Recenzja filmu Pieśń słonia (2014)
Charles Binamé

Ich troje

Szybko okazuje się, że filmowy konflikt do niczego nie prowadzi. Jego rozwiązanie jest banalne, a przesłanki stojące za postawami Toby'ego i Michaela sprawiają wrażenie wydumanych. W rezultacie ...
Filmweb sp. z o.o.
Zacznijmy od oczywistości: ktokolwiek stawia przed kamerą Bruce'a Greenwooda, dostaje automatycznie dodatkowe punkty. Ten amerykański aktor – jeden z najbardziej niedocenionych w swoim pokoleniu – jest wybitnym odtwórcą rozmaitych ojcowskich figur, patriarchów większych niż życie, ludzi o niepodważalnym autorytecie, jednocześnie nie wolnych od skaz i słabości (od kochanka Trumana Capote, Jacka Dunphy'ego, po kapitana Pike'a ze "Star Treka"). Zwykle wystarcza mu charyzmy, żeby uszlachetnić cały film. W "Pieśni słonia", utworze napisanym wyjątkowo słabo jak na adaptację sztuki teatralnej, starcza tylko na obronę własną. 

photo.title

Greenwood gra psychiatrę, Toby'ego Greena, który próbuje odszukać zaginionego kolegę z oddziału. Wywiad z jego pacjentem Michaelem (Xavier Dolan) ma być przełomem w prywatnym śledztwie – chłopak widział lekarza jako ostatni. Zamiast odpowiedzi pojawia się jednak coraz więcej pytań. Michael wciąga Toby'ego w niebezpieczną grę, której stawkę trudno dostrzec: pojawiają się w niej traumy z dzieciństwa i poważne oskarżenia pod adresem lekarzy, ekshibicjonistyczne seanse i cyniczne szarady, słonie i orzechowe czekoladki. Jest jeszcze trzecia osoba dramatu – pielęgniarka Susan (Catherine Keener). Kobieta niegdyś związana z Tobym, pozostająca w dziwacznej relacji z Michaelem.

Dynamika rozpisanego na trzy głosy aktorskiego pojedynku nadaje ton początkowym partiom filmu. To wówczas "Pieśń słonia" wybrzmiewa najczyściej. Dolan idzie w efektowną szarżę: stroi miny, syczy, macha rękoma, przegina się, balansuje na granicy nadekspresji. Kontrapunktujący go Greenwood znów przypomina służbistę twardszego niż stal, ale z czasem odsłania kolejne pokłady ludzkich uczuć: wrażliwość, pokorę, urażoną dumę, niemoc. Ma prawość wypisaną na twarzy, lecz w jego oczach dostrzegamy strach lub zwątpienie. Świetna jest również stonowana Keener, stanowiąca bufor ekranowego konfliktu. Scena, w której próbuje porozumieć się z Michaelem za plecami podejrzliwego Toby'ego, to reżyserski i aktorski majstersztyk.

photo.title photo.title

Szybko okazuje się jednak, że wspomniany konflikt do niczego nie prowadzi. Jego rozwiązanie jest banalne, a przesłanki stojące za postawami Toby'ego i Michaela sprawiają wrażenie wydumanych. W rezultacie film rozpada się na szereg kiepsko sklejonych wątków oraz obietnic bez pokrycia. Intrygująca gra okazuje się tylko grą, słowne przepychanki stają się kopalnią frazesów, zaś inteligentnie wprowadzone postaci to jedynie przesuwane po szachownicy pionki. "Pieśń słonia" próbuje zasiać Tajemnicę na mało podatnym gruncie – postać kreowana przez Dolana jest kolejną inkarnacją sfrustrowanego, tupiącego nogą, wreszcie – posuwającego się za daleko nadwrażliwca.   

Nie mający zbyt wiele do zaoferowania pod względem formalnym obraz na pewno przyciągnie do kina fanów aktorskiego tercetu. Jednak zatrudnienie świetnych aktorów do łatania scenariusza nie jest zbyt dobrą strategią artystyczną. Prawdę mówiąc, trudno o wyraźniejszy przykład filmowego marnotrawstwa. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 53% uznało tę recenzję za pomocną (167 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)