Łukasz Muszyński

"Schowałem się za Jandą". Rozmawiamy z Jackiem Borcuchem

Wywiad
/fwm/article/%22Schowa%C5%82em+si%C4%99+za+Jand%C4%85%22.+Rozmawiamy+z+Jackiem+Borcuchem-133101
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/%22Schowa%C5%82em+si%C4%99+za+Jand%C4%85%22.+Rozmawiamy+z+Jackiem+Borcuchem-133101

"Schowałem się za Jandą". Rozmawiamy z Jackiem Borcuchem

WYWIADPodziel się

W rozmowie z Łukaszem Muszyńskim Jacek Borcuch opowiada m.in. o łączącej go z Krystyną Jandą miłości do przekleństw, pogrążającej się w mroku Europie oraz piersiówce zwanej Plutkiem.

Podobno w nic nie wierzy. Mówi, że jest zalękniony i stoi na rozdrożu. Jak na takiego defetystę kręci jednak zaskakująco czułe i zmysłowe filmy. Nawet, gdy tak jak w "Słodkim końcu dnia" mierzy się z problemami wagi ciężkiej. W rozmowie z Łukaszem Muszyńskim Jacek Borcuch opowiada m.in. o łączącej go z Krystyną Jandą miłości do przekleństw, pogrążającej się w mroku Europie oraz piersiówce zwanej Plutkiem.

***

Jaką najdziwniejszą plotkę słyszał Pan na swój temat?

Dużo tego było. Szczególnie rozbawiła mnie pogłoska, że razem z Andrzejem Chyrą jesteśmy parą.

Wygląda więc na to, że Wasz związek przechodzi kryzys. "Słodki koniec dnia" to Pański pierwszy film, w którym Chyra nie wystąpił.

Zagra w następnym. Piszę dla niego dużą rzecz. Dużą w sensie artystycznym. To będzie raczej art house'owy projekt. Argentyna, lata 50. Spocone białe garnitury, wszędzie latają muchy. Może wyjść z tego coś fajnego. 

Niedawno świętował Pan urodziny.

No... Dramatyczne. Ostatnie czterdzieste. 

Andrzej Chyra wspomniał kiedyś, że jest zwolennikiem teorii, jakoby życie człowieka składało się z siedmioletnich cyklów. Ma pan wrażenie, że te 49. urodziny były zamknięciem jakiegoś rozdziału, zwiastunem nadchodzącej zmiany?

Nie czuję, żeby mi się coś zmieniało. Chyra jest gawędziarzem i powie wszystko, co się chce usłyszeć. Z wiekiem dojrzało we mnie przekonanie, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Jeśli przychodzą zmiany, to są one przede wszystkim efektem naszych wysiłków i decyzji. Nie wierzę w cykle, w ogóle w nic nie wierzę. To jest smutne. 

Zgodzi się Pan jednak, że Pański nowy film różni się od pozostałych? W poprzednich dziełach przyglądał się Pan przede wszystkich bohaterom, a nie rzeczywistości dookoła nich. W "Słodkim końcu dnia" dużo mówi się tymczasem o problemach współczesnego świata:  terroryzmie, kryzysie migracyjnym, ksenofobii.

Żyjemy w bardzo niespokojnych czasach. Moje poprzednie filmy powstawały w epoce rozwoju i względnej stabilizacji. Bywało raz gorzej, raz lepiej, ale nikt nie obawiał się groźby wybuchu kolejnego konfliktu zbrojnego. Wojna pojawiała się jedynie w filmach i podręcznikach do historii. Teraz znów sporo mówi się o niej w mediach. Od czasu ukraińskiego Majdanu zaczęliśmy godzić się z myślą, że pokój może nie trwać wiecznie. Ten zbiorowy lęk podkręca jeszcze antyuchodźcza propaganda. Straszy się nas, że zostaniemy najechani przez obcych, którzy zrujnują naszą kulturę, zbałamucą nasze kobiety i obetną nam wszystko, co jest do obcięcia. W Warszawie tego nie widać, ale na tak zwanej prowincji aż huczy ze strachu przed arabską inwazją.

Jak Nowy Jork nie jest pełnym odbiciem Ameryki, tak Warszawa nie mówi wszystkiego o współczesnej Polsce. 

Zdałem sobie z tego sprawę, spędzając ostatnie święta wielkanocne na Pomorzu. To jest zupełnie inny świat. Ciemno się, cholera, robi. Nad Europą, nad Polską. To nie jest tak, że dobiegam do pięćdziesiątki i dlatego postanowiłem zająć się wreszcie poważniejszymi tematami. Myślę, że gdyby w Polsce działo się lepiej, gdyby nie ta ofensywa ciemnoty, mógłbym zrobić...

Nie sposób, będąc wrażliwym, nie zauważać tego, co się dzieje.
Jacek Borcuch
Kolejny film o młodych ludziach? 

Pewnie nie, chciałem zrobić sobie od nich przerwę. Po prostu wydaje mi się, że nie sposób, będąc wrażliwym, nie zauważać tego, co się dzieje.

A nie męczy Pana czasem ta warszawska "bańka"?

Trochę tak, ale wolę takie bańki niż ciemnogród. Młodzi ludzie wiedzą, że w Warszawie mają największą szansę na realizację swoich planów w niemal każdej dziedzinie. Stolica ma duży rynek pracy, zapewnia większe możliwości, większe pieniądze. Czy jest w tym coś złego, że ludzie chcą się rozwijać? 

Swego czasu pracował Pan nad projektem zatytułowanym "Mowa ptaków". To film według ostatniego scenariusza Andrzeja Żuławskiego, który pierwotnie miał pan nakręcić na spółkę z Piotrem Kielarem, Janem Komasą i Xawerym Żuławskim. Ostatecznie pod filmem podpisał się jednak tylko ten ostatni.

Bardzo ubolewam nad tym, że nie zrobiliśmy go razem. To był ciekawy projekt: czterech reżyserów i operatorów, każdy kręci swoją część w innym formacie i kolorze. Miała nas łączyć tylko fabuła. W maju zeszłego roku, tuż po tym, jak skończyłem zdjęcia do "Słodkiego końca dnia", zadzwonił do mnie producent "Ptaków". Chciał, żebym za tydzień wszedł na plan. Z bólem serca odmówiłem. Po dwóch miesiącach kręcenia filmu we Włoszech byłem fizycznie i emocjonalnie wyczerpany. Potrzebowałem co najmniej trzech tygodni, żeby poznać aktorów i popracować z nimi nad tekstem. Nie zgrały nam się terminy i tyle. Spotkałem niedawno Xawiera na ulicy. Jak się wyściskaliśmy, powiedziałem mu: stary, tak miało być. Przypomniałem mu sytuację, która miała miejsce pod Zespołami Filmowymi na Puławskiej.  Razem z Komasą i Żuławskim wyszliśmy na papierosa. Na masce samochodu położyłem kopię scenariusza. W trakcie naszej rozmowy o filmie scenariusz pod wpływem wiatru nagle się otworzył. Pierwsze zdanie na stronie brzmiało: Co wy tam, chłopcy, pierdolicie? (śmiech). Myślę, że Andrzej Żuławski czuwał nad tym tekstem i chciał, żeby to właśnie Xawery zrobił ten film.

Lubię w kinie rzeczy wyraziste. Młodość i starość takie właśnie są. Wydają mi się piękne.
Jacek Bocuch
A podobno w nic Pan nie wierzy! We "Wszystko, co kocham" i "Nieulotnym" fetyszyzował Pan młodość, "Tulipany" i "Słodki koniec dnia" opowiadają o zaletach dojrzałego wieku. Nigdy nie kusiło Pana, aby nakręcić film o swoich rówieśnikach? A może wiek średni nie jest tak interesujący?

To nie jest świadomy wybór. Mnie cały czas kusi, żeby zacząć opowiadać w pierwszej osobie. Może teraz mi się uda – pracuję nad dwoma tekstami, których bohaterowie są moimi równolatkami. W sumie to jednak może ma pan trochę racji. Lubię w kinie rzeczy wyraziste. Młodość i starość takie właśnie są. Wydają mi się piękne. Środek życia to okres nieustannego pędu, gdy nie ma czasu, by się zatrzymać i pomyśleć. 

Dzień przed naszym spotkaniem w wieku 92 lat odszedł Tadeusz Pluciński – świetny aktor, jeden z czołowych amantów polskiego kina, który swoją ostatnią filmową rolę zagrał we wspomnianych "Tulipanach". 

