Czas przemija, „Casablanca” nie

Dlaczego jedne filmy przechodzą bez echa, a inne nawet po 70 latach wracają nienadszarpnięte zębem czasu? I dlaczego to właśnie niskobudżetowa, mająca propagandowe podłoże „Casablanca” stała się legendą kina?

Trwa Druga Wojna Światowa. Życie marokańskiego miasteczka Casablanca toczy się głównie w barze u Ricka Blaina (Humphrey Bogart). To tu rozgrywają się drobne miłostki, zazdrości i szereg pobocznych wątków. Także ten najważniejszy, który rozpoczyna się gdy Ugarte (Peter Lorre) przynosi do baru listy tranzytowe. Dokumenty te pozwalają poruszać się swobodnie po okupowanej przez Niemców Europie, są więc bezcenne dla rzeszy uciekinierów, która utknęła w Casablance. Wyjazd za granicę jest także marzeniem samego Blaine’a. Zamierza je zrealizować, dopóki w jego życiu nie pojawia się Ilsa Lund(Ingrid Bergman) – jego miłość sprzed lat. Okazuje się, że listy tranzytowe są przeznaczone właśnie dla niej oraz dla jej męża Victora Laszlo (Poul Henreid), członka czechosłowackiego ruchu oporu, który uciekł z niemieckiego obozu koncentracyjnego. Rick staje przed dylematem – wyjechać z Casablanki samemu czy pomóc Ilsie i Victorowi.

Jak widać, fabuła idealnie wpisuje się w ramy melodramatu. Mamy tu wielką, niemożliwą do zrealizowania miłość i patetyczną, sentymentalną historię. Zresztą recenzent scenariuszy ze studia Warner Bros Stephen Karnot, który przeczytał sztukę (Casablanca powstała na podstawie sztuki „Everybody Comes to Rick’s”), nazwał ją "ograną lecz wyrafinowaną" . A jednak Casablanca stała się klasyką gatunku. Dlaczego?

Po pierwsze mamy tu całą plejadę gwiazd. Grany przez Bogarta Rick to twardziel, który nigdy się nie uśmiecha i pozostaje neutralny wobec spotykających go sytuacji. Blaine jest Brucem Willisem tamtych czasów. To on wyznaczył wzór zgorzkniałego renegata, doświadczonego przez życie mężczyzny. Zawsze z papierosem w zębach, pozostaje wierny wyłącznie swoim zasadom. To postać tragiczna - cierpi, bo kocha kobietę, z którą nie może się związać. Z kolei Ilsa to femme fatale. Niestety gra Ingrid Bergman pozostawia niedosyt - postać, którą kreuje jest za mało wyrazista. Zostaje przyćmiona przez rubasznego kapitana Renaulta (Claude Rains) czy wiecznie tajemniczego Laszlo. Paul Henried, świetnie zagrał rolę pewnego siebie dywersanta, który ma coś na sumieniu.

Jednak, to co naprawdę decyduje o klasie filmu to jego wielowątkowość i wielowymiarowość. Z jednej strony mamy moralne rozterki kapitana Renaulta, Ilsy czy Ricka, z drugiej cały szereg codziennych sytuacji od drobnego handlu, przez bójkę o kobietę, szemrane kasyno, aż po barowe przyśpiewki (w tym także słynną scenę gdy francuska „Marsylianka” zagłusza niemiecką „Die Wacht am Rhein”). Wszystko to nadaje wyjątkową, sentymentalną atmosferę, do której każdy, z łezką w oku, pragnie powrócić. Dzięki swojej symbolice film pozostaje uniwersalny, widz może bowiem postawić się w roli jednego z bohaterów.

Kult Casablanki trwa do dziś. Niektóre zwroty („Zagraj to jeszcze raz Sam” czy „Ze wszystkich knajp we wszystkich miastach na całym świecie ona wchodzi akurat do mojej”) wciąż funkcjonują, a w marokańskim mieście można zwiedzić hotel, w którym kręcono film. I tak, jak piosenka „Jak przemija czas”, żyć będzie dzięki wspomnieniom głównych bohaterów, tak i „Casablanca” nie umrze dopóty, dopóki ludzie będą kochać, tęsknić i żałować.

2

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: