Bartosz Czartoryski

Smerfetki z Marvela

Hotspot
/fwm/article/Smerfetki+z+Marvela-142898
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/G%C5%82os+na+Bogarta-114393
BEZ KOMENTARZA

Głos na Bogarta

Podziel się

Pomagaj potrzebującym, szanuj wolność innych, broń własnej, traktuj innych tak, jak chcesz być traktowany.

W kinie Ostatni Sprawiedliwy zostaje wynagrodzony korzystnym światłem i podziwem publiczności, więc ostatecznie opłaca mu się być przyzwoitym. Ta sama cecha poza ekranem traktowana jest raczej jako ekscentryczna fanaberia.  

Po apokaliptycznej bitwie z armią zbirów, którą John McClane stacza w pojedynkę na terenie lotniska w "Szklanej pułapce 2", przychodzi moment wytchnienia. Żona bohatera wysiada z samolotu, który dotychczas krążył bezradnie nad Waszyngtonem. "Podobno na lotnisku byli terroryści" – mówi, wpadając mu w ramiona. John, pokonując ból, uśmiecha się tylko nieznacznie – "Ja też o tym słyszałem". On wie, my wiemy, nie ma powodu kłapać wiele dziobem. Bohater Humphreya Bogarta z "Sokoła maltańskiego" też nie zniżyłby się do próżnych przechwałek, wyłudzenia aplauzu czy domagania sprawiedliwości rozumianej jako nagroda za dobre sprawowanie. Robi po prostu to, co musi być zrobione. McClane trzyma chociaż w ramionach ukochaną; "zwycięstwo" Bogarta najpewniej oznacza dla niego wybite zęby, podbite oko, zawód miłosny i straty finansowe. W przyziemnym, wymiernym sensie – to się zwyczajnie nie opłaca.

RÓB, CO NALEŻY

Nietrudno zrozumieć, dlaczego tak pojmowana przyzwoitość nie jest tematem szczególnie gorącym we współczesnym kinie. Pół biedy, gdy egzekwuje się ją za pomocą gnata. A przecież rozłożenie w pojedynkę bandy uzbrojonych terrorystów niekoniecznie jest trudniejsze niż prowadzenie uczciwej, dochodowej firmy i pozostanie przy tym porządnym człowiekiem. Tak przynajmniej wygląda to w "Roku przemocy" w reżyserii J.C. Chandora, w którym Oscar Isaac wciela się w nowojorskiego przedsiębiorcę handlującego olejem opałowym, robiącego wszystko, by odnieść sukces finansowy, nie naginając prawa i nie chodząc na skróty. Nie jest to łatwe, gdy konkurencja wynajmuje uzbrojonych oprychów. Akcja toczy się w roku 1981, ale ta determinacja, by "robić, co należy", przywołuje atmosferę amerykańskiego kina lat 70., ze szczególnym uwzględnieniem filmów Sidneya Lumeta. "Całe życie robiłem wszystko, by nie zostać gangsterem" – mówi Abel Morales i widać, że ta decyzja nie ma w sobie nic z łatwizny, rezygnacji czy tchórzostwa. Abel, podobnie jak bohaterowie Lumeta, pokazany jest jako prawdziwy heros porywający się na zadanie największego kalibru.
Nie brakuje dziś bohaterów walczących o równość i sprawiedliwość, ale od czarnych charakterów różnią się najczęściej jedynie tym, że grają w naszej drużynie.
Darek Arest

Najbardziej uderzającą zaletą filmu, poza rolą Isaaca, jest właśnie ta jego niedzisiejszość. Jasne, nie brakuje dziś bohaterów walczących o równość i sprawiedliwość, ale jeśli nie są oni superherosami w stylu Marvela, to od czarnych charakterów różnią się najczęściej jedynie tym, że grają w naszej drużynie. Kino postmodernistyczne promuje raczej uroczych łotrów, pokazując płynność granic, których tak zawzięcie broni Morales. Nie jest on przecież naiwniakiem; wie po prostu, że jego metoda może sprawdzić się tylko jako system, w którym nie ma miejsca na ustępstwa. Wszystko albo nic. Tylko zasady społeczne tworzą cienką strukturę oddzielającą człowieka od błota pod jego stopami. John McClane oczywiście nie walczy w imię takich zasad – po prostu bije po mordzie tych, którzy weszli mu w paradę, ale nad zwykłym człowiekiem ma tę sama przewagę, co Morales i Bogart. Nawet jeśli scenarzysta nie zechce wynagrodzić ich poświęceń happy endem, to zawsze mogą zaufać oku kamery, która sprawi, że ich przyzwoitość zabłyśnie na ekranie w całym seksapilu. Dola sprawiedliwego zostanie mu wypłacona w korzystnym oświetleniu, podniosłej muzyce i podziwie publiczności.

WYPŁATA W MEDALACH

W życiu nie jest oczywiście tak wesoło, na co uwagę zwraca Rafał Ziemkiewicz, który po śmierci Władysława Bartoszewskiego zdemaskował jego powiedzonko, mówiące o tym, że "warto być przyzwoitym" jako poczciwy, nieprzystający do prawdziwego świata banał. Bo okazuje się, że jednym warto, a innym nie warto. Bartoszewskiemu było warto – pisze felietonista – bo w sędziwym wieku poparł środowisko, które zapewniło mu powszechne uznanie, tytuły i honory. Ale przecież inni, równie przyzwoici, nie mieli tyle szczęścia. Najlepiej według autora pokazuje to filmowy "Wałęsa" Andrzeja Wajdy, w którym postać "wygodnej" dla władzy Henryki Krzywonos wyrugowała z fabuły "niewygodną" Annę Walentynowicz. "Natomiast na tym tutaj łez padole zdarzyć się może co najwyżej, że ktoś przyzwoity przetrwa jakimś cudem historyczne katastrofy, w których równie przyzwoitych jak on, a może nawet i przyzwoitszych, zgnojono i wykończono setkami tysięcy – bez chwały, pomsty i dziedziców". Słowem, według Ziemkiewicza, warto być przyzwoitym pod warunkiem, że zrobią potem o tobie film, trafisz na okładkę "Gali", a za doznane krzywdy zapłacą ci w "chwale, pomście i dziedzicach". W a r t o być przyzwoitym, kiedy się to o p ł a c a. Nie dlatego, że przyzwoitość reprezentuje jakieś – bo ja wiem – w a r t o ś c i. 

Nie wszyscy mamy szansę na pomstę czy chwałę i miejmy nadzieję, że nie o każdym przyzwoitym człowieku powstanie kiedyś film. Ale filmowcy potrafią czasem z tematu nieefektownej, codziennej przyzwoitości stworzyć doskonałą rozrywkę. Wspomnijmy bohaterkę serialu "Parks and Recreation", która wypruwa sobie flaki dla dobra mieszkańców rodzinnego Pawnee w stanie Indiana. Jej wysiłki lekceważy nie tylko lokalna społeczność, dla której Leslie Knope poświęca się bezgranicznie. Nie wynagradza ich nawet spojrzenie kamery, która skwapliwie wyłapuje każde jej potknięcie i kompromitację. Największym problemem, który stanął przed twórcami tego znakomitego sitcomu, było ryzyko, że widzowie odczytają jej bezkompromisowy idealizm jako dowód naiwności czy nawet przejaw kretynizmu. Serial, który zakończył w tym roku swój siedmiosezonowy żywot, ucieka od łatwizny ukazywania polityki jako cynicznych gier toczonych na szczytach władzy i pokazuje bohaterkę autentycznie zafascynowaną ideą demokracji i służby społecznej. Pełną ludzkich słabości i jednocześnie silną tą bogartowską przyzwoitością.



PARK JAKO OSTOJA DEMOKRACJI

Sprzątanie psich kup, segregowanie śmieci, wpuszczenie innego kierowcy na swój pas, stawanie w obronie słabszych i reagowanie na uliczną przemoc – nie jest łatwo wydobyć z tego heroizm. Że takie wartości nie podbijają naszego szołbiznesu to jedno, ale dlaczego nie domagamy się ich od ludzi decydujących o naszej codzienności? Gdy w debacie telewizyjnej przed ostatnimi wyborami usłyszałem, że "W sprawie uchodźców trzeba zachować się przyzwoicie", poczułem się nieswojo. Zdanie to, w otaczającym je bełkocie, zabrzmiało tak czysto jak dobry one-liner z czarnego kryminału. Nie trzeba go tłumaczyć, owijać watą; każdy wie mniej więcej, co znaczy być przyzwoitym wobec ludzi uciekających przed wojną. Oczywiście, łatwiej być przyzwoitym, kiedy nie ma się realnej władzy (ugrupowanie, w imieniu którego wypowiadał się Adrian Zandberg nie przekroczyło progu wyborczego), ale robić to, co należy, trzeba zwłaszcza wtedy, kiedy nie jest to łatwe, a nie, gdy przypadkowo zgrywa się to akurat z naszymi planami na popołudnie. I chociaż słowa nic nie kosztują, "przyzwoitość" nie cieszyła tego wieczoru jakimś specjalnym powodzeniem, co znaczy pewnie, że według ekspertów politycznego PR-u nie można zbić na nim kapitału politycznego; że "przyzwoitość" nam po prostu nie imponuje. Tam, gdzie idzie o spektakl, przegrywa ono konkurs popularności z tak chętnie nadużywanymi pojęciami, jak: "godność", "hańba", "prawda", z którymi człowiek w miarę sprawny w języku może zrobić, co mu się podoba.

Jednak im silniej "postmodernistyczna" nasza rzeczywistość, tym mocniejsza staje się figura kogoś, kto nigdy nie puszcza oczka, mówi to, co myśli, robi to, co musi być zrobione, dla kogo cel nie uświęca środków, a gdy przychodzi kontrola z urzędu skarbowego, nie ma przed nią nic do ukrycia. Nie bez powodu amerykańskie czarne kryminały z Bogartem nadają ponad ograniczeniami regionalnych kultur, a stare amerykańskie filmy Lumeta komentują współczesną polską rzeczywistość. Siła słowa i kryjących się za nim wartości leży w jego prostocie i trzeba tej prostoty bronić, jeśli chcemy liczyć na przyzwoitość także wtedy, gdy nie będziemy trzymać akurat w garści rewolweru, mieć przewagi liczebnej, ani nawet głosu w programie telewizyjnym. Oczywiście przyzwoitość także definiują jakieś zasady, ale w obrębie europejskiego społeczeństwa sprawa nie jest szczególnie skomplikowana. Twoja obecność nie powinna czynić świata gorszym miejscem. Pomagaj potrzebującym, szanuj wolność innych, broń własnej, traktuj innych tak, jak chcesz być traktowany. Bądź raczej Johnem McClanem niż Hansem Gruberem. Tyle. Dość na niejeden dobry film, a może nawet na coś więcej.
16