Jeszcze kilka dni temu opowiadałem mamie, jak przed zdjęciami do "Tulipanów" podarował mi piersiówkę. To było, zanim przeprowadził się do Domu Artystów Weteranów w Skolimowie. Spotkaliśmy się w jego mieszkaniu na Pradze przy Wale Miedzeszyńskim, aby pogadać o filmie. Moją uwagę zwróciła wówczas kolekcja piersiówek. Zapytałem, na co mu tyle flaszek. W życiu nie spotkałem nikogo, kto miałby więcej niż dwie. Zaczął więc wspominać, jak wszedł w posiadanie poszczególnych egzemplarzy. Na końcu zapytał, który mi się najbardziej podoba. W ten sposób stałem się szczęśliwym posiadaczem obleczonej skórą buteleczki, którą nazwałem Plutek. Jest solidnie wykonana, idealnie przylega do piersi. Korzystam z jej usług jesienią podczas nocnych zdjęć. Gdy powiedziałem o tym mamie, lekko zszokowana zapytała: Synku, ty popijasz? (śmiech). A mówiąc już poważnie, ciężko mi się pozbierać po śmierci Tadka. Podejrzewam, że wszyscy mieliśmy do niego podobny, bardzo życzliwy stosunek.

"Tulipany"
"Filmy mówią o mnie więcej, niż jestem w stanie powiedzieć w jakimkolwiek wywiadzie". Co w takim razie o Jacku Borcuchu mówi "Słodki koniec dnia"?

Że jestem zalękniony i stoję na rozdrożu. Mam prawie 50 lat i czuję, że przemijam. Oczywiście gdyby Tadziu Pluciński był tu teraz z nami, pewnie wybuchnąłby śmiechem. On w tym wieku miał złote żniwa. Dla mnie to jednak jakaś granica. Widzisz te okulary przeciwsłoneczne? (Borcuch pokazuje mi Ray Bany w kolorze ciemnego bursztynu – przyp. red.) Mam je praktycznie od dziecka. W "Słodkim końcu dnia" nosi je Krystyna Janda. Moi znajomi od razu to wychwycili. Powiedzieli mi, że schowałem się w filmie za Jandą. Pewnie mają rację. Bardzo się cieszę, że ta wybitna aktorka zgodziła się u mnie wystąpić. Wydaje mi się, że zagrała zupełnie inaczej niż zwykle.

Mieli już Państwo okazję współpracować ze sobą na planie serialu "Bez tajemnic". Jak się w ogóle reżyseruje Jandę? Jest tworzywem, które poddaje się twórcy, czy raczej stawia opór?

Myślę, że kluczowa była  nasza wcześniejsza współpraca w HBO. Chyba przypadliśmy sobie do gustu na poziomie czysto ludzkim. Gdy ona mówiła "nie", to ja trochę udawałem, że tego nie słyszę. Potrafię przekonać ją, żeby zagrała tak, jak to sobie wymyśliłem. To kwestia zaufania.

Odważne wyznanie w epoce #metoo. 

My się po prostu lubimy. Ponadto łączy nas miłość do przekleństw. Oboje klniemy jak szewcy i robimy to – taką przynajmniej mam nadzieję – z wdziękiem. Trzeba umieć przeklinać. Wiedzieć, które słowa będą wibrować, dźwięczeć i wybuchać w danych momentach. Mamy w sobie  również podobną bezpruderyjność w sądach oraz opisie rzeczywistości.

A jak reżyseruje się córkę? W "Słodkim końcu dnia" ekranowy debiut zaliczyła Miła Borcuch.


Nie ma 12-letnich aktorów. Są tylko dzieci mające mniejsze lub większe ekranowe doświadczenie. Praca z nimi stanowi wyzwanie. Pomyślałem sobie, że jak mam już męczyć się z jakimś dzieckiem, to pomęczę się ze swoim. Przy okazji chciałem się przekonać, czy Miła ma talent aktorski. Praca z nią przysporzyła mi więcej stresu niż praca z Krystyną czy Kasią Smutniak. Od nich, profesjonalistek, mogłem wymagać. Córce musiałem na przykład wytłumaczyć, że ma się nie przejmować, gdy chcę, by zagrała scenę jeszcze raz. Że nie oznacza to, iż za pierwszym razem zrobiła coś nie tak. Zrozumiała to dopiero po dwóch, trzech dniach, gdy zobaczyła, że Janda i Smutniak potrafią powtarzać ujęcie nawet sześć razy. Wkrótce sama proponowała: to co, jeszcze jeden dubelek?


"Słodki koniec dnia"
W młodości był Pan punkiem. Gdy Pański tata-wojskowy obejrzał dokument o Jarocinie, wzburzony postanowił własnoręcznie obciąć panu włosy. Następnie przy pomocy młotka zmiażdżył pańską przypinkę ze znaczkiem anarchii. Obstawiam, że nauczony doświadczeniem stara się Pan budować międzypokoleniowy pomost z córką. 

Tak fundamentalna rzecz jak język przestała być istotą uczestnictwa w Hollywood. Gwiazdami są dziś obcy mówiący z innym akcentem.
Jacek Borcuch
Robię wszystko, co w mojej mocy, aby dotrzymać jej kroku. Chcę być dla niej wsparciem, przyjacielem i partnerem, a zarazem wciąż pozostawać ojcem. Trudno jest łączyć jednak te wszystkie funkcje. Nie wierzę w to, że można ze swoim dzieckiem należeć do tej samej paczki.  

Próbuje Pan edukować córkę w temacie kina?


Nie pozwala mi. Jeszcze do dziesiątego roku życia dawała sobie wciskać sweterki, buciki, sukienki. Potem się wyemancypowała. Teraz nawet, gdy proponuję jej, by obejrzała jakiś film albo przesłuchała płytę, słyszę tylko karcące "tatooo".

Krzysztof Zanussi powiedział Panu kiedyś, że na świecie skończyła się moda na polskie kino. Nie ma Pan jednak wrażenia, że ten trend się odwrócił? Polskie filmy – także Pańskie – odnoszą duże zagraniczne sukcesy.

W trakcie mojej ostatniej wyprawy do Stanów Zjednoczonych odwiedziłem Los Angeles. Sporo osób, które wtedy poznałem, mówiło mi, że Hollywood rzeczywiście zaczęło się interesować Polakami. Wcześniej kariery robili tam jedynie nasi operatorzy, później udało się przebić kilku kompozytorom. Teraz Fabryka Snów chce współpracować także z naszymi aktorami i reżyserami. Tak fundamentalna rzecz jak język przestała być istotą uczestnictwa w Hollywood. Gwiazdami są dziś obcy mówiący z innym akcentem.

Oglądając Pańskie filmy, mam wrażenie, że w każdym kolejnym coraz mocniej odrywa się pan od Polski. Z braku lepszego słowa powiedzmy, że Pańskie dzieła robią się coraz bardziej światowe.  

Nie wiem, czy robię to z premedytacją. Na pewno ciągnie mnie w kierunku uniwersalnych opowieści. Polska kinematografia jest dość spora jak na Europę. Jest u nas wystarczająco dużo reżyserów kręcących w Polsce o Polsce i po polsku. Ja już przez to przeszedłem, szukam nowych wyzwań. A Włochy to wzięły się z tego, że bardzo lubię Toskanię i w ciągu ostatniej dekady sporo po niej podróżowałem. 

Kręcąc "Słodki koniec dnia", udało się więc Panu połączyć przyjemne z pożytecznym.

Przy okazji założyłem sobie jednak na szyję stryczek. Za te pieniądze, które wydaliśmy we Włoszech, w Polsce mógłbym zrobić 10 dni zdjęciowych więcej. Z części pomysłów musiałem  zrezygnować, trzeba też było zagęścić grafik zajęć. Pracowaliśmy bardzo ciężko. Pogoda na szczęście sprzyjała. Mam taką zasadę, że pracuję z ludźmi, którym ufam i których lubię. Muszę czuć, że ta filmowa przygoda jest dla nich czymś więcej niż tylko sposobem na zarobienie pieniędzy. 

W podobny sposób pracował chociażby mistrz amerykańskiego kina niezależnego, John Cassavetes.

Ciekawe. Pierwszy raz porównano mnie do niego przy okazji "Tulipanów" na festiwalu w Brukseli. Wtedy jeszcze nie do końca to czułem. Coś musi być jednak na rzeczy, skoro 15 lat później nazwisko Cassavetesa powraca. 

"Nieulotne"
Twórca "Kobiety pod presją" nie robił jednak tak długich przerw między kolejnymi filmami. Od premiery Pańskiego poprzedniego dzieła, czyli "Nieulotnych", minęło sześć lat. Kawał czasu.

Zmarnowałem trzy lata na adaptację "Morfiny" Szczepana Twardocha. Byłem pewny, że ją nakręcę. Pracowałem nad scenariuszem z prawdziwym dream teamem: Twardochem, Orbitowskim, a potem jeszcze z Żulczykiem. Myślę, że odwaliliśmy kawał dobrej roboty. Mieliśmy jednak pecha do producenta. Dziwna postać. Nawet nie chce mi się o nim gadać. Przez te trzy lata mydlił nam oczy, a na końcu okazało się, że nie zrobił nic. Zabrałem wtedy Twardocha do Włoch do moich przyjaciół. Chcieliśmy odpocząć i zastanowić się, co dalej. To właśnie tam narodził się pomysł na "Słodki koniec dnia".

Tak jak Pan wspominał: w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. "Słodki koniec dnia" ma najbardziej zwarty, najprecyzyjniej skonstruowany scenariusz z Pańskich dotychczasowych filmów. Ciekawi mnie, na ile jest to zasługa jego współautora, czyli Szczepana Twardocha.

Myślę, że kluczowa była w tym przypadku współpraca z producentką Martą Chabior, która nie dawała sobie wciskać kitu. Producentom można czasem wmówić, że wszelkie scenariuszowe mankamenty naprawi się później. Na Marcie moje zapewnienia nie robiły żadnego wrażenia. Jeśli scena była za długa albo czegoś w niej brakowało, musiałem od razu brać się za jej ulepszanie. Ze Szczepanem pracowaliśmy nad tą historią wspólnie w trakcie podróży po Włoszech. Po powrocie do Polski on zajął się kończeniem powieści "Król", a ja ślęczałem nad scenariuszem. Później wysłałem mu dwie kolejne wersje tekstu, aby wiedział, w jakim kierunku poszedłem. 

"Słodki koniec dnia"
To chyba nie była łatwa współpraca. Każdy z Panów ma wyrazistą osobowość i zapewne lubi stawiać na swoim.

Ta współpraca okazała się nie tylko niełatwa, ale także nie do końca spełniona. Szczepana ciągnęło w jedną stronę, mnie w drugą. Jestem dużo mniej wyrazisty niż Twardoch. Przędę swoje historie bardzo cienkimi nićmi, inwestuję w nastrój, ciszę, w w której jest gęsto od emocji. Szczepan wali piąchą w ryj, jest konkretny, ale też erudycyjny. Lubię jego pisanie.

Wydaje mi się – i proszę to potraktować wyłącznie jako komplement – że tym, co na pewno Panów łączy, jest wyczucie stylu i zamiłowanie do klasycznej elegancji. Mówiąc krótko, Panowie się dobrze ubierają. 

Dziękuję. Obaj mamy także zajawkę na stare zegarki. Jeśli chodzi o mój stosunek do mody, to najlepiej oddaje go chyba mem, który widziałem niedawno w Internecie. Po lewej stronie zdjęcie wychodzącego z klubu megaeleganckiego Jamesa Stewarta w meloniku, płaszczu i krawacie. Po prawej stronie paryski pokaz haute couture z 2019 roku, a na wybiegu facet w sukience z różową peruką. Na dole komentarz: coś się chyba komuś popier... Przechodziłem w życiu przez różne fascynacje, ale warkoczyki i spódniczki to chyba jednak nie jest mój klimat. Swoją drogą wie Pan, że nikt mnie jeszcze nigdy w wywiadzie nie pytał o modę?

Ciekawy temat.

Kiedyś na festiwalu w Gdyni spotkałem Jerzego Skolimowskiego. Miał na sobie piękne wiśniowe polo. Mówię mu: Jerzy, fantastycznie ci w tym. On na to: dostałem od Jacka Nicholsona. Podeszła do nas z koleżanką Ewa, partnerka Jerzego. Usłyszała końcówkę naszej wymiany zdań i z niesmakiem stwierdziła: no patrz, kur..., a ci gadają o ciuchach.


Jacek Borcuch (ur. w 1970 roku w Kwidzynie) - reżyser, scenarzysta, aktor. Absolwent Studium Aktorskiego w Gdyni. Jako reżyser zadebiutował w 1999 roku offową komedią "Kallafiorr". Uznanie publiczności oraz krytyków przyniosły mu nakręcone pięć lat później "Tulipany". Jego kolejny film "Wszystko co kocham" zgarnął m.in. Orła za scenariusz oraz nagrodę publiczności na festiwalu w Gdyni. Tegoroczny "Słodki koniec dnia" zdobył nagrodzony na Sundance za kreację Krystyny Jandy. 

* Główne zdjęcie pochodzi z gettyimages.com, autor: Jerod Harris
5