a premier (który ani razu nie pojawia się w serialu na wizji!) właściwie mógłby nie istnieć jak główny prezes w "Szefie wszystkich szefów" Larsa von Triera. Jednak bliższe prawdy jest to, co w końcowej przemowie na komisji śledczej mówi Malcolm Tucker – to nie on jest władcą marionetek, bo polityka to nie strategiczna walka o władzę, to rozproszony proces o zmiennej amplitudzie. On jest tylko prymusem w Publicznej Szkole Niemoralnego Przecieku i Kreowania Wizerunku, a nauczanie początkowe zaczyna się już na etapie Facebooka i Twittera. Aresztować go to jak znaleźć kozła ofiarnego w sytuacji, gdy nie można zaaresztować całego stechnicyzowanego, głodnego informacji społeczeństwa XXI wieku.


Zakrawa na ironię, że jedna z najzabawniejszych i najbardziej bezkompromisowych produkcji telewizyjnych, której wielopłaszczyznowy język przeniknął do angielskiego Urban Dictionary i której świat zlał się z rzeczywistością pozaekranową (scenariusz serialu okazał się profetyczny dla wielu autentycznych wydarzeń na scenie politycznej Wielkiej Brytanii), jest u nas prawie w ogóle nieznana. Warto jednak – ku przestrodze i w imię rozrywki – wejść w to bagno zdesperowanych zwierząt laboratoryjnych zwanych dostojniej zoon politikon, gdzie wulgarność zachowań i języka urasta do rangi poezji, a współczesność na zmianę wije się w konwulsjach i rozpuszcza w melancholijnej elegii.
Udostępnij: