Recenzja filmu Momo (2017)
Vincent Lobelle
Sébastien Thiery

Gwiazdy to nie wszystko

Im bliżej finału, tym mniej grubych żartów, a tym więcej sentymentalizmu i ckliwości. Na koniec otrzymujemy apologię wartości rodzinnych – mogących realizować się także poza więzami wyznaczanymi ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Momo (2017)
Są filmowcy wierzący w piękny obraz. Są tacy, którzy stawiają przede wszystkim na precyzyjnie skonstruowany scenariusz. A wreszcie i Ci, którzy zakładają, że produkcję uniesie charyzma aktora. "Momo" to efekt tej ostatniej strategii, w zasadzie cały film zasadza się na grze Christiana Claviera. Jest on niewątpliwie wybitnym i kochanym przez publiczność nad Sekwaną talentem komicznym. Jako Jacquard w "Gościach gościach" i Asterix kilkakrotnie rozbijał francuski box office. W każdej swojej roli wciela się w trochę wulgarnego, ale twardo stąpającego się ziemi, sprytnego "zwykłego Francuza".


Czasem jednak nawet najbardziej wyrazista komiczna gwiazda nie wystarcza, by pociągnąć komedię przez 90 minut. Tak jest też w przypadku "Momo". Jest to przede wszystkim wina scenariusza. Film wychodzi od słabego pomysłu, źle wymyślone otwarcie rodzi pokraczną, w wielu miejscu potykającą się o swoje nogi historię. Do bezdzietnego, żyjącego dostatnio małżeństwa francuskich mieszczuchów w średnim wieku - André (Clavier) i Laurence (Catherine Frot) - nagle wprowadza się dorosły mężczyzna, Patrick (Sébastien Thiery). Jest niesłyszący, mówi bardzo bełkotliwie, przekręcając wyrazy. Twierdzi, że jest synem André i Laurence. Para miała go zostawić w ośrodku lata temu. Dwójka bohaterów nie pamięta co prawda, by kiedykolwiek miała dziecko, a jednocześnie nie bardzo potrafi pozbyć się mężczyzny. Ten wkrótce sprowadza do ich domu także swoją niewidomą żonę w zaawansowanej ciąży. Co istotne, poruszającą się przy pomocy psa przewodnika – agresywnego owczarka alzackiego.


Twórcom nie udaje się przekonująco ukazać ani wyjściowej sytuacji, ani przemiany, jaką generuje ona w bohaterach. Irytujący jest zwłaszcza portret Laurence, w której przybycie Patricka budzi nagle pokłady stłumionego instynktu macierzyńskiego, zmieniając początkowo rozsądną kobietę w zupełną idiotkę. Humor w scenach z jej udziałem zbyt często zmierza tu ku leniwemu, podszytemu mizoginią stereotypowi. 
Ogólnie dowcip w "Momo" jest mało subtelny, grupo ciosany, przyciężki i wulgarny. Często też wydaje się mało wrażliwy, wobec niepełnosprawności przedstawianych w filmie bohaterów. Źle napisane, nieśmieszne dialogi i gagi, działają szczególnie fatalnie zestawione z kiepskim występem Thierry’ego - aktora odpowiadającego także za współautorstwo scenariusza. 


Im bliżej finału, tym mniej grubych żartów, a tym więcej sentymentalizmu i ckliwości. Na koniec otrzymujemy apologię wartości rodzinnych – mogących realizować się także poza więzami wyznaczanymi przez biologię – oraz miłości, która nikogo nie dyskryminuje i akceptuje wszystko. To przesłanie filmu jest nawet sympatyczne i pozwala trochę złagodzić jego ocenę. Nie na tyle jednak, by zapomnieć, że do miłej konkluzji dochodzimy męcząc się przez 90 minut oglądaniem żenujących dowcipów, leniwych stereotypów i fatalnie skonstruowanej historii. Jak ma się już budżet na gwiazdę klasy Claviera, to naprawdę nie warto oszczędzać na scenariuszu. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Jakub Majmurek
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie