Wywiad

Za drugim razem lepiej się pośmiać - rozmowa z Arturem Więckiem

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Za+drugim+razem+lepiej+si%C4%99+po%C5%9Bmia%C4%87+-+rozmowa+z+Arturem+Wi%C4%99ckiem-21871
Filmweb: Czy spółka Bereś&Baron planuje trzecią część przygód Anioła Giordano? Artur Więcek: Nie sądzę, Anioł to skończony temat. Zresztą wszystko zamyka się w cudowną całość. My przeżyliśmy dwie wspaniałe kinowe przygody, Anioł się zakochał, ożenił, ma dzieci i najwyższa pora dać mu pożyć w spokoju. Filmweb: Który z twoich filmów o Aniele bardziej ci się podoba? Do którego jesteś bardziej przywiązany? Artur Więcek: Jeśli miałbym ocenić oba tytuły z perspektywy czysto zawodowej - czyli warsztatu, rzemiosła filmowego, sposobu opowiadania - to filmem lepszym pod tym względem jest oczywiście "Zakochany Anioł". Ale ja mam ogromny sentyment do „Anioła w Krakowie", właśnie z tego powodu, że pod wieloma względami był tak naiwnie prosty, można powiedzieć pierwotny. Ten film chodził po linie filmowego rzemiosła. Całość nieustannie balansowała na granicy różnych stylów i gatunków, ale dla mnie to właśnie było najfajniejsze - taka świadoma zabawa z formułą opowiadania. Właściwie mogłem tam robić co chciałem, prawdziwe niezależne kino, bez kolaudacji, myślenia o potencjalnej widowni i zwrocie kosztów. Celowo rozciągałem więc sceny spowalniając tempo, by wydobyć odpowiednią energię, właściwie fabuła była nieistotna, liczył się klimat i nastrój. Wreszcie pomieszałem gatunki - film zaczynał się jak komedia, a kończył właściwie dramatem. Naprawdę piękna przygoda, która chyba nie jest już do powtórzenia. "Zakochany Anioł" jest natomiast jednorodny gatunkowo, opowiedziany „po bożemu”, bardziej dynamiczny i adresowany do szerszej widowni. Filmweb: Chciałeś, żeby "Zakochany Anioł" był filmem bardziej komercyjnym? Artur Więcek: Tak. I zrobiłem to świadomie, bo jaki właściwie jest wybór, gdy się realizuje drugą część? Pierwszy film dawał dwie możliwości: można było pójść w kierunku poważnego festiwalowego kina lub zrobić coś lżejszego, co nie znaczy głupiego, ale w komediowym duchu. I wspólnie z producentem Witkiem Beresiem stwierdziliśmy, że za drugim razem nie ma sensu się wymądrzać, za drugim razem lepiej się pośmiać. Robiąc sequel nie ma sensu silić się na wielkie festiwalowe dzieło, bo sequeli nikt na festiwale nie zaprasza. Byłby to więc film dla nikogo, bez szans na jakikolwiek festiwalowy sukces i bez szans na widownię. Przystępując do kręcenia „Zakochanego Anioła" szukałem więc lżejszej formuły, która pozwoli dotrzeć do widzów, ale nie straci jednak uroku, pozytywnej energii i ciepła pierwszej części. Filmweb: Ale to jednak kontynuacja znanego już pomysłu, a sequele rzadko bywają oceniane lepiej od oryginału. Artur Więcek: Szczerze mówiąc spodziewałem się takich opinii, że "Zakochany Anioł" to ckliwe babranie się w tych samych emocjach, ale pierwsze recenzje są dosyć pozytywne i to mnie cieszy. Druga część rzeczywiście niesie ze sobą wiele ograniczeń, ale wydaje mi się, że udało nam się jakoś je ominąć. "Zakochany Anioł" świeci swoim światłem, nie wykorzystuje wyłącznie pomysłów i energii poprzedniej części. Filmweb: Czy uważasz, że takich optymistycznych filmów jest w Polsce za mało? Artur Więcek: W ogóle za mało jest filmów dla szerokiej widowni, takich, które niekoniecznie mają ambicje analizowania stanu ducha obywateli czy stawiania diagnozy społecznej. Brakuje ciepłych komedii, które po prostu sprawnie opowiadałyby jakąś historię, będąc przede wszystkim rozrywką. Ale nie chciałbym popadać w skrajność, mówiąc, że w Polsce powinno się robić wyłącznie kino rozrywkowe czy komercyjne. Jest wielka potrzeba dobrego, różnorodnego kina, a różnorodność pojawi się wtedy, gdy będzie szansa na produkowanie dużej ilości filmów. Filmweb:"Anioł w Krakowie" okazał się dużym sukcesem. Film podobał się publiczności, ale również krytykom, czego dowodem są liczne nagrody i nominacje. Czy ta popularność i sukces w dużym stopniu pomagały ci w pracy nad drugą częścią? Artur Więcek: Gdyby nie dobre przyjęcie „Anioła w Krakowie" myślę, że nie byłoby propozycji ze strony telewizji, która była spirtitus movens powstania sequela. Ale realizując pierwszą część nie wybiegaliśmy myślą dalej niż skończenie zdjęć. Nie wiedzieliśmy nie tylko, jakie będą przyszłe losy filmu, Anioła, ale nawet nasze własne. Obawiałem się, czy nie będziemy musieli uciekać przed nieopłaconą ekipą i ukrywać się w Puszczy Białowieskiej. Filmweb: W "Aniele w Krakowie" rewelacyjną rolę stworzył Jerzy Trela. Czy tak się przywiązaliście do tego bohatera, że zdecydowaliście się rozbudować jego wątek i dać mu towarzysza w osobie kloszarda z Warszawy? Artur Więcek: Wydawało mi się, że skoro to taka postać będąca duchem sprawczym wydarzeń, które spotykają Giordana, to jego znajomi muszą być podobni do niego i wywodzić się z podobnych środowisk. Tak właśnie powstał pomysł międzynarodówki kloszardów, która rządzi światem. Filmweb: Czy ciężko było namówić Janusza Gajosa do zagrania epizodu? Artur Więcek: Obawialiśmy się, jak zareaguje na tak niewielką rolę, ale po przeczytaniu scenariusza stwierdził, że to świetny materiał, dający możliwość zagrania z dystansem, z przymrużeniem oka, a jednocześnie szansa, żeby zetknąć się na planie z Jerzym Trelą. Do tej pory mieli okazję spotkać się tylko raz w filmie „Śmierć jak kromka chleba". Filmweb: W „Zakochanym Aniele” Jerzy Trela i Janusz Gajos nucą pod nosem słynny fragment piosenki „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa”. Czemu Wy, Krakusy, tak często wplatacie te konfliktowe wątki warszawsko-krakowskie w swoje przedsięwzięcia? Artur Więcek: Dobre pytanie. Nam się wydawało, że to będzie zabawne, kiedy pokażemy Warszawę z lekkim przymrużeniem oka, a Giordano obejrzy sobie wieżowce po raz pierwszy w życiu. Po pierwszym filmie zarzucano nam, że Anioł jest za bardzo krakowski. Postanowiliśmy zatem ruszyć go z miejsca i wysłać na wycieczkę. Oczywiście wojna i wrogość krakowsko – warszawska to często podgrzewane w różnych sytuacjach mity, natomiast nie da się ukryć, że są między nami różnice, choćby w podejściu do pieniędzy, które mówiąc w skrócie w Warszawie się liczy, a w Krakowie wydaje. Chcieliśmy pokazać te różnice w sympatyczny i zabawny sposób.
Udostępnij: