Zły reżyser, dobry film - polecamy 5 tytułów

Filmweb
https://www.filmweb.pl/news/Z%C5%82y+re%C5%BCyser%2C+dobry+film+-+polecamy+5+tytu%C5%82%C3%B3w-137649
Zły reżyser, dobry film - polecamy 5 tytułów
Nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę. W myśl tego przysłowia - i tuż po zestawieniu nieznanych filmów znanych reżyserów - polecamy Wam kilka produkcji, którym wciąż nie możemy się nadziwić. Choć ich twórcy Oscary oraz Złote Globy mają dożywotnio z głowy, przynajmniej raz - a bywało, że i dwa - zasiali ziarno wątpliwości. A co jeśli wcale nie minęli się z powołaniem? 


Więcej filmowych propozycji znajdziecie w naszej sekcji na stronie głównej #ZOSTAŃWDOMU

***


Uprzedzamy głosy oburzenia. Tak, widzieliśmy "Ukryty wymiar", niektórzy z nas należą nawet do fanklubu. Ale przekornie stawiamy na lżejsze klimaty oraz późniejszy okres twórczości Paula W.S. Andersona. W tej adaptacji klasycznej powieści Aleksandra Dumasa kino przygodowe ala Errol Flynn spotyka steampunk, cyfrowa ekstrawagancja idzie w parze z kolejnymi, aktorskimi szarżami, a na ekranie świetnie bawią się m.in. Milla Jovovich, Orlando Bloom, Mads Mikkelsen i Christoph Waltz. Strzelaniny, pościgi, słowna szermierka, latające maszyny i ostre szpady. Mówiąc krótko, awantura godna muszkieterów oraz ich niespodziewanego fana. 



***


Hollywoodzki wyrobnik Rob Cohen ma w reżyserskim portfolio kilka perełek złego smaku: "Alexa Crossa", "Chłopaka z sąsiedztwa", "Tunel"... Ale ma też tzw. doświadczenie pokoleniowe, z którym warto skonfrontować się po latach. Oglądając współczesne odsłony serii, trudno uwierzyć, że pierwszy film miał zupełnie inne ambicje - scenarzystom wymarzył się soczysty dramat z nielegalnymi wyścigami w tle. Reżyser spełnił rzeczone ambicje na tyle, na ile potrafił: relacja bohaterów jest zarysowana sprawnie, Paul Walker i Vin Diesel mają charyzmę i energię, a sceny wyścigów nie przypominają jeszcze zabawy nadpobudliwego pięciolatka zderzającego w powietrzu dwa samochody. Czy jest to najlepsza część serii? Nie rozśmieszajcie nas. Czy świat byłby bez niej smutniejszym miejscem? To również pytanie retoryczne. 


***

"Rampage", reż. Uwe Boll (vod.pl)

Mistrz. Król. Legenda. Praktycznie przez całą karierę niemiecki twardziel Uwe Boll był w życiowej formie. Nakręcił więcej okropnych filmów niż ustawa przewiduje - nawet ta, która pozwalała mu eksploatować rodzimy system podatkowy i zbierać zaskakująco spore fundusze, pomimo kolejnych klap finansowych. Bywało jednak i tak - tutaj odważnie wskażemy poniższy odcinek programu "Dwa oblicza" - że dało się jego filmy obejrzeć bez bólu zębów. "Rampage" opowiada o facecie, który ubiera się jak na wojnę, chwyta za karabin i zaczyna siać spustoszenie na ulicach spokojnego miasteczka. Czy to wystarczająco dużo na kino? Pewnie nie, ale podejrzewamy, że nawet ten scenariusz dało się jakoś zepsuć. Dzięki, Uwe! 


***


Marcus Nispel - facet lubiący babrać się w sztucznych flakach i syropie klonowym - zaczął nieźle, od przyzwoitego remake'u "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną". Potem jednak zjechał po równi pochyłej - na samym dnie czekała mizerna adaptacja "Conana Barbarzyńcy". I choć, mówiąc szczerze, jego pozycja w tym rankingu jest chyba w najmniejszym stopniu zasłużona, tak naprawdę bardzo chcieliśmy oddać sprawiedliwość jego wersji "Piątku 13-go". To nie tylko najkrwawsza i najodważniejsza erotycznie odsłona cyklu. To również pierwszy film, w którym Jason Voorhees nauczył się biegać. Casus "Halloween" w wydaniu Roba Zombiego - nie jest to najlepsza część serii, ale zdecydowanie najbrutalniejsza i najbardziej przerażająca wersja kultowego antybohatera. Tego faktu - w przeciwieństwie do marnego scenariusza i głupich jak słup telefoniczny bohaterów - nie możemy zignorować.
 

***

"Szklana pułapka 2", reż. Renny Harlin (Chili, Raktuen)

Na koniec odwieczna dyskusja o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad kolejnymi świętami Bożego Narodzenia. Choć powszechnie przyjęło się uważać pierwszą część serii za niedościgniony ideał, są tacy, którzy nie boją się linczu, stawiając wyżej drugą odsłonę przygód Johna McClanea. I spora w tym zasługa fińskiego reżysera Rennyego Harlina, którego hollywoodzkie drogi okazały się niestety zbyt kręte i wyboiste. Później było jeszcze wyśmienite "Na krawędzi", czasem też ratowali go doskonali scenarzyści formatu Shanea Blacka ("Długi pocałunek na dobranoc"), ale na resztę dokonań można spuścić zasłonę milczenia. A co do samego filmu? Chyba nie ma nawet o czym mówić. Dwa razy więcej trupów, przepoconych podkoszulków, czarnych charakterów i zabójczych one-linerów. Klasyk. 

Udostępnij: