Veni, vidi, sriczi - oceniamy "Ninja Gaiden: Master Collection"

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Veni%2C+vidi%2C+sriczi+-+oceniamy+%22Ninja+Gaiden%3A+Master+Collection%22-142899
Veni, vidi, sriczi - oceniamy "Ninja Gaiden: Master Collection"
Zamaskowany Ryu Hayabusa - bohater gier z serii "Ninja Gaiden" - jest z nami dłużej niż Sonic, Chun-Li i Pokemony, lecz w zgodzie z niepisanym kodeksem swojej profesji, woli przemykać w cieniu. Co innego, gdy przychodzi do bitki - wbrew popkulturowej tradycji, w dobiegające końca życie swoich wrogów Hayabusa wkracza z subtelnością czołgu, zaś każda rzeź staje się jednocześnie porywającym baletem przemocy. Wydana na konsole mijającej generacji oraz PC kompilacja jego najlepszych przygód pozwala zatańczyć jeszcze raz. I przypomnieć sobie, że aktualna dyskusja o poziomie trudności gier wideo to tylko kontynuacja dyskursu z niedalekiej przeszłości. Wtedy dzieci siedziały przy swoim stoliku. 


"Ninja Gaiden: Master Collection" to trzy gry odsyłające do węzłowego punktu w historii serii, kiedy to machający mieczem zlepek pikseli zamienił się w trójwymiarowego herosa. Dwie odsłony o podtytułach Sigma - skupcie się - są zremasterowanymi wersjami remake'ów oryginalnych gier. Trzecia - "Razor's Edge" - to kompletna edycja finału trylogii. Wszystkie doczekały się liftingu rozdzielczości do 4K, animacji w stałych sześćdziesięciu klatach na sekundę, ogromu dodatkowej zawartości (z korowodem innych, grywalnych postaci na czele), choć niestety zostały pozbawione dobrodziejstw najświeższej generacji sprzętu. Pecetowi gracze nie pograją w 120 klatkach, nie podłączą myszki i klawiatury, a żadna frakcja nie uświadczy trybu multiplayer. Lecz pomijając niewielkie braki oraz niedostatki związane z zaginionym kodem źródłowym, "Master Collection" to coś, co lubimy dziś nazywać "pełnym doświadczeniem". A warto wiedzieć, iż rzecz jest z gatunku szacownych - Ryu Hayabusa to w końcu dziadek Dantego, Bayonetty i Kratosa. I to taki, który nigdy nie dawał wnukom forów w szachach. 


Fabularnie, rzecz nawiązuje do szlachetnego dziedzictwa o karatekach idących w prawo. Jasne, pulpowe uniwersum Koei Tecmo, w którym znajdziecie zarówno serię "Ninja Gaiden", jak i cykl "Dead or Alive", to obietcnica bezpretensjonalnej rozrywki - dzieje się dużo i szybko, scenarzyści sypią z rękawa zwrotami akcji, a stawka nie spada poniżej losów świata i okolic. Jednak ci, którzy liczą na nieco szlachetniejszy rodzaj kiczu, bedą rozczarowani. Choć reżyser Tomonobu Itagaki ma w branży renomę dzikusa z burzą piaskową pod czaszką, będę się upierał, że chodzi raczej o jego rock'n'rollowy styl życia i nie stawiałbym go w jednym rzędzie z, dajmy na to, Goichim Sudą ("No More Heroes", "Lollipop Chainsaw"). W przeciwieństwie do Sudy, trudno mu jednak odmówić talentu w projektowaniu rozgrywki - choć rozmaite anachronizmy czynią z "Ninja Gaiden" relikt zapomnianej przeszłości, system walki to wciąż proza życia i poezja śmierci. 


Rozpoczynając swoją przygodę, Ryu dysponuje klasycznym zestawem ataków. Może uderzyć szybko i precyzyjnie, włożyć w cios odpowiednią siłę, albo połączyć obydwa rodzaje ataków w rozmaite combosy i rzuty (gilotyna ftw!). Może też uskoczyć przed atakiem, zablokować cios, przeskoczyć nad napierającym oponentem, albo w matrixkowym stylu śmignąć po pionowej ścianie. Do kontroli przestrzeni służą mu niezawodne, ogłuszające shurikeny oraz łuk, a przyparty do muru, może odpalić jeden z kilku potężnych ataków specjalnych. To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, pod powierzchnią kryje się więcej bogactw: potężny wertykalny Izuna Drop, perfekcyjne uniki, kontry po sparowaniu ciosów, rozczłonkowywanie, znana z "Razor's Edge" Krwawa Furia, której potencjał rośnie wprost proporcjonalnie do ilości przelanej posoki, słowem - dla każdego coś pysznego. I jeśli myślicie, że system puchnie od nadmiaru atrakcji, a w praniu "jakoś to będzie", mam dla Was złą wiadomość - płytka z grą to bilet do świata palącego bólu i bezbrzeżnego cierpienia. Jeśli macie ambicję wyciśnięcia z gry wszystkich soków, szykujcie się na migrenę, spuchnięte palce i napis RETRY wypalony na matrycy telewizora. A jeśli zależy wam na rekreacji i wczasach all inclusive, zostańcie przy "Dark Souls". Choć Ryu nie urodził się wczoraj, jego przeciwnicy to bezlitosne maszyny do zabijania, arytmia pojedynków wymaga od nas ciągłej zmiany nawyków, a "okienko" na atak, blok, albo unik może wynosić zaledwie klatek animacji. Witajcie w dziewiątym kręgu.

Chociaż slashery rzadko są grami skrojonymi pod uśrednione gusta, "Ninja Gaiden" wydaje się na tle młodszych reprezentantów gatunku powidokiem surowej awangardy. Pomimo podciągniętej oprawy, trzeba przeboleć nieco anachroniczny graficzny styl (zwłaszcza trzecia część to era żółci, brązu i desaturacji w pełnej krasie). Pomimo przyzwoitej ilości klatek animacji, wypada pogodzić się okazyjnymi wariactwami kamery oraz błędami technicznymi. Wreszcie - pomimo doświadczenia z wymagającymi, współczesnymi tytułami, warto przygotować się na drogę krzyżową. I cóż, to dobry interes. Kredyt zaufania zwraca się z każdą kroplą krwi.
Udostępnij: