11 filmów idealnych na prima aprilis i początek wiosny

Filmweb /
https://www.filmweb.pl/news/11+film%C3%B3w+idealnych+na+prima+aprilis+i+pocz%C4%85tek+wiosny-42080
Dziś 1 kwietnia. Dzień szczególny i wyjątkowy, w którym wszyscy dzielą się radością. Podstawić komuś nogę, wyłączyć serwer, powiedzieć, że mama wpadła pod samochód, wszystko to dowcipy w starym dobrym stylu. My proponujemy Wam jednak co innego. Otóż chcielibyśmy przedstawić 11 wyjątkowych filmowych propozycji, a każda z innej beczki. Nie starajcie się znaleźć między nimi klucza, kodu czy korespondencji. Jest jak jest, dziś w końcu prima aprilis.

"Różowe Flamingi"
Na kogo jak na kogo, ale na Johna Watersa zawsze można liczyć, a "Różowe Flamingi" to absolutna klasyka złego smaku. Czysta filmowa prowokacja, która przekracza wszelkie granice przyzwoitości i nic sobie z tego nie robi. A do tego wielka rola Divine. Film tylko dla widzów dorosłych oraz żart, jakiego długo nie zapomnicie.



"Plan dziewięć z kosmosu"
Każdy ma w życiu jakieś marzenia. Ed Wood zawsze pragnął kręcić filmy. I jak postanowił, tak zrobił. Pasja, ciężka praca i konsekwencja sprawiły, że został ochrzczony najgorszym reżyserem świata. Jego przerażające horrory wciąż bawią i zaskakują. A sam Wood stał się symbolem miłości do kina, któremu hołd złożył skądinąd znakomity Tim Burton.




"Komando"
Mark L. Lester (twórca znamienitego obrazu "Pterodaktyl") i Arnold Schwarzenegger u progu wielkiej kariery. Świetne kino akcji, niepozbawione specyficznego tyrolskiego humoru. Absolutny klasyk i niezapomniany dialog Arniego ze szczwanym kurduplem wiszącym głową w dół nad urwiskiem.



"Miłość i śmierć"
Każdy się chyba zgodzi, że zaadaptować cztery tomy Lwa Tołstoja w 82-minutowym fresku historycznym to jest nie lada sztuka. Wsączyć w całość bergmanowską nutę refleksji nad brakiem Boga i niemożność porozumienia między kobietą a mężczyzną potrafi tylko Woody Allen. Dla wszystkich fanów absurdalnej, inteligentnej burleski lektura obowiązkowa.



"Schizopolis"
Steven Soderbergh, nim stał się cenionym mainstremowym reżyserem, nakręcił kilka niezależnych i całkowicie odjechanych produkcji. Znakomita dawka surrealistycznego humoru, na pełnym luzie, inteligentnie i z polotem. Na taki dowcip w prima aprilis zasługuje każdy z inteligencją większą niż 125. A każdy inny może spróbować się zaśmiać.



"Moce ciemności"
Chuck Norris nie ma oporów przed skapiszonowaniem gęby samemu diabłu. Ten, który potrafi zmieścić internet na dyskietce, wciela się tu w postać chicagowskiego policjanta próbującego rozwiązać tajemnicze zbrodnie. Stoi za nimi Prosatanos – wysłannik szatana, uwolniony przypadkowo przez dwóch nierozgarniętych złodziejaszków. Kończyny Chucka mają większą siłę rażenia od księżego kropidła – władca ciemności będzie musiał wrócić pod ziemię, gdzie Saddam Husajn wciąż marzy o penetracji kolejnych niezbadanych zakątków...

"Orgazmo"
Porządny mormon zostaje aktorem porno, gdzie wciela się w postać erotycznego superbohatera stając się seks-sensacją Ameryki. Na pomysł takiego filmu wpaść mogli tylko Matt Stone i Trey Parker, twórcy serialu "Miasteczko South Park". "Orgazmo" to szalona komedia, która niczego nie udaje i zrealizowana została tylko w jednym celu – bawić. Jest to idealna propozycja dla wszystkich tych, którym prima-aprilisowe wyszły bokiem.

"Kleopatro do dzieła"
Brytyjscy komicy z zespołu "Carry On" tym razem wyśmiewają się i ze Starożytnych i z Amerykanów produkujących rozdmuchane filmy historyczne. Wykorzystując pozostałości po scenografiach słynnej "Kleopatry", wywrócili historię ostatnie władczyni Egiptu całkowicie do góry nogami. "Kleopatro do dzieła" udowadnia, że dobry żart nigdy się nie starzeje.

"Carrie"
Zanim postanowicie zrobić sobie z kogoś dowcip, dobrze się zastanówcie. Czasem taki żart przynosi więcej szkody niż pożytku. Owszem nabijanie się ze słabszego może wydawać się zabawne. Co jednak, kiedy słabym okażecie się wy sami. "Carrie" pokazuje, że nikt tak wspaniale i efektownie nie potrafi się zemścić, jak właśnie ofiara niewybrednych żartów.

"Sen"
Propozycja dla osób, które chcą zrobić dowcip pozerom kreującym się na artystycznych 'znawców'. Jeden z pierwszych filmów Andy'ego Warhola, filmem można nazwać tylko i wyłącznie ze względu na fakt nagrania całości na taśmie. Na widza czeka bowiem nic innego jak pięć i pół godziny wpatrywania się w obraz smacznie śpiącego mężczyzny. Wytrzymać to mogą wyłącznie osoby cierpiące na bezsenność, które tylko w ten sposób mogą doświadczyć tego, czym jest błogi spokój słodkiej drzemki i właśnie pozerzy, którym przez gardło nie przejdzie słowo krytyki na jednego z najciekawszych autorów współczesnych artystów amerykańskich. Na deser można puścić jeszcze "Blow Job" lub któryś z filmów o wielce mówiącym tytule "Strzyżenie". Wszystkie one zostały nakręcone mniej więcej w tym samym czasie.