Diana Dąbrowska

Jean-Paul Belmondo: Łobuz nigdy nie traci tchu

Persona
/fwm/article/Jean-Paul+Belmondo%3A+%C5%81obuz+nigdy+nie+traci+tchu-143795
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Rozmawiamy+z+Rolandem+Emmerichem-118154
WYWIAD

Rozmawiamy z Rolandem Emmerichem

Podziel się

Twórcę "Dnia niepodległości: Odrodzenia" przepytuje dla Filmwebu Anna Bielak.

Wyobraź sobie, że pojawiasz się w Hollywood. Stoisz przed bramą do krainy snów i wydaje ci się, że możesz wszystko. A potem słyszysz, że gatunek science fiction jest martwy – wspomina Roland Emmerich. Była połowa lat 90., a on się uparł i nakręcił "Dzień Niepodległości" (a oprócz tego parę innych filmów jak "Pojutrze", "Anonimus", "2012" i "Gwiezdne wrota"). Zdaniem Stevena Spielberga to film, który przez dwadzieścia ostatnich lat był punktem odniesienia dla wielu młodych twórców. Czas jednak na zmianę warty. Nowemu pokoleniu należy się własna legenda – z Liamem Hemsworthem w roli głównej.

***


Anna Bielak: Wszyscy wiedzieliśmy, że oni kiedyś wrócą. W 1996 roku, zgodnie z obliczeniami Davida Levinsona (Jeff Goldblum), podczas ataku kosmitów zginęło 3 miliardy osób. Wielu bohaterów chciało pomścić swoich bliskich. Dlaczego tak długo czekali na tę okazję? 


Roland Emmerich: Bo ja nie lubię sequeli (śmiech). Choć chciałbym wierzyć, że "Dzień Niepodległości: Odrodzenie" nie jest jednak sequelem typowym. Klasyczna kontynuacja jest dziś realizowana praktycznie natychmiast, jeśli dany film odniósł komercyjny sukces. Ja czekałem na właściwy moment. Akcja "DN: Odrodzenia" rozgrywa się dwie dekady później i w trochę innej rzeczywistości, bo przez ten czas świat mocno się zmienił. Poza tym pokolenie tych, którzy rządzili w latach 90., prawie już ustąpiło miejsca nowemu. 

Istotnych zmian nie widać za to w Twojej filmografii. Większość opowieści Rolanda Emmericha to epickie mieszanki science fiction i kina katastroficznego. Jesteś zwolennikiem rozwalenia tego, co jest?

(śmiech i chwila zastanowienia) Wyobraź sobie, że pojawiasz się w Hollywood. Stoisz przed bramą do krainy snów i wydaje ci się, że możesz wszystko. A potem słyszysz, że gatunek science fiction jest martwy. Co za bzdura! – pomyślałem. Przecież pojechałem do Kalifornii, żeby kręcić filmy science fiction! Uparłem się i w 1994 roku nakręciłem "Gwiezdne wrota", choć rzeczywiście nie Hollywood, ale tylko kilku Francuzów było autentycznie zainteresowanych tym projektem (film powstał we francusko-amerykańskiej koprodukcji – przyp. red.). Potem zaczęła mnie prześladować myśl, jak jednocześnie zrobić film o inwazji kosmitów i odświeżyć gatunek, by zaciekawić producentów i publiczność w USA? Ponieważ jestem fanem kina katastroficznego lat 70., postanowiłem dać się ponieść wyniesionym z niego inspiracjom i zmieść kilka miast z powierzchni ziemi. Najazd kosmitów bardzo mi w tym pomógł. I to chwyciło. I nagle wszyscy chcieli więcej!

Film odniósł nieprawdopodobny sukces. Pokolenie urodzone w połowie lat 80. wspomina "Dzień Niepodległości" z nostalgią. Mnie ten film kojarzy się z doświadczeniem inicjacyjnym, bo obok "Parku Jurajskiego" Stevena Spielberga był jednym z pierwszych, jakie oglądałam w kinie. 


Ciekawe, że wspominasz Spielberga. To mój idol! 
Spielberg to mój idol! Pamiętam nasze spotkanie, które odbyło się pół roku po premierze filmu. Zaprosił mnie na drinka i powiedział, że "Dzień Niepodległości" będzie inspiracją dla twórców przez kolejne dekady. Ale ty powinieneś uważać!, dodał.
Roland Emmerich
Co więcej, pamiętam nasze spotkanie, które odbyło się pół roku po premierze filmu. Zaprosił mnie na drinka i powiedział, że "Dzień Niepodległości" będzie inspiracją dla twórców przez kolejne dekady. Ale ty powinieneś uważać!, dodał. Wtedy trochę nie wiedziałem, co ma na myśli. Nie zgodziłem się na produkcję drugiej, piątej i ósmej części "Dnia Niepodległości", ale zacząłem realizować filmy, które go przypominały. To była pułapka, o której mówił i w którą wpadłem. 

Paul Verhoeven powiedział, że nie chce już kręcić filmów science fiction, bo na topie są wyłącznie filmy superbohaterskie.

Absolutnie się z nim zgadzam, choć na topie nie przestało być dokonywanie zniszczeń (śmiech). Spójrz właśnie na produkcje ze stajni Marvela! W Holandii Verhoeven robił jednak zupełnie inne filmy niż w Hollywood. Ja byłem zakochany w science fiction od zawsze, więc dostosowanie się do pracy w amerykańskim systemie nie było szokiem dla organizmu. I prawdopodobnie dlatego ja wciąż jestem w Hollywood, a Paul nie – bo nie mógł już znieść tego, co się tam dzieje. Totalnie to rozumiem. Generalnie też jestem fanem oryginalnych scenariuszy i zawsze czekam na filmy powstające na ich podstawie. Bardzo podobała mi się "Grawitacja" i "Interstellar". A "Batman v Superman. Świt Sprawiedliwości" trochę mnie rozśmieszył, kiedy zdałem sobie sprawę, że matki jednego i drugiego bohatera mają na imię Martha. Oho! Jednak mają coś wspólnego! – pomyślałem. Trochę teraz żartuję, bo w zasadzie nie mam nic przeciwko seriom. Lubię filmy z superbohaterami w rolach głównych i podoba mi się w Hollywood, więc staram się po prostu znaleźć wśród nich miejsce dla siebie i swojego kina. Chociaż z każdym rokiem rzeczywiście jest coraz trudniej.

W jakim sensie?

Potrzeba dużo ekwilibrystyki, żeby ktoś zainteresował się wyprodukowaniem filmu science fiction, w którym owych superbohaterów nie ma.

Czy powinniśmy się spodziewać trylogii?

Mówiąc szczerze, kiedy zdecydowałem się nakręcić sequel, powiedziałem wszystkim, że skoro robimy krok w tę stronę, powinniśmy widzieć opcję franczyzy na horyzoncie. Mam mnóstwo pomysłów, które chciałbym jeszcze wykorzystać. Mam swój styl i ulubione elementy, do których trochę obsesyjnie wracam, ale nic na to nie poradzę i… chyba nie chcę. Po co więc realizować kolejny à la "Dzień Niepodległości", kiedy można kontynuować rozpoczętą w nim historię? Zobaczymy jednak, co się wydarzy.

Jesteś bardzo wrażliwy na to, co dzieje się na świecie. W filmie z 1996 roku kobiety były słabymi, drugoplanowymi bohaterkami. Dziś rządzą (pani prezydent Landford), prowadzą badania naukowe (dr Catherine Marceaux) i pilotują statki kosmiczne (Patricia Whitmore).


Oczywiście! Uważam, że trzeba być czujnym i zawsze brać pod uwagę aktualne społeczno-kulturowo-polityczne tendencje na świecie. Chciałem, żeby w filmie kobiety miały władzę i były aktywne. Położyłem na to szczególny nacisk, bo nad scenariuszem pracowałem z czterema facetami (James A. Woods, Nicolas Wright, Dean Devlin i James Vanderbilt – przyp. red.), więc siłą rzeczy w powietrzu i tak unosiło się za dużo testosteronu (śmiech). 

A jak udało Ci się nakłonić Charlotte Gainsbourg, żeby zagrała w katastroficznym filmie science fiction? Przywykliśmy do tego, że pojawia się głównie w artystycznych, europejskich produkcjach.


Ha! Jestem jej fanem i dużym szczęściarzem. I mój prawnik jest także prawnikiem Charlotte (śmiech). Któregoś dnia poszedłem do niego i powiedziałem: John… gdybyś przez przypadek rozmawiał na dniach z Charlotte Gainsbourg, może mógłbyś delikatnie zapytać, czy ewentualnie, jeśli miałaby czas i ochotę, byłaby zainteresowana rolą w "DN: Odrodzeniu"?

Jaka była reakcja Charlotte?

John… ale ja?!? (śmiech) Zadzwoniła do mnie jednak, nasza rozmowa poszła bardzo dobrze i jakiś czas później znalazła się na planie. Przez pierwsze dni była odrobinę zagubiona. Dopytywała, co skrywają bluescreeny. – Roland, co tu będzie? – Afrykańska sawanna, odpowiadałem. – A tam statek kosmiczny. To było urocze. Kiedy oswoiła się z planem, brylowała, bo to znakomita aktorka.

Getty Images © Stuart C. Wilson


Tobie się nie poszczęściło, kiedy zdecydowałeś się odejść na chwilę od oswojonej poetyki, żeby nakręcić film społeczny. Rok temu do kin (choć nie w Polsce) trafił "Stonewall" i poniósł porażkę.

Wyprodukowałem "Stonewall" za własne pieniądze i byłem bardzo rozczarowany, że był taką klapą w box-offisie! Wydawało mi się, że realizując film o tym, co wydarzyło się w 1969 roku w środowisku LGBT w Nowym Jorku, robię coś naprawdę dobrego dla swojej społeczności (Stonewall to gejowski pub w Greenwich Village w Nowym Jorku, w którym miały swój początek zamieszki związane z dyskryminacją mniejszości seksualnych. Uważa się, że wydarzenia te zapoczątkowały amerykański, a w konsekwencji i światowy ruch walki o prawa LGBT – przyp. red.). Tymczasem wszystko, co dostałem w zamian, to nienawistne komentarze.

Jak sądzisz, dlaczego tak się stało?

Dużą częścią winy obarczyłbym internet. I trailer, który przygotowaliśmy. Nie chciałem w trzech minutach sprzedać treści całego filmu, więc zdecydowałem się skupić na jednym, spośród wielu, filmowych bohaterów – na Dannym (Jeremy Irvine – przyp. red.). Większość protestujących w 1969 roku miała biały kolor skóry. Walczyłem jednak ze scenarzystą o to, byśmy zróżnicowali etnicznie naszych bohaterów. Nie myśleliśmy o tym jednak, montując trailer, więc kiedy trafił do sieci, momentalnie posypały się komentarze, że pierwszy kamień rzuciła czarnoskóra kobieta po zmianie płci, a nie biały mężczyzna. I rozpoczęła się nagonka. 90-letnia czarnoskóra transseksualistka nawoływała nawet do zbojkotowania filmu! Twierdziła, że wybielam (whitewash) jej Stonewall. Nie mogłem w to uwierzyć. Poprosiliśmy nawet o wsparcie Larry’ego Kramera, jednego z najbardziej szanowanych amerykańskich aktywistów walczących o prawa społeczności LGBT, ale to nam już w niczym nie pomogło. Internetowy hejt zrobił swoje.


A Ty? Robisz swoje? Mówimy o walce o wolność i niepodległość. A od czego musi być niepodległy dobry reżyser filmowy? 

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na takie pytanie, bo z jednej strony jako reżyser wysokobudżetowych produkcji potrzebuję pieniędzy z hollywoodzkiego studia, z drugiej jako artysta chcę być wolny i móc podejmować autonomiczne decyzje. Kiedy stoi się w takim rozkroku, utrzymanie równowagi to wyzwanie. Znalezienie swojego miejsca w systemie też nie jest łatwe. Spójrz na plany produkcyjno-dystrybucyjne, wszystko jest ustalone na kilka lat do przodu. Patrzę na to i zastanawiam się, co stało się z tym przemysłem?

A co stało się z Willem Smithem? Nie wrócił na plan "DN: Odrodzenia", chociaż zrobili to m.in. Jeff Goldblum, Bill Pullman, Judd Hirsch.

Sprawa jest niestety dosyć prosta. Opowiedzieliśmy Willowi Smithowi, jaki mamy pomysł. Bardzo mu się spodobała nasza koncepcja na sequel, ale zanim na poważnie zajęliśmy się pisaniem scenariusza, minęło ponad dwa lata. W międzyczasie Smith nakręcił "Facetów w czerni 3" i zaczął pracować na planie  "1000 lat po Ziemi", który miał być pierwszą częścią planowanej trylogii. Nie został po nich z najlepszym wspomnieniami ani recenzjami. Uznał, że nie może w kółko grać w filmach science fiction o ojcach i synach, bo to rujnuje jego karierę. Zrezygnował więc z udziału w "DN: Odrodzeniu". Byłem tym bardzo zmartwiony i trochę zły, bo napisaliśmy dla niego dwie wersje scenariusza. Ale musiałem się z tym pogodzić. A przyjaciele i moja siostra nie pozwolili mi porzucić tego projektu. Roland, świat musi to zobaczyć i nikt poza tobą nie zrobi tego filmu!, powtarzali. Kolejne dwa lata poświęciłem więc na pisanie kolejnego scenariusza – tego, który posłużył już za podstawę "DN: Odrodzenia". Podekscytował mnie pomysł, żeby się skupić na opowieści o młodym pokoleniu. Studio było na tak. I pojawił się Liam Hemsworth.

Jak to się stało?

Pokazaliśmy mu scenariusz. Cóż, nie miał wyjścia. 
14