Recenzja filmu Fahrenheit 11/9 (2018)
Michael Moore

Myśli nieuczesane

Od krzywd w skali mikro Moore przechodzi do makrouogólnień, by zaraz w komediowym tonie mieszać konteksty kolejnych wypowiedzi nielubianych polityków. Przyznać mu trzeba, że opisuje ogólne ...
Filmweb sp. z o.o.
14 lat po premierze "Fahrenheit 9.11" Michael Moore kieruje oskarżenia w stronę kolejnego republikańskiego prezydenta USA. Naczelny cel: diagnoza Donalda Trumpa jako czarnego charakteru Ameryki. Inne ambicje: zrozumienie przyczyn porażki Partii Demokratycznej w '16 i odpowiedź na pytanie "Co dalej?". Choć może się wydawać, że prowokacyjny dokumentalista wierzy w linearną zależność przyczyny i skutku, "Fahrenheit 11/9" przypomina raczej skomplikowaną mapę myśli wykładaną przez porywającego retora. To prędzej publicystyczny felieton niż obiektywne śledztwo. Zaskoczeń więc brak. Moore'a znów spotka podziw jednych za bezkompromisowość w słusznej sprawie i pogarda innych za nietrzymanie się zasad fair play.

Wygrana Trumpa zaskoczyła wszystkich, lecz nie Moore'a. Ma na to papiery. "Fahrenheit 11/9" zaczyna się od powodującej bezsilny śmiech zbitki montażowej z wypowiedziami komentatorów w 100% sceptycznych co do zwycięstwa Trumpa. Tytułowy 9 listopada – dzień po klęsce Hillary Clinton, kiedy sondaże zrobiły wszystkim psikusa – staje się dla autora "Zabaw z bronią" punktem wyjścia do wysnucia panoramy współczesnej polityki USA. Niezależnie od ostatecznej oceny uczciwości przyjętych przez niego strategii, imponuje kłębowisko wątków, warstw i zjawisk, które Moore usiłuje udźwignąć.

Źródeł porażki Clinton filmowiec wypatruje w wieloletnim sprzeniewierzaniu się demokratycznym ideałom przez partię, co miało oddalić jej elektorat od urn. Winne są także próżność Trumpa oraz oparta na klikalności etyka telewizyjnych mediów, które dodatkowo połechtały ego słomianowłosego przedsiębiorcy. Nieproporcjonalność i ruchome okręgi wyborcze również nie pozostały bez znaczenia. Kiedy Demokraci cierpieli na rozdwojenie jaźni, Ameryka przesuwała się w lewo, stwierdza Moore. Sugestywną narracją z offu – czasem zgryźliwie, nieraz z rękami wznoszonymi do nieba, zawsze w niesamowicie zajmujący sposób – dokumentalista komentuje diagramy wyborcze oraz statystyki opieki zdrowotnej i społecznej. Tezę o narodowym przesunięciu w lewo potwierdzają również rozmowy z demonstrującymi przeciwnikami wolnego dostępu do broni i ze strajkującymi w Zachodniej Wirginii nauczycielami.

Nie w stawianiu pojemnych tez, ale właśnie w konfrontacji z samoorganizującymi się ruchami oporu i lokalnymi bohaterami demokracji obywatelskiej Moore jest najbardziej przekonujący. To w nich pokłada nadzieję na lepszą przyszłość. Wówczas showman i manipulator zamienia się w aktywistę wrażliwego na krzywdę jednostki. Np. we Flint w stanie Michigan, miejscu narodzin Moore'a i scenie jego "Roger i ja". W interwencyjnym dokumencie sprzed trzech dekad przyglądał się mrocznym knowaniom prezesa General Motors, nagłaśniając masowe zwolnienia tamtejszych pracowników. Przemysłowe Flint jest dla filmowca tym, czym Brooklyn dla Spike'a Lee – ojczystą miłością i źródłem powracających trosk. Teraz rany otwiera kryzys zdrowotny wśród mieszkańców, bezpośrednio związany z zanieczyszczeniem miejskiej wody, pośrednio – z korupcją wśród państwowych urzędników na czele z republikańskim gubernatorem Rickiem Snyderem. Trute ołowiem dzieci powodują słuszny gniew, lecz trudno widzieć w nich mikrokosmos całego narodu. Razem z roztrząsanymi przez Moore'a rasizmem, strzelaninami w szkołach i gwałtem na konstytucji katastrofa we Flint składa się zbiorowisko problemów zbyt odległych, by udało się reżyserowi zarysować możliwą do wyleczenia całość.

A przecież nie dotarliśmy jeszcze do winnego wszystkiemu Donalda Trumpa, przeczącego sobie patologicznego kłamcy, amatora fake-newsów, jawnie aprobującego przemoc rasisty, mizogina i niewybrednego komentatora urody własnej córki. Miłośnicy równie intensywnej (momentami podobnie manipulującej kontekstem) satyry Johna Oliviera, ba, wszyscy, którzy nie spędzają 24/7 na oglądaniu Fox News, nie powinni być zaskoczeni donosami Moore'a. Tym większa szkoda, że mimo iż nie odkrywa Ameryki, nie potrafi organiczyć liczby podejmowanych wątków, zachować odpowiednich proporcji i wagi poszczególnych tematów. Próba zarysowania możliwej do wyleczenia całości spełza na niczym, jeśli choć jedna warstwa budzi nasze podejrzenia.

Moore niby zmienia skalę, lecz nie łączy odmiennych perspektyw. Niejednokrotnie ów brak odbija się na meritum. Od krzywd w skali mikro Moore przechodzi do makrouogólnień, by zaraz w komediowym tonie mieszać konteksty kolejnych wypowiedzi nielubianych polityków. Przyznać mu trzeba, że opisuje ogólne zepsucie elit – Obamy, Clintonów; sam również bije się w piersi. Kiedy jednak z głośników dochodzi wyjęty z "Omenu" satanistyczny chór Jerry'ego Goldsmitha jako muzyczna ilustracja Trumpowskich poczynań, kiedy prezydent USA zostaje zestawiony z Hitlerem – wówczas retoryka Moore'a ujawnia swoją słabość. Krzywda walczących o godność jednostek i próba przekucia ich rozpaczy w działanie przegrywa tu z chęcią dokopania przeciwnikowi. Efektowność dominuje nad rzetelnością – może dlatego dwie godziny w kinie mijają jak z bicza strzelił.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).
Gabriel Krawczyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły