Nowa szaty, stare problemy - Graliśmy w ulepszone „Kingdom Come: Deliverance”

Filmweb autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Nowa+szaty%2C+stare+problemy+-+Grali%C5%9Bmy+w+ulepszone+%E2%80%9EKingdom+Come%3A+Deliverance%E2%80%9D-165181
Nowa szaty, stare problemy - Graliśmy w ulepszone „Kingdom Come: Deliverance”
Chciałoby się wykrzyczeć głośno: “Mamy to!” Równo osiem lat po premierze gry „Kingdom Come: Deliverance” i ponad pięć po starcie dziewiątej generacji konsol wreszcie otrzymaliśmy natywne wersje tej produkcji na PlayStation 5 oraz Xbox Series X/S. Co istotne, długo oczekiwany update został dostarczony całkowicie za darmo dla wszystkich posiadaczy pierwowzoru, niezależnie od posiadanej edycji – cyfrowej lub fizycznej.



Już na wstępie warto zaznaczyć, że nie jest to ani pełnoprawny remake, ani remaster. Wydawca wyraźnie podkreśla, by nie używać obu tych terminów w kontekście “nowego” „KCD”, bo mamy tu do czynienia ze zwyczajnym portem, który ma zarówno wady, jak i zalety. Do tych ostatnich z pewnością trzeba zaliczyć wprowadzenie rozdzielczości 4K, zdecydowanie lepszej jakości tekstur oraz mocno pożądanego przez te wszystkie lata trybu działania w 60 klatkach na sekundę. Wśród dodatków znajdziemy także półamatorską czeską wersję językową, która od dawna była dostępna na pecetach, ale aż do dziś skutecznie omijała konsole.

Jeśli chodzi o płynność animacji, to od niedawna nie budzi ona większych zastrzeżeń, nie licząc okazjonalnych dropów i przycinek, które bardziej wrażliwych odbiorców potrafią wyprowadzić z równowagi. Słowa “od niedawna” są w tym kontekście kluczowe, bo kiedy otrzymaliśmy pod koniec stycznia opcję przetestowania usprawnionego „Kingdom Come’a”, rozgrywkę trudno było zaliczyć do komfortowej. Na bazowej wersji PlayStation 5 produkt działał absolutnie koszmarnie i wszystko wskazywało na to, że wielka niespodzianka na ósme urodziny okaże się klęską twórców konwersji. Na szczęście deweloperzy dostarczyli przed kilkoma dniami łatę optymalizacyjną, diametralnie poprawiającą doświadczenie i nie jest wykluczone, że kolejna pojawi się w okolicach premiery, czyli wtedy, kiedy czytacie te słowa.



Poza tym wszystko zostało po staremu, a to dlatego, że odpowiedzialna za przygotowanie portu firma Saber Interactive w ogóle nie pochyliła się nad licznymi błędami, które do dziś trapią edycje na konsole Xbox One oraz PlayStation 4. Pani Szczepanka nadal więc kieruje swoją twarz na puste łóżko podczas nocnej rozmowy w Talmberku, bo Henryk w cutscence odjeżdża poza zasięg jej wzroku, a upierdliwy bug okazjonalnie przerywający operację targowania się z handlarzami nadal będzie zamykać nam drogę do interakcji z kupcem, chyba że wczytamy zapisany stan gry. Nie poprawiono nawet takiej błahostki jak niepoprawne liczenie czasu spędzonego w grze, który wyświetla się przy każdym sejwie, więc wciąż na ekranie wczytywania podziwiać będziemy wartości zawyżone w stosunku do rzeczywistych.

Ku mojemu zaskoczeniu, „Kingdom Come: Deliverance” na PlayStation 5 lubił się też zamykać w najmniej oczekiwanym momencie. Co prawda w ciągu 40 godzin zdarzyło mi się to “tylko” siedmiokrotnie, ale trzeba pamiętać, że w tej serii nie istnieje opcja aktywacji quicksave’a bez wypicia Zbawiennego Sznapsa, więc może się zdarzyć tak, że gapiostwo
zostanie ukarane utratą progresu z kilkudziesięciu minut gry. To kolejny dowód na to, że nic nie zmieniło się w stosunku do pierwowzoru, a mogłoby, gdyby poświęcono tego typu kwestiom jakąkolwiek uwagę.



Takie podejście sprawia, że całość może wzbudzić mieszane uczucia i jest to w pełni zrozumiałe. Z jednej strony bowiem dostajemy to, czego oczekiwaliśmy w pierwszej kolejności, czyli działającej płynnie gry i to w wysokiej rozdzielczości, ale na drugim biegunie jest cały garnitur baboli, potrafiący skutecznie popsuć doświadczenie mniej
cierpliwym użytkownikom. Wyznam, że gdybym nie miał wbitych kilkuset godzin w edycję na PlayStation 4, nie przyjąłbym tego portu tak lekko, z tym że ja już wiem, czego się spodziewać i na co uważać, a ludzie zasiadający do tej gry na konsoli po raz pierwszy, takiego komfortu nie mają. Stwierdzenie “nowe szaty, stare problemy” pasuje do tej
produkcji jak ulał.

Być może ułożyłoby się to wszystko inaczej, gdyby pieczę nad projektem sprawowało studio Warhorse, zapewne znające bolączki tej gry od podszewki. Wydawca zlecił jednak przygotowanie konwersji zewnętrznemu zespołowi, a ten ograniczył się wyłącznie do poprawienia wizualnych aspektów erpega. Na to, że coś się w tej kwestii zmieni, już nie liczę, mam więc tylko nadzieję, że deweloperzy nie zaprzestaną dostarczać kolejnych łatek optymalizacyjnych, eliminujących ostatnie problemy z płynnym działaniem produkcji. Rzekłbym, że jesteśmy już blisko, ale sprawa ewidentnie nie jest jeszcze załatwiona.



Poruszone wyżej kwestie nie wpływają jednak na to, że mamy tu do czynienia z najciekawszym przedstawicielem gatunku ostatnich lat i warto się samodzielnie o tym przekonać, jeśli do tej pory nie mieliście okazji. „Kingdom Come: Deliverance” to naprawdę wspaniała gra, która potrafi zauroczyć wielbicieli bardziej hardkorowego podejścia do tematu, o ile, rzecz jasna, będzie on w stanie przyjąć do wiadomości fakt, że to produkcja na swój sposób surowa i drewniana. Dziś nawet bardziej niż jeszcze kilka lat temu, bo wydana rok temu dwójka przyniosła masę poprawek z rodzaju “quality of life”, których próżno szukać w pierwowzorze. W “jedynce” jest za to nieco trudniej, co akurat większość fanów przygód Henryka uzna za zaletę.

W każdym razie jeśli macie dostęp do poprzedniej edycji na konsolach, ale z różnych względów z „Kingdom Come” nie było Wam dotąd po drodze, to spróbujcie dać jej szansę raz jeszcze. A nuż dołączycie do grona apologetów i będziecie wielbić ten produkt po wsze czasy, tak jak niżej podpisany wyznawca kościoła „KCD”.