Artykuł

Z IMPORTU: Strachy zza granicy

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Z+IMPORTU%3A+Strachy+zza+granicy-84453
Witamy Was w nowym cyklu publicystycznym "Z importu". Jest on efektem naszej stałej współpracy z autorami, prowadzącymi drugie życie na festiwalach filmowych oraz trzecie – na serwerach portali aukcyjnych. Dla Filmwebu napiszą o nieznanych w Polsce perełkach i zagranicznych kinowych trendach. Na dobry początek zapraszamy do lektury tekstu Bartosza Czartoryskiego. Rozchwytywany tłumacz literatury grozy podzielił się z nami swoją wiedzą na temat horrorowych hitów, które nie doczekały się dystrybucji w Polsce. 

***

Mimo że horror jako gatunek filmowy cieszy się u nas sporym powodzeniem, do polskich kin i sklepów trafia tylko niewielki ułamek tego, co fascynuje widzów w innych częściach świata. Prasa często pomija horror z uwagi na niską wartość artystyczną sporej części wydawanych pozycji, zaś w internetowym gąszczu łatwo się zgubić. Tym bardziej warto prześledzić najciekawsze tytuły zeszłego roku – upiory z importu straszą równie skutecznie.

Oko w oko z...

Odwieczny problem producentów filmowych – jak zainwestować mało, a zarobić krocie – wydaje się dziś rozwiązany. Fałszywe dokumenty wchłaniają kolejne gatunki i niezmiennie budzą niemałe zainteresowanie publiczności. I choć teoretycznie do nakręcenia mockumentu potrzeba zaledwie kilku groszy w kieszeni, paru znajomych, prostej w obsłudze kamery i odrobiny talentu, dopiero sukces zrealizowanego w 1999 roku horroru "Blair Witch Project" zwrócił uwagę widzów, krytyki i ludzi z branży filmowej. Dzisiaj fałszywe dokumenty to przede wszystkim okazja do pewnego przearanżowania gatunkowych schematów, a dla odbiorcy możliwość spojrzenia z nowej perspektywy na pewne klisze, które ulegają odświeżeniu. Tak jest chociażby w całkiem udanym, choć niepozbawionym wad kosmicznym horrorze "Apollo 18". I choć wydawałoby się, że mało komu imponuje dzisiaj marketingowe hochsztaplerstwo, producent filmu niemal do ostatniej chwili twierdził, że to tak zwany "materiał znaleziony".

"Apollo 18" zebrał nieprzychylne recenzje amerykańskiej krytyki, lecz zasługuje na uwagę chociażby ze względu na poziom odwzorowania detalu i robotę operatorską; to techniczny majstersztyk, w którym iluzja prawdziwości całego spektaklu jest niemalże doskonała. Rozlatująca się nieco fabuła bazuje na teorii spiskowej, jakoby odwołana w 1974 roku misja statku Apollo 18 doszła do skutku, lecz zatuszowano ją ze względu na szokujące odkrycie, jakiego załoga dokonała na Księżycu. Wielbiciele science-fiction na pewno będą oczarowani, pozostali – nieszczególnie.

Wyświetlany u nas na festiwalu Plus Camerimage film "Megan Is Missing" to już inna bajka – lektura obowiązkowa dla widzów tolerujących mocny, okrutny horror. Pierwsza połowa obrazu w reżyserii Michaela Goia to zapis rozmów dwóch nastolatek, rejestrowanych przez internetowe kamery i telefony komórkowe. Kiedy jedna z dziewczyn zostaje porwana, jej przyjaciółka na własną rękę próbuje wyjaśnić sprawę zaginięcia, wystawiając się tym samym na niebezpieczeństwo. Goi przez kilkadziesiąt minut konstruuje wiarygodne psychologiczne portrety bohaterek, aby w drugiej części filmu wkroczyć w rejony kina gatunkowego, ocierającego się miejscami o torture porn – kontrast pomiędzy wyraźnie oddzielonymi od siebie częściami filmu to  ładunek wybuchowy o sporej sile rażenia. Oglądamy więc fragmenty serwisów informacyjnych, rekonstrukcję porwania Megan, materiały z kamer przemysłowych oraz film nakręcony przez psychopatę polującego na nastoletnie dziewczęta. "Megan Is Missing" epatuje niekiedy skrajną brutalnością (z powodu szczególnie paskudnej sceny gwałtu film został zakazany w Nowej Zelandii) i zbacza niebezpiecznie w stronę taniej sensacji, ale Goi i tak ani na moment nie traci zainteresowania historią o ambicjach socjologicznego komentarza.


Zombie i psychopaci trzymają się mocno

Kanoniczna już dla gatunku konwencja zombie-movie jest bodaj w horrorze eksploatowana najczęściej, a co za tym idzie – zużyta, nafaszerowana kliszami i coraz mniej atrakcyjna. Prosty zabieg zastosowany przez braci Ford w brytyjskim "The Dead" okazał się strzałem w dziesiątkę – a mowa o zmianie zwyczajowej scenografii miejskiej na afrykańskie stepy (do podobnego wniosku doszli autorzy gry wideo "Resident Evil 5" – przyp. M.W.); wieżowce ze stali i szkła zostały zastąpione przez prymitywne lepianki i naprędce pobudowane domki. Film przyciąga jednak nie tylko egzotyką pleneru; "The Dead" odchodzi od klaustrofobii charakterystycznej dla setek filmów z zombie. Zrezygnowano z ciasnych korytarzy i zagraconych ulic na rzecz rozległych, wręcz niekończących się przestrzeni, co daje nowe możliwości rozwoju fabuły. Przeciwnikiem są nie tylko trupy, ale i brak kryjówki, palące słońce, deficyt wody. "The Dead" skonstruowano jak film drogi – dwóch towarzyszy podróży musi dotrzeć do wojskowej bazy, która ma im zapewnić bezpieczny azyl, przeprawiają się więc przez sawannę pieszo i autem, oby szybciej, a wokół szwendają się gnijące zombie. To wszystko nie oznacza, że "The Dead" odcina się zupełnie od dziedzictwa klasyków zombie-kina; bracia Ford czerpią i z Romero (przede wszystkim robota filmowa, charakterystyczne ujęcia), i z Fulciego (sadystyczne żywe trupy, brutalne sceny gore, nihilistyczna atmosfera).

 
"The Dead"

Zaś jeśli chodzi o lubiany przez twórców horrorów temat dewiacji i psychopatów, pod niezłym filmem podpisał się duet Jack Ketchum-Lucky McKee. Pierwszy z nich to jeden z najbardziej uznanych twórców literatury grozy w Stanach; drugi jest autorem kilku znakomitych tytułów, między innymi fantastycznej "May". "The Woman" jest adaptacją powieści napisanej wspólnie przez obu panów i stanowi trzecią część trylogii kanibalistycznej, rozpoczętej przed laty przez Ketchuma książką "Poza sezonem" (od jakiegoś czasu w polskich księgarniach) i kontynuowaną "Potomstwem" (również wydanej u nas; kilka lat temu powstał też dość przeciętny film na jej podstawie). Obraz ten stanowi samodzielną, odrębną całość i znajomość poprzednich odsłon, choć wskazana, nie jest obowiązkowa.

Tytułowa Kobieta to przywódczyni klanu kanibali, który został niemalże wykoszony w pień w "Potomstwie". Właściwym antybohaterem jest jednak pan Cleek, małomiasteczkowy prawnik, któremu podczas wyprawy do lasu udaje się pojmać ranną Kobietę – fascynuje go przede wszystkim idea całkowitej dominacji, która wywala w nim seksualne podniecenie; zamyka więc swoją zdobycz w piwnicy i pod pretekstem ucywilizowania dzikuski, poddaje ją rozmaitym torturom. McKee i Ketchum krok po kroku odsłaniają patologie, które kwitną w pozornie przeciętnej, typowej amerykańskiej rodzinie Cleeków. Eskalacja agresji prowadzi do makabrycznego finału.

Co jeszcze do koszyka?

Obecnie, podczas krakowskiego festiwalu Off Camera, można oglądać brytyjskie "Kill List" – tytuł będący istnym destylatem kina (moralnego?) niepokoju. Film przepuszcza widza przez emocjonalny magiel, bowiem jest nie tylko hołdem dla brytyjskiego kina grozy, skupiającym odniesienia do "Kultu" czy okultystycznych produkcji ze studia Hammer, ale też i mocnym, epatującym dosłowną przemocą thrillerem w stylu trylogii "Pusher" Nicolasa Windinga Refna. Trudno jednak dyskutować o tym filmie, nie zdradzając fabuły, gdyż to właśnie ostatni kwadrans z niesamowitą woltą fabularną zmienia oblicze seansu oraz tłumaczy i zamyka podjęte wcześniej wątki.


"Kill List"

Na Zachodzie został już wydany hiszpański film "Secuestrados" ("Kidnapped"), znakomite home invasion, którego fabuła przypomina nieudany film Joela Schumachera "Anatomia strachu", lecz narracja poprowadzona jest w niezwykle emocjonujący sposób. Może nie jest to obraz rewolucyjny, ale solidny, ze sporym ładunkiem napięcia i bezkompromisowej przemocy – od czasu francuskiego "Ils" ("Them") nie było chyba tak dobrej produkcji tego typu. A na koniec urugwajski "La Casa Muda" ("The Silent House"), niedawno przerobiony zresztą w Hollywood. Reżyser twierdzi, że trwający półtorej godziny film został nakręcony w jednym ujęciu, lecz to jedynie sprytna iluzja i zarazem dowód na potęgę montażu – "La Casa Muda" posklejana jest wzorowo. Nakręcony za pomocą cyfrowej, ręcznej kamery horror wprawia widza w stan paranoicznego strachu, bowiem obiektyw towarzyszy bohaterce przez cały czas trwania seansu i nasza perspektywa jest odpowiednio ograniczona – innymi słowy, mamy czuć to, co czuje zagubiona w pustym (czy aby na pewno?) domu Laura.

 
"La Casa Muda"

Choć trudno wyznaczyć dziś jakiś dominujący w światowym horrorze trend, dobrze wiedzieć, że praktycznie za pośrednictwem każdej, nawet w tej, wydawałoby się wyświechtanej, konwencji, da się powiedzieć coś nieoczywistego. Globalny dostęp do kultury jeszcze nigdy nie był tak prosty, grzechem byłoby więc nie czynić cudzych lęków swoimi